Którędy do harmonii?

Zdjęcie wiodące: Jola Tąporowska

(dziękuję!)

Kultura, w której żyjemy obecnie my, ludzie cywilizowanej Europy ( i każdej z niej się wywodzącej), zagubiła zupełnie świadomość, że i jak bardzo jesteśmy jednością. Nie tylko my, jako ludzie, ale także jako część Natury. Nie pamiętając ani o wdzięczności, ani szacunku wobec odmienności, różnorodności Życia.

Przez ostatnie wieki kolejne pokolenia, korzystając z dobrodziejstw Natury, zamiast z Nią współpracować i współtworzyć, uczyły się coraz bardziej ją kontrolować. Oraz poddawać swoim, na ogół służącym wyłącznie konsumpcji, przeróbkom. Odrzucając kategorycznie to, co w ludzkim pojęciu było (i jest) mniej przydatne albo wręcz „szkodliwe”. Znajdując metody i sposoby na Jej „okiełznanie” (co i tak się nie udaje, ale to temat na inny temat), z czasem zaś – substytuty, sztuczne zamienniki Jej bogactw. Nie wszystkich oczywiście, ale bardzo wielu. Jeżeli dodamy do tego sztuczne konserwanty, wspomagacze i wypełniacze, tworzone w imię haseł: „więcej, prędzej, wygodniej”, otrzymamy obraz tego, co nas otacza dziś…

Zapominamy zarazem całkowicie o prostym fakcie:

Natura jest Jednością, harmonijną i spójną,

zaś Człowiek jest Jej częścią!

I tę prawdę bardzo dobrze widać dziś, po zaledwie niecałych dwóch wiekach ludzkich prób wyobcowania siebie z naturalnej wspólnoty. Zaprzeczania wręcz, że do niej należymy!

Nie jest moim celem ani zamiarem krytykowanie przeszłości ani poddawanie w wątpliwość wartości nauki, poznania, postępu… Nie widzę też sensu w jakimkolwiek wartościowaniu!

Warto natomiast ją po prostu przypominać…

i zacząć zmieniać perspektywę!

Fot. E. Ś.

Mamy jako Żyjące Istoty potężne Dary:

świadomość, zdolność kreacji i wolność wyboru.

***

Zawdzięczamy naszym umysłom bardzo wiele i nadal możemy,

ba, musimy z ich Mocy korzystać!

Róbmy to zatem mądrze, w porozumieniu i harmonii z tym,

co jest naszą naturalną Mocą, Mocą Serca.

Wybierając, jak przez wieki do tej pory, jedynie w myśl własnych, doraźnych korzyści i chłodnej logiki, tak naprawdę tworzymy sobie zimny i sztuczny świat.

Rozejrzyj się uważnie, drogi czytelniku,widać to gołym okiem. To, co nas otacza, z całym dobrodziejstwem inwentarza, jest naszą własną kreacją! Na każdym poziomie, fizycznym (materialnym), emocjonalnym, duchowym. Zarówno plusy jak i minusy dzisiejszej rzeczywistości zafundowaliśmy sobie i Ziemi my sami!

Zrazem każdy z nas jest częścią Natury, czy tego chcemy, czy nie. Przynajmniej w biologicznej, cielesnej części. Zatem jeżeli i dopóki żyjemy na planecie Ziemia, pozostajemy częścią Jej ekosystemu. Ekosystem zaś, jak zawsze, dąży do harmonii i równowagi. Zatem: coś za coś.

Może kilka przykładów, dla zobrazowania:

Żyje ci się wygodnie. Uzależniasz tę wygodę od stanu posiadania. Załóżmy, że płacisz za tę „własność” pieniędzmi. By je zarobić, zapracowujesz się codziennie, budując sobie narastający stres. Bojąc się utraty tego, co „masz”, albo pragnąc jeszcze więcej, nasilasz ów stres i obawy. W rozliczeniu nie masz ani sił ani ochoty na to, by cieszyć się codziennością, o którą zabiegasz. Jakość Twoich emocji stale pozostawia wiele do życzenia, prawda? Nie masz przypadkiem wrażenia, że jesteś przepracowany, przemęczony, że to wszystko na nic, i co Ty w ogóle z tego masz?

Żyjesz „higienicznie” i w kulcie młodego ciała. Usuwasz ze swojego otoczenia wszelkie potencjalne zagrożenia, izolując się od nich. Często zanim one się pojawią. Znów – żyjesz w strachu przed jakąś, zwykle niesprecyzowaną, chorobą, pozbawiając swoje ciało całej jego naturalnej ochrony i zdolności adaptacji. Efekt? Twoja odporność spada, zaś podatność na wszelkie czynniki chorobotwórcze jest wielokrotnie większa!

Oddychasz nieuważnie, byle jak. Nie zwracasz uwagi na swój oddech, bo i po co? On i tak stale płynie, organizm o to zadba. W zabieganym, pełnym stresu życiu, Twój oddech staje się najczęściej płytki, szybki, nawykowy. W rezultacie jesteś coraz bardziej niedotleniony, łatwiej ulegasz stresom i obawom. Spada Twoja odporność. Tracisz kontakt z własnymi emocjami i zdolność ich rozpoznania. Masz niższą tolerancję nie tylko na choroby, ale i na wpływ otoczenia. Cierpią Twoje relacje z bliskimi, współpracownikami, ludźmi w ogóle. Oddalasz się, zamykasz w sobie. Przyjemnie ci w takiej, zamkniętej samotności?

To jedynie trzy ciągi przyczynowo skutkowe, bardzo częste w naszym codziennym bytowaniu. Jest ich znacznie więcej. Każdy z nich naocznie i prosto pokazuje jak działają zależności pomiędzy Twoim ciałem, emocjami, umysłem. Każdy też w prosty sposób da się zmienić. Zmiana zaś zależy tylko i wyłącznie od Ciebie! Twojej woli i, krok po kroku, przepracowania nawyków…

Nie zmienimy z marszu i „od ręki” całego otaczającego świata. Nikt z nas nie ma też raczej na tyle sił i świadomości lub środków, by wpływać na sytuację globalną. Ale każdy, bez wyjątku, może zmieniać własne przyzwyczajenia i przekonania, dając przy okazji przykład innym!

Każdą zmianę zaczyna się od Siebie!

***

Dogadując się ze strachem i pozbywając poczucia braku,

budujesz sobie spokój, wewnętrzne bezpieczeństwo i zaufanie do Życia.

***

Pozwalając ciału na naturalność, dajesz mu siłę do rozwoju

i samoobrony wtedy, kiedy jest potrzebna.

***

Oddychając uważnie i świadomie, stajesz się zdrowszy, spokojniejszy,

bardziej przyjazny dla siebie i otoczenia.

***

Mając kontakt ze swoimi emocjami możesz je rozpoznawać,

porządkować, uczyć się je akceptować.

W rezultacie odnajdujesz wewnętrzną harmonię.

Tę, która jest nieodłącznym atrybutem Natury!

Fot. E.Ś.

Dokładnie w ten sposób, poszukując dróg i sposobów na łagodne, cierpliwe zmiany we własnym życiu, budujemy Nowy Świat. Nie sami, oczywiście. Ale zmiany w nas stają się szybko zauważalne dla otoczenia. I z reguły przyciągają tych, którzy również do zmiany tęsknią. Dzięki własnym doświadczeniom, możesz być im pomocny. Wspierać, pokazywać, pomagać. Dokładnie tak, poprzez stałą wymianę i wzajemne zależności, działa Natura. Wchodząc w osobisty obszar harmonii z Nią, pomagasz odbudować tę globalną. Wspierając i inspirując innych, przyspieszasz cały proces!

Pomagasz uzdrowić Jedność Wielkiego Kręgu Życia,

która jest po prostu faktem.

Tak, właśnie TY!

Szerokiej Drogi!

PS. Celowo i z rozmysłem piszę o ciele, emocjach i umyśle,

pomijając w tm wpisie temat Duchowości.

To intymna, osobista strefa, dla każego z nas indywidualna

i nie moją rolą ani prawem jest komukowiek czegokolwiek w tym obaszarze dyktować!

Z miłością

Jak to z tym barszczem??? (część 2)

***

A co z barszczem zwyczajnym?

Tym, który możemy spotkać w Naturze o wiele częściej?

Barszcz zwyczajny, roślina rodzima w naszym regionie, jest smaczną i przez wieki cenioną rośliną jadalną oraz leczniczą. Nie jest zbyt atrakcyjny na surowo i na ogół nie był (i nie bywa) tak jadany. Bardzo dobrze natomiast nadaje się do gotowania i kiszenia.

Podobnie jak jego opisywani wcześniej krewaniacy (i niemal wszyscy przedstawiciele rodziny selerowatych), barszcz zwyczajny też zawiera fotokumaryny. Jednak w ilościach znacznie mniejszych i nie powodujących żadnych przykrych efektów u ludzi ani zwierząt. Dla świętego spokoju można zbierać jego liście i pędy w chłodniejszych porach dnia. To samo można by powiedzieć o selerze, lubczyku czy nawet pietruszce…

Kiszonym liściom, pędom i kwiatostanom barszczu zwyczajnego zawdzięczamy

nazwę „barszcz” w odniesieniu do zup (dawniej – polewek),

przygotowywanych na bazie kwaszonych roślin.

To on właśnie był ich prekursorem.

Buraki pojawiły się na naszych stołach nie wcześniej niż w późnym Średniowieczu, raczej zaś w dobie Renesansu, wraz z „włoszczyzną”. Początkowo jako warzywo liściowe. Zaś kiszonkę z mąki, żytniej lub owsianej, nazywano „żurem”. Pisałam już o tym kilka lat temu, przy okazji omawiania kiszenia i solenia, jako metod konserwacji roślin/ ziół jadalnych:

Kiszenie i solenie

Zupy (polewki) z barszczu, gotowanego lub kiszonego, były bardzo popularne w regionie Europy Środkowej aż do XVI – XVII w. Nawet wikipedia w opisie gatunku przytacza historyczne opinie o nim. Niektóre pozwolę sobie przedstawić jako ciekawostki:

„Gdy barszcz kwaszą po polsku, dobrze ij pić w febrach, gorączkach, w pragnieniu, albowiem pragnienie i kolerę uśmierza i chciwość jedzenia pobudza swą przyprawą. Przyprawiony z jajcy a z masłem dobrze jeść takich dniów, gdy mięśniej polewki nie jedzą, bo takież czyni jako mięśnia polewka”

Marcin z Urzędowa, żyjący w XVI w botanik, lekarz, zielarz; studiował medycynę na Uniwersytecie w Padwie. Autor „Herbarza Polskiego”, będącego ówczesną „encyklopedią” z zakresu botaniki i medycyny. „Herbarz” pełnił rolę podręcznika medycznego na Uniwersytecie Krakowskim (dziś UJ)

„Barszcz nasz znajomy jest każdemu u nas, w Rusi, w Litwie, w Żmujdzi, aniźliby się mógł z okolicznościami swemi opisać. Do lekarstwa i stołu użyteczny jest bardzo smaczny. Tak korzeń jako i liście. Acz korzeń tylko do lekarstwa użyteczniejszy jest, liście zaś do potraw. (…) Smaczna i wdzięczna jest polewka barszcz, iako do u nas albo w Rusi i w Litwie czynią. Bądź sam tylko warzony, bądź z kapłonem albo z innemi przyprawami, jako z jajcy, ze śmietaną, z jagły. Pragnienie po przepiciu uśmierza warzony iakokolwiek pożywany. Także i surowy kwaszony w gorączkach pijąc bywa dobry

Szymon Syreński, Syreniusz, również żyjący i działający w XVI w botanik, lekarz i badacz leczniczych właściwości ziół. Opracował i wydał obszerny „Zielnik o roślinach użytkowych”. Był na równi z poprzednikiem absolwentem Uniwersytetów Krakowskiego i w Padwie, oraz wykładowcą medycyny w Krakowie.

Jak widać, barszcz zwyczajny cieszył się dobrą sławą nie tylko jako roślina spożywcza, ale i lecznicza. W XVII w jego rola zaczęła nieco maleć, pozostał jednak ważnym uzupełnieniem stołów ludzi biedniejszych stanów, w tym częściowo drobnego ziemiaństwa. W XIX w botanik i badacz Józef Rostafiński napisał monografię o barszczu, dostrzegając jego walory i przydatność.

Dziś barszcz jest nadal wykorzystywany spożywczo, chociaż raczej w regionach mniej „industrialnych”. Jego młode pędy i liście stanowią też ciekawą ofertę w kuchni „Surwiwalowej”. Smak gotowanego barszczu, czy to z surowych czy kiszonych jego części, faktycznie przypomina mięsny bulion. Poniżej link do wpisu na temat jego kiszenia, przygotowania dania i smaku, zamieszczonego na jednym z blogów:

Barszcz z barszczu zwyczajnego, Mr. Wilson bushcraft

***

Wiemy już jak się przedstawia się sprawa użytkowej przydatności barszczu zwyczajnego.

A zatem jak go rozpoznać?

Kwitnący barszcz zwyczajny

Zanim postaram się przybliżyć wygląd i rozpoznawanie go

bardzo ważna uwaga!!!

Koniecznie trzeba wspomnieć, że, niezależnie od tego, jak starannie go opiszę, ja czy ktokolwiek inny, kluczowym zadaniem jest nauczenie się rozpoznawania rośliny w terenie!!! Jak zresztą większości przedstawicieli dziko rosnących selerowatych. Wyjątek stanowią opisywany niedawno podagrycznik, oraz ewentualnie, w fazie kwitnienia, dzika marchew o bardzo charakterystycznym kwiatostanie. Pozostałe „selerki” powinny być bezwzględnie dokładnie poznane w Naturze!!! Najlepiej pod okiem doświadczonego zbieracza.

To bardzo zróżnicowana grupa roślin. Należą do niej cenne gatunki

jadalne i użytkowe, ale także śmiertelnie trujące!

Szczwół plamisty, szalej jadowity (cykuta), blekot,

są w gruncie rzeczy

znacznie groźniejsze niż opisywane wcześniej barszcze kaukazkie.

Śmiertelnie groźne nawet w małych dawkach

i dużo łatwiejsze do pomylenia z innymi

przedstawicielami tej rodziny.

Tak więc, zanim sięgniemy po nieznane sobie rośliny selerowate,

szczególnie do spożycia, upewnijmy się,

że dobrze je oznaczyliśmy!

Barszcz należy do tych łatwiej rozpoznawalnych,

tym niemniej trzeba go najpierw dobrze poznać.

Sugestia praktyczna dla początkujących:

naucz się rozpoznawać podagrycznik i barszcz zwyczajny,

resztę dzikich przedstawicieli tej rodziny

pozostawiając tam, gdzie rosną!

Bardzo młode liście barszczu zwyczajnego, kadr z Kursu Profilaktyki 

fot .D Wojczyk

Liście w pełni rozwinięte

Wracając do (wstępnego) rozpoznania barszczu zwyczajnego…

Ogólnie roślina ta przypomina nieco barszcze opisywane poprzednio, jest jednak przede wszystkim wielokrotnie mniejsza! Jej pędy kwiatowe dorastają najwyżej do 50 – 150 cm. Proporcjonalnie mniejsze są też liście i kwiatostany. Kwiaty ma białe, czasem różowawe albo zielonkawe. Takie trochę „nijakie”. Kwiatostan przypomina nieco postrzępiony, ażurowy parasol. Liście barszczu są bardzo zmienne, z reguły pierzaste, powycinane, jednak nieregularnie. Liście na łodydze mają charakterystyczną „pochwę”. Dolne, rozetowe, są jej pozbawione.

Charakterystyczna pochewka liściowa

W celach leczniczych barszcz jest dziś używany okazjonalnie i raczej korzeń niż pozostałe części. Do jedzenia/ gotowania/ kiszenia zbiera się jędrne, zdrowe, najlepiej młode liście z ogonkami oraz pędy kwiatowe przed rozwinięciem kwiatów. Można je umyć, bywają zabrudzone ziemią, czasem zaś goszczą różne owady.

Liście przeznaczone na susz lepiej starannie otrzepać lub przetrzeć, lepiej wysychają, jeżeli ich nie zmoczymy. Z suszonych liści barszczu można korzystać jak z przyprawy (selera, lubczyku, pietruszki).

Propozycja dla amatorów kulinarnych ciekawostek: kiszone pędy i kwiatostany, podawane bez gotowania, mogą być ciekawą przystawką lub dodatkiem do różnych dań.

***

Mam nadzieję, drogi czytelniku/ czytelniczko, że te wpisy

przybliżyly nieco odpowiedź na tytułowe pytanie.

Jak widać, z barszczem może być óżnorodnie.

Oby zdrowo, bezpiecznie i nade wszystko, bez zbędnego lęku!

Ale z zachowaniem ostrożności i uważności

należnej Naturze i jej różnorodności

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie, poza jednym, pochodzą z internetu

Zdjęcie wiodące: zbliżenie kwiatostanu barszczu zwyczajnego

Jak to z tym barszczem??? (część 1)

Od kilku lat, wraz z nadchodzącym wczesnym latem, w internecie, a także o ile wiem, prasie oraz innych mediach, powraca temat barszczu. Dokładniej zaś: barszczu Sosnowskiego, nie należącego do naszej rodzimej flory, ale sprowadzonego w okresie PRLu jako roślina pastewna. Obecnie już od lat nie uprawiana, ale dość często spotykana na dzikich stanowiskach.

Klimat najwyraźniej jej się spodobał…

Ciekawostką jest fakt, że barszcz Sosnowskiego i jego omawiany niżej krewniak,

swoja karierę w Europie Zachodniej rozpoczęły już w XIX w jako rośliny ozdobne!

Dziś jest zgoła inaczej. Kiedy zdarza mi się słyszeć lub czytać nagrania lub artykuły na temat barszczu, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że histeria wokół tej rośliny przekracza wszelkie granice rozsądku.

Na podstawie medialnych rewelacji można ją posądzić bez mała

o atakowanie ludzi!!!

Efektem takiego zastraszania jest po pierwsze zupełnie zbędny i nikomu nie służący, rosnący poziom lęku. Strach przed Naturą i tak jest współcześnie nierzadki, zaś w obliczu szerzonej paniki urasta do irracjonalnych rozmiarów! Spotkałam się z panicznymi właśnie reakcjami na widok łąki z kwitnącym krwawnikiem, lub jakąkolwiek rośliną o białych baldachach kwiatów. Samo zaś słowo „barszcz” w kontekście flory, wywołuje natychmiast falę obaw i niepokoju.

Po drugie owa panika przyczynia się do bezkrytycznego niszczenia wszystkiego, co chociażby odlegle barszcz Sosnowskiego przypomina. Należy on do rodziny selerowatych, bardzo licznie reprezentowanej w naszej florze. I niestety, nawet dalekie podobieństwo bywa powodem likwidacji różnych roślin. W tym, na przykład, do niedawna jeszcze chronionego i wciąż rzadkiego, Arcydzięgla litworu.

Po trzecie zaś obawy i strach, połączone z nazwą „barszcz”, nie pozwalają na obiektywne poznawanie ani ewentualne wykorzystanie rodzimego gatunku z tego rodzaju. A szkoda…

A zatem… jak to z tym barszczem?

Na tak zadane pytanie odpowiem pytaniem: z którym?

Nazwa „Barszcz” określa rodzaj roślin, w jego obrębie wyróżnia się kilkadziesiąt gatunków i podgatunków. W Polsce można spotkać kilka z nich. Nie podejmuję się omawiania w tym i tak dość obszernym wpisie, wszystkich gatunków tego rodzaju, rosnących u nas. Na jego potrzeby wystarczy wspomnieć trzy:

    • typowym dla naszej flory i środowiska jest rodzimy Barszcz zwyczajny, nazwa łacińska Heracleum sphondylium L.

    • odsądzany „od czci i wiary” gatunek wywołujący wspomnianą panikę, to napływowy Barszcz Sosnowskiego, Heracleum sosnowskyi Manden

    • kolejnym spotykanym w Polsce gatunkiem jest nie mniej niż poprzednik uciążliwy, za to prawie nie wspominany, również „imigrant”, Barszcz Mantegazziego, Heracleum mantegazzianum Przy czym oba te sprowadzone gatunki są określane jako „barszcz kaukaski”, nie do końca też ustalona jest ich systematyka. Naturalnie wystepują na Kaukazie i tam są roślinami rodzimym

Jest niezaprzeczalnym faktem, że oba barszcze „kaukaskie”, sprowadzone przed laty jako pastewne, są obecnie bardzo kłopotliwymi roślinami inwazyjnymi. Nie tylko w Polsce. Swoją złą sławę zawdzięczają wysokiemu stężeniu obecnych w soku i wydzielinie na powierzchni (we włoskach) fotokumaryn. Związki te w kontakcie ze skórą ludzi i zwierząt, w obecności światła słonecznego /ultrafioletowego powodują fotodermatozę, rodzaj oparzenia II i III stopnia. To zagrożenie wzrasta przy wysokich temperaturach i dużej wilgotności powietrza. Są lotne, co przy upalnej i wilgotnej pogodzie może skutkować oparzeniem (a raczej podrażnieniem) nawet bez dotykania rośliny. Może też pojawić się podrażnienie układu oddechowego. Trzeba jednak znaleźć się dość blisko rośliny na dłuższy czas. Zbliżanie się do tych roślin jest natomiast niewskazane dla osób chorych na astmę lub ze skłonnością do alergii!

Objawy skórne występują nie od razu, czasem nawet po ok 2 godzinach od kontaktu. Oparzenie jest bolesne, dokuczliwe, goi się długo i opornie, zaś nawet po zagojeniu skóra pozostaje nadwrażliwa na światło. W miejscach po podrażnieniach łatwo ciemnieje pod wpływem słońca. Ten efekt utrzymuje się nawet kilka lat.

Zagrożenie znacznie maleje, a nawet znika, kiedy jest chłodno i słońce nie operuje bezpośrednio. Nawet przy takiej pogodzie jednak, lepiej nie dotykać ani nie zrywać żadnego z barszczy kaukaskich. Szczególnie gołymi rękami.

Podkreślam: żadnego z barszczy kaukaskich!

Czyli dwóch wymienionych gatunków napływowych!

Podkreślam też, że opisane powyżej działanie dotyczy kontaktu ze skórą i śluzówkami soku z roślin w stanie surowym. Kiszone były stosowane jako pasza. Zrezygnowano z nich głównie z powodu kłopotów ze zbiorem i zagrożeniami zdrowia ludzi. Nie jest to zatem roślina trująca, należy ją raczej okreslić jako toksyczną.

A zatem odpowiadając na tytułowe pytanie: z barszczem Sosnowskiego oraz Mantegazziego należy zachować daleko idacą ostrożność, nie zrywać, nie zbliżać się podczas słonecznej, ciepłej pogody. Jeżeli mamy podejrzenie, że spotkaliśmy któregoś z tych jegomości, najlepiej jest po prostu ominąć je z daleka.

Jeżeli z jakiegoś powodu mieliśmy kontakt z wyżej wspomnianymi barszczami, warto jak najszybciej starannie umyć skórę w miejscu kontaktu. Najlepiej wodą z mydłem.

Więcej informacji na temat działania tych roślin można znaleźć obecnie w wielu miejscach, chociaż często w panikarskim tonie. Oba barszcze pochodzące z Kaukazu i ich krzyżówki są objęte zakazem uprawy i rozpowszechniania. Ich spontaniczne występowanie może być zgłaszane. Jako przybysze „z zewnątrz” rosną głównie tam, gdzie istniały ich uprawy i „zdziczały”, czyli po prostu zajęły dzikie stanowiska.

Jak je rozpoznawać? Oba omawiane gatunki wyróżniają się przede wszystkim rozmiarami. Są to rośliny naprawdę olbrzymie! Wysokość 2- 4 m jest normą, dorastają i do 5 m. Z rodzimej flory dorównać im może jedynie chyba wspomniany wcześniej Arcydzięgiel litwor lub Arcydzięgiel litwor nadbrzeżny. Stosownie dużych rozmiarów są też liście i kwiatostany. I tu też istotna różnica, Arcydzięgiel ma kwiatostan kulisty, Barszcz – parasolowaty.

Barszcz Sosnowskiego w całej krasie

Liście barszczu Sosnowskiego

Liść barszczu Mantegazziego

Poniżej zamieszczam link do strony umożliwiającej zgłaszanie „podejrzanych”. Znajduje się tam też bardzo staranny i dokładny opis różnic pomiędzy barszczami kaukaskimi, a roślinami najbardziej do nich podobnymi:

Jak odróżnić barszcz Sosnowskiego

Oraz jeszcze jeden opis różnic:

Jak łatwo się pomylić, rośliny podobne do barszczu

Pamiętajmy!

Barszcz Sosnowskiego nas nie zaatakuje, nie wyskoczy zza krzaka!

***

Jako olbrzymia roślina jest widoczny z daleka i nawet na odległość można się mu przyjrzeć.

Nie pojawi się też na łące/ nad rzeką/ przy drodze ani gdziekolwiek znienacka!

***

Aby urosnąć, potrzebuje czasu.

Swoje olbrzymie rozmiary prezentuje już jako wiosenna

rozeta liściowa, zanim wypuści pęd kwiatowy.

Liście barszczy kaukazkich znacznie przewyższają wielkością

wszystkie inne, jakie możemy spotkać w terenie.

Nierzadko już młode osiągają niemal 1 m kwadratowy powierzchni!

***

Mam nadzieję, że powyższe rozważania pomogą zrozumieć

temat „drapieżnych” barszczy!

CDN

***

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochodzą z internetu

Obrazek wiodący to zbliżenie kwiatostanu barszczu Sosnowskiego

Strach versus Miłość/ Radość

Wszyscy je znamy. Nazywamy uczuciami lub emocjami.

Na podstawie ich obecności lub braku klasyfikujemy swoje samopoczucie

jako „dobre” lub „złe”

Jak to jest z nimi naprawdę?

Od dłuższego czasu jestem przekonana,

że tak naprawdę zarówno Miłość jak i Strach

są czymś znacznie wiecej, niż ulotne odczucia, odbierane dzięki bodźcom,

płynącym z ciała.

Odbieram je jako STAN BYCIA,

swoistą bazę dla wszystkich swoich/ naszych reakcji, uczuć i emocji.

Cytując pierwszą część znanej trylogii N.D. Walsch’a „Rozmowy z Bogiem”:

„Wszystkie ludzkie postępki w gruncie rzeczy wynikają ze strachu lub z miłości. Tak naprawdę istnieją tylko te dwa uczucia – dwa słowa w mowie Duszy. Stanowią one przeciwległe bieguny całego Mego stworzenia, a także świata, w jakim żyjesz.

Rozpiętość między tymi dwoma punktami, Alfą i Omegą, pozwala zaistnieć systemowi zwanemu przez ciebie rzeczywistością względną. Bez nich, bez tych dwóch idei, niemożliwa jest żadna inna” […] „To po prostu różne wersje, różne ujęcia tego samego tematu”

Zamieszczam ten cytat, ponieważ klarownie wyjaśnia rozumienie zagadnienia, w pełni spójne z moim własnym.

Do „obszaru” Strachu należą, między innymi: niepokój, lęk, smutek, żal, rozgoryczenie, zazdrość, zagubienie, niedowartościowanie, zranienie, poczucie braku, tęsknota, gniew, poczucie winy, uraza, oczywiście również poczucie zagrożenia, panika, obsesje… I wiele innych stanów, będących częścią kalejdoskopu ludzkiego doświadczania.

Wszystkie te uczucia i emocje łączą wspólne cechy. Strach i jego pochodne zamykają, ograniczają, zasłaniają, zaciemniają, wiążą, dzielą, blokują, hamują, zaciskają, kurczą, ranią, odgradzają, budują mury i zasieki. Wywołują nieprzyjemne, bolesne wręcz doznania ze strony ciała. Tym mocniejsze, im bardziej opieramy się ich doświadczaniu.

Z „przestrzeni” Miłości/ Radości przychodzą: przyjemność, zaufanie, rozbawienie i wesołość, swoboda, szczerość, uprzejmość, szacunek, tolerancja, poczucie więzi, bliskości, bezpieczeństwa, obfitości, wzruszenie, zachwyt, podziw, upojenie, euforia… I znów, można tak długo.

Miłość, będąca Radością Życia, pomaga otwierać, uwalniać, przygarniać, przytulać, rozjaśniać, akceptować, wspierać, rozwijać, łączyć, wspierać, łagodzić, goić, wznosić. Ich efekty z poziomu ciała są przyjazne i przyjemne, toteż chętnie się na nie otwieramy.

Pozornie wydawać by się mogło, że jesteśmy skazami na miotanie się „pomiędzy”. Że uczucia ze spektrum Strachu lub Miłości „pojawiają się” w efekcie czynników zewnętrznych. Zmuszając każdego z nas do reakcji, chwilowej radości lub oczekiwania, że niemiłe doznania miną. Albo wypierania ich, by uniknąć niewygody i cierpienia. I tak faktycznie postępujemy w swoim życiu, tak nas nauczono, do tego przywykliśmy.

Tymczasem w gruncie rzeczy sprawa wygląda odwrotnie!

Wybór zawsze należy do Ciebie, do mnie, do każdego z nas! W każdej sytuacji życiowej, relacjach, związkach, okolicznościach.

Jedyne, co jest absolutnie niezbędne, by wybierać, to wiedza, że mam taką możliwość.

Zaczyna się zawsze właśnie od uświadomienia sobie możliwości wyboru.

Drugim krokiem jest uważna obserwacja swoich reakcji, nawyków, przekonań

i umiejętność rozpoznawania emocji. Kolejnym – praca nad tym, by nie reagować nawykowo, a właśnie z poziomu wybierającego.

Praca zazwyczaj niełatwa, wymagająca czasu, zaangażowania, poznawania przydatnych narzędzi, wyboru tych akurat dla mnie najlepszych.

Tym niemniej możliwa! I naprawdę warta podjęcia.

W obecnym zaś czasie, kiedy procesy zmian na Ziemi i w nas samych, przyspieszają gwałtownie, po prostu niezbędna. Nie tylko dla siebie, chociaż…

od siebie się zaczyna!

Powodzenia!

***

P.S. Do tematu Strachu i podejścia do niego jeszcze wrócę, ten wpis go zaledwie delikatnie zarysował

Trójca na miarę zdrowia

Obok rozważań i przemyśleń, jakie z pewnością jeszcze się tu pojawią, chciałabym dzielić się także gromadzoną od lat wiedzą na temat praktycznego, użytkowego wykorzystania mocy Plemienia Roślin. W ramach tego proponuję dziś spotkanie z trzema roślinami. Znamy je wszyscy lub prawie wszyscy. Naszych, wcale niedalekich, przodków wspierały dobrze i skutecznie. Zapewniając smaczne jedzenie, wspieranie odporności, oczyszczanie organizmu i regulację jego ważnych funkcji, szczególnie wiosną. Zaś w przypadkach koniecznych służąc jako surowce lecznicze. Dziś najczęściej traktowane są jak uciążliwe „chwasty”, niszczone i usuwane gdzie się da! Przynajmniej przez sporą część społeczeństwa. Co, na szczęście, wyraźnie się zmienia! Mam nadzieję, że dzisiejsza opowieść będzie kolejnym przyczynkiem do tej zmiany.

Zatem przedstawiam Wam „Trójcę”, której spożywczych, profilaktycznych i wspierających organizm wartości nie sposób przecenić!

O leczniczych nie wspominając…

Pokrzywa – Mniszek – Podagrycznik

Oczywiście cennych, smacznych i wartościowych roślin jest w naszej florze znacznie więcej. Dziś jednak opowiem o tych trzech. Ich wykorzystanie przynosi ogromne korzyści, łatwo je rozpoznać, są wszechobecne i stanowią doprawdy nieoceniony „zespół”!

Pokrzywa

Jak wygląda, gdzie rośnie i jak ją rozpoznać nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Znamy tę Panią zwykle już od dzieciństwa. Nigdy nie spotkałam dziecka, które nie miałoby okazji się nią poparzyć! Z pewnością dla dzieci nie jest to miłe doświadczenie, ale dzięki temu bardzo szybko uczymy się, że pokrzywa… to pokrzywa! Każdy zatem wie jak ona wygląda, często też, z powodu „parzenia”, jej unikamy.

Z drugiej strony słyszę niejednokrotnie obiegowe zdanie „Poparzenie pokrzywą jest zdrowe”. Nie do końca to prawda, takie sformułowanie jest swego rodzaju skrótem myślowym. Poparzenie pokrzywą może być i przez wiele wieków było, stosowane do leczenia konkretnych schorzeń, bólów stawów, mięśni, artretyzmu, reumatyzmu itp. Nie ma natomiast samo poparzenie zdolności poprawy lub wspierania odporności dla osób zdrowych. Aby osiągnąć te efekty, trzeba pokrzywę stosować wewnętrznie!

Jej najbardziej przydatna w zadbaniu o ludzki organizm właściwość, to podnoszenie odporności, oczyszczanie tkanek, spora zawartość żelaza, poprawiająca skład krwi i łagodne wspieranie pracy nerek. Generalnie pokrzywę najczęściej traktowało się dawniej jako „ogólny regulator”, „ziele czyszczące krew” i ta zdolność faktycznie stanowi o jej wysokiej wartości odżywczej!

Pisałam już o niej nieraz, podając sporo informacji tak o jej działaniu jak i sposobach wykorzystania. Spożywczego, kosmetycznego, wspomagającego, leczniczego również. Udostępniam poniżej linki do artykułów i wpisów. Zainteresowanych pokrzywą zachęcam do lektury:

O liściach słów kilka

Smacznego wiosną

Kiedy zacząć, wiosenne pożytki

Niech pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem

 

Mniszek pospolity/ lekarski

    

Nazwa mniszek pospolity/ lekarski nie jest precyzyjna. Traktuje się ją jako nazwę zbiorową dla różnych gatunków i sekcji, trudnych do rozróżnienia, ale bardzo podobnych w zakresie działania. To tak, gwoli wyjaśnienia…

Wspominałam go już na moim blogu, podobnie jak poprzedniczkę, niejednokrotnie. Wszyscy go znamy, nie wyobrażam sobie, by ktoś żyjący w naszym klimacie, nie widział nigdy jego złocistych, kosmatych kwiatków! Często znany jest raczej pod nazwą „mlecz”, chociaż z rodziną mleczy łączy go jedynie częściowe zewnętrzne podobieństwo. Oraz biały mleczny sok, uwalniany przy zrywaniu. Poza tym jest to zupełnie inna roślina i inne ma też właściwości.

Mniszek, jako roślina wyjątkowo mało wymagająca i znosząca naprawdę niełatwe warunki, a zarazem nadająca się do jedzenia i cenna odżywczo, jest ze wszech miar godzien uwagi. Niezastąpione są jego działania w zakresie oczyszczania i wspomagania pracy wątroby, aż po przypadki regeneracji uszkodzonego organu. Bardzo dobrze reguluje wydzielanie i przepływ żółci. Wspiera też pracę trzustki, stymulując jej funkcje i dzięki temu wpływa w pewnym stopniu na poziom cukru. Zawarta głównie w liściach i łodyżkach goryczka powoduje, że jest też przydatny w procesie trawienia.

Oczywiście takie lecznicze efekty, wymagałyby konkretnych terapii. Jednak dodawanie mniszka do codziennych potraw pomaga nam regulować i wspierać organizm dokładnie w tych samych zakresach!

Kwiat i liść mniszka można zajadać na surowo, można też suszyć. Łodyżki, kruche i gorzkawe w smaku, pogryza się świeże, przy czym raczej jest to działanie wspomagające dla wątroby (lub lecznicze) niż służące odżywianiu!

Kwiat mniszka zbiera się w porze masowego kwitnienia, pod koniec kwietnia i w maju. Można go jak wspomniałam suszyć lub przerabiać. Do suszenia przeznacza się całe kwiaty albo wyskubane z koszyczków płatki. Nadają się na napary (herbatki), można je wykorzystać jako dodatek do różnych dań albo delikatną przyprawę. Świeże nadają się po prostu do jedzenia, dekoracji dań, smażenia w naleśnikowym (lub podobnym) cieście, parzenia jako napar. Robi się też z nich smaczne wino lub nalewki. Poniżej zaś jedna z propozycji syropu, zwanego „miodkiem z mniszka”:

Miodek z mniszka

Liście mniszka można zbierać, do jedzenia albo na susz, kiedy są młode. Często spotykam się z opinią, że „przed kwitnieniem”. To dość częsta zasada przy zbiorze liści, tak krzewów i kilku drzew (np lipy, czeremchy), jak i wielu roślin zielnych. W przypadku mniszka akurat rzecz ma się tak, że do jedzenia nadają się faktycznie liście młode! Natomiast rozeta liściowa tej rośliny wypuszcza kolejne liście nie tylko wiosną, ale praktycznie przez cały sezon. Można zatem zbierać je również po okresie intensywnego kwitnienia, zwracając uwagę na to, by były świeże i jasnozielone. Z upływem czasu, późnym latem i jesienią, będzie takich młodych liści oczywiście mniej, niż na początku sezonu. Będą też coraz twardsze i z mocniej wyczuwalną goryczą. Od nas samych zależy, czy uznamy je za nadające się do jedzenia, czy nie. Często lepiej takie późniejsze zbiory przeznaczyć na susz, który później, nawet przez całą zimę, można wykorzystywać jako dodatek, przyprawę do potraw.

Podagrycznik

       

   

Kolejno: poletko podagrycznika, zbliżenie liścia, porównanie różnych stadiów rozwinięcia młodych liści, roślina z kwiatami

foto z inetrnetu

W odróżnieniu od dwóch poprzednich roślin mniej znany i częściej sprawiający kłopoty przy rozpoznawaniu. Głównie dlatego, że o ile pokrzywa i mniszek (zwany mleczem) mają bardzo wyraźne cechy charakterystyczne, o tyle podagrycznik aż tak nie rzuca się w oczy. A jednak jest, równie jak poprzednicy, powszechny i wszechobecny! Bywa istną plagą i utrapieniem w ogrodach, rośnie bowiem szybko, w każdych niemal warunkach, jest silny i wyjątkowo trudno go wyplenić. Przez całą wiosnę jednak do odszukania są w zasadzie jedynie jego liście. Zakwita zwykle dopiero w czerwcu.

Przy czym to właśnie młode liście, jeszcze bez pędów kwiatowych, stanowią surowiec spożywczy i do codziennego użytku. Im młodsze, tym delikatniejsze i smaczniejsze. Kwitnący podagrycznik staje się gorzki, piekący, zaś jego pędy mają już zastosowanie wyłącznie lecznicze. Podobnie jak korzeń, który zbiera się późną jesienią lub wczesną wiosną.

Młode liście tej podagrycznika da się bez trudu odszukać nie tylko wiosną, nawet po zakwitnięciu pędów pojawiają się kolejne. Bardzo intensywnie odrastają też po skoszeniu lub zbiorze. 

Swą nazwę roślina zawdzięcza swemu potencjałowi leczniczemu. Leczono nim podagrę, dziś określaną jako dna moczanowa. Oraz inne schorzenia stawów, a także nerek i przemiany materii.

Właśnie potencjał oczyszczania nerek i usuwanie z organizmu złogów oraz zanieczyszczeń, a także regulowanie procesów trawiennych, stanowi o jego wysokich walorach jako rośliny spożywczej. Kilka wieków temu, zanim w naszym regionie pojawiły się warzywa znane jako „włoszczyzna”, młode liście podagrycznika stanowiły często warzywny dodatek. Do surówek, zup, sosów, potraw mięsnych i jarskich. Jest zresztą bliskim krewnym selera, pietruszki, marchwi, lubczyku, należącym do tej samej rodziny selerowatych. Jego smak i zapach przypomina wyraźnie smaki i aromaty wyżej wymienionych roślin.

Podagrycznik nadaje się do jedzenia na surowo, można go gotować, kisić, zasolić. Można suszyć. Nadaje się do zrobienia przetworów o pikantnym, wyrazistym smaku: przecierów, pesto itp. Podobnie jak pokrzywę czy lebiodę, warto przyrządzać go jak szpinak, wykorzystać na przykład jako nadzienie (naleśniki, pierogi), do zapiekanek… Robić z niego zupy. Pomysłów może być tyle samo, co w przypadku każdej innej jadalnej zieleniny.

Trzeba tylko liczyć się z jego dość intensywnym smakiem.

Radzę na początek po prostu wypróbować go jako dodatek, w niewielkich ilościach. Jeżeli smak podagrycznika jest dla nas zbyt intensywny, by jeść go jako samodzielną potrawę, użyjmy go do przyprawiania. Potraw pikantnych i słonych, ze słodkim smakiem nie komponuje się najlepiej.

Często słyszę pytanie jak rozpoznać podagrycznik. Celowo zamieszczam więcej niż jedno jego zdjęcie. Podaję też link do artykułu Łukasza Łuczaja z bardzo dobrym omówieniem porównawczym oraz fotografiami pokazującymi cechy charakterystyczne. Jeżeli mimo tego ktoś z czytających będzie miał problem lub wątpliwości, wtedy cóż… Najlepiej poprosić kogoś, kto umie go rozpoznać i wspólnie poszukać w terenie. Wtedy będzie można poznać nie tylko wygląd, ale też smak i zapach tej rośliny. To zaś z pewnością znacznie ułatwi jej identyfikację!

Jak rozpoznać podagrycznik wg Łukasza Łuczaja

***

Przekonałam się wielokrotnie o wysokiej wartości trojga opisanych bohaterów, pokrzywy, mniszka i podagrycznika, w działaniach profilaktycznych. Określając je jako „trójcę”, chcę podkreślić, że i jak skutecznie, wzajemne się uzupełniają.

Jeszcze jedna, ważna uwaga. Pisząc o „codziennym” użytkowaniu nie mam na myśli zjadania omawianych roślin dzień w dzień. Jak przy wszystkim, tak i tu  wskazany jest umiar!

Zachęcam raczej, aby pamiętać o nich tak, jak pamiętamy o warzywach, owocach i przyprawach, wybieranych do przygotowania posiłków. Różnorodnie.

Jak wspomniałam na początku, cennych, smacznych i wartościowych roślin jadalnych i przyprawowych jest wokół nas dużo, dużo więcej! Ale… od czegoś trzeba zacząć. Warto sięgnąć po te, które są łatwo dostępne, proste albo niezbyt trudne do rozpoznania, a przy okazji bardzo wartościowe. I łatwe do zagospodarowania.

Zachęcam do poszukiwań i eksperymentów. Powodzenia!

Zdjęcie wiodące wpisu: liście podagrycznika, znalezione w internecie

Kropla drąży skałę, czyli ponownie o Życiu Roślin

Jak co roku od wielu już wieków, a raczej tysiącleci, wraz początkiem i rozwojem wiosny, czasu wzrostu i zakwitania Roślin, rozpoczyna się dla ludzi sezon na ich zbiory. W każdym razie w klimacie, w którym żyjemy. Ten sezon potrwa do późnej jesieni, pozwalając nam na zbiór, gromadzenie i przetwarzanie Roślin, całych albo ich części, ku naszemu pożytkowi i zdrowiu.

To wielki, obfity Dar od Natury i naprawdę warto, byśmy, marząc o jedności i szczęśliwym, harmonijnym życiu na Ziemi, przypomnieli sobie także i tę prawdę!

Życie, każde Życie, płynace poprzez Ludzi, Zwierzęta i Rośliny,

a także Ziemię jako Istnienie,

jest święte!

Piszę o „przypomnieniu”, bo nie jest to w gruncie rzeczy nic nowego. Starodawne i rdzenne kultury od wieków dbały i nadal zachowują w swojej tradycji ceremonie i obrzędy, mające wyrażać właśnie wdzięczność. Czy adresatem tej wdzięczności jest Natura jako Istota, czy jakaś spersonalizowania Bogini lub Bóg, to już w gruncie rzeczy sprawa drugorzędna. To, co najistotniejsze, to, obok wdzięczności, poszanowanie wszelkiego Życia i uznanie jego wartości. Tylko krok dzieli takie podejście od dostrzegania Jedności Wszystkich Istot i ich wzajemnych zależności.

Wiele razy już na tym blogu (i nie tylko) o owej zależności i powiązaniach pisałam. Jak również o potrzebie szacunku i doceniania życia, jakkolwiek się ono manifestuje. Jako Roślina także!

Bo Rośliny to również żywe Istoty. Podobnie jak Ludzie czy Zwierzęta.

Nie mamy na ogół oporów przed uznaniem siebie samych za Istoty żyjące. Powoli i na szczęście coraz częściej, coraz bardziej masowo, szanujemy też prawo do życia dla Zwierząt. Chociaż to nadal, w ogólnym rozrachunku, jest w zależne od tego, co to za Zwierzęta…

Gorzej, niestety, z uznaniem tego samego prawa dla Plemienia Roślin. Nadal postrzegamy je raczej jako rzeczy, przedmioty, bardziej lub mniej użytkowe. Ewentualnie elementy krajobrazu. Przynajmniej dla większości ludzi taka klasyfikacja jest oczywista.

Owszem, piękne, dekoracyjne, urokliwe, często smaczne, dające cień, dostarczające tlenu i wielu cennych surowców, tworzące zbiorowiska (łąki, lasy, pola, parki, skwery, zarośla), w których dobrze się czujemy, ale… to by było na tyle. Swoją drogą, już chociażby z tego wyliczenia widać, jak Rośliny są ważne!

Roślinne życie jest bardzo odmienne od naszego. Z biologicznej perspektywy bliżej nam do Zwierząt i z pewnością dlatego też łatwiej nam zwierzęcą „tożsamość” zauważyć, pojąć i zaakceptować. Aby dostrzegać i odbierać życiowe procesy, płynące w Plemieniu Roślin i poszczególnych jego członkach, trzeba znacznie większej niż w przypadku Zwierząt, osobistej wrażliwości, uważności.

A przede wszystkim, pomysłu, że ONE TAKŻE ŻYJĄ!

Żyją, mają swoje cykle, wrażliwość, odczucia, wzajemne zależności, związki, pamięć… Wymianę energii (i nie tylko), zdolność do relacji z innymi organizmami, są wrażliwe na emocje i wiele różnorodnych czynników. Tak w obrębie konkretnych gatunków, jak i indywidualnie. Są nieodłącznym i ŻYWYM ogniwem ziemskiego bytowania.

Cały ten tekst nie ma na celu nawoływania, byśmy przestali zbierać Rośliny i korzystać z ich darów! Nie jest też moim zamiarem budzić w kimkolwiek poczucia winy. To nie miałoby sensu ani nie służyło niczemu konstruktywnemu.

Chcę po prostu, w imieniu tych naszych Współbraci,

którzy pozbawieni są możliwości kontaktowania się z Nami w sposób dla większości z nas jasny i zrozumiały,

poprosić o szacunek. Uznanie. Docenianie tego

jak wiele im zawdzięczamy.

Jak bardzo dużo otrzymujemy od nich i dzięki nim.

W Kręgu Ziemskiego Życia ich rola jest ogromna.

I wciąż jeszcze przez nas niedoceniana, przynajmniej w powszechnej świadomości.

Nade wszystko zaś chcę poprosić o uznanie ich Życia!

Kiedy wybierzemy się na ziołowe albo roślinne zbiory, do lasu, na łąkę, do własnego sadu lub ogrodu, balkonu, doniczek na parapecie okna, spróbujmy o tym uznaniu i szacunku pamiętać.

Uczmy się go, jeżeli nie jest dla nas oczywisty.

Obok pozyskiwania cennych dla nas surowców, przeznaczmy trochę czasu na wspólne z Roślinami bycie. Obserwację. Uwagę.

Plemię Roślin z nawiązką odpłaci za naszą życzliwość i dobrą wolę! Jeżeli nie darem materialnym, to z pewnością lepszym samopoczuciem, spokojem, zdrowym oddechem, wyciszeniem i harmonią w nas samych.

Warto spróbować…

Pięknych doświadczeń

w budowaniu relacji z Plemieniem Roślin

życzę wszystkim i każdemu!

Reaktywacja

Chyba dojrzałam. Po blisko 4 latach milczenia w tej przestrzeni przyszedł moment, kiedy chcę ją ponownie ożywić. Odkurzyć dawniejsze treści (po ich przejrzeniu stwierdzam, że wciąż aktualne) i dzielić się nowymi…Często znacznie różniącymi się od tych wcześniejszych, bo też i moja osobista droga wyraźnie się zmienia.

Zastanawiałam się nawet, czy z tej racji nie zmienić wyglądu tego bloga, czy może nawet sięgnąć po nowy? Ale uznałam, że nie. Zostawiam tak, jak bylo, korygując jedynie to, co uległo wyraźnym zmianom. Zostawiam, bo ogólny wystrój, motto i zasadnicze przesłanie: „zdrowie, radość i cisza”, pozostały aktualne. Chociaż z innej nieco perspektywy i w innej odsłonie!

Nadal jednak jest to w pełni moje.

Teraz jestem po prostu w innym miejscu tej Drogi.

Tym, co zmieniło się najbardziej w blogowych zasobach, jest oferta warsztatowa. Inne treści, znacznie mniejsza częstotliwość, wyraźnie też odmienny profil ewentualnych spotkań. Cała zatem zakładka „Warsztatowo” jest już raczej wspomnieniem, niż ofertą!

Odmiennie też traktuję obecnie swoją fascynację Średniowieczem, Słowiańszczyzną i tradycjami Starej Europy.  Bardziej jako obszar intuicyjnych poszukiwań, niż odtwórstwa. Oraz odkrywania ścieżki Run, pogłębiania kontaktu z nimi. Z tym wszystkim zaś odnajdowania wspólnych elementów i łączników z kulturami i tradycjami całego świata.

Reszta, czyli wpisy zielarskie i około zielarskie, a także „ogólnorozwojowe”,

pozostawiam, jako zapis, wspomnienie i inny etap mojej Przygody z Życiem.

I tyle tytułem wstepu. Myślę, że wystaczy.

Reszta zmian wyłoni się z czasem.

Dziś ładna data, 2. 05. 2020 r

 Początek maja to w naszych, europejskich realiach zawsze czas celebrowania rozkwitu i zapowiedzi obfitości.

Zarazem tegoroczna wiosna jest, nie tylko dla mnie, dla nas ale i całego świata okresem wyzwań. Pytań. Transformacji. Stawania w obliczu nieznanego. Kwestią całkowicie indywidualną jest, czy ulegamy, naturalnym skądinąd, obawom i lękom, czy raczej doświadczamy ekscytacji i fascynacji… I jedna i druga opcja ma rację bytu i jest zrozumiała.  Chociaż zachęcam raczej do tej drugiej. A przynajmniej poszukiwania spokoju i równowagi… 

Mnie samej codzienność przynosi, jak zwykle zresztą, obfite Dary. Niektóre trudne i wymagające. Inne – piękne i wzbogacające. Niektórymi z nich będę się tu dzielić…

***

Dziś rano… noc była lekko mglista po wczorajszych deszczach (wielka wdzięczność za nie!) i chłodna. Wczesnym porankiem, wyglądając oknem, miałam szczęście podziwiać magiczny widok: pokryte młodą zielenią liści brzozy, całe zroszone milionem kropelek wody. Niskie jeszcze promienie słońca odbijały się w nich niczym w okruchach kryształu, lśniących brylantach. Każdy ruch powietrza powodował kolejna kaskadę blasku w leciutkim, migotliwym, jasnym jeszcze, ale już soczyście zielonym welonie brzozowych listeczków. Jak delikatna gaza, falujący szyfon, usiany klejnotami i blaskiem! Piękno w czystej postaci!

Dziś dzielę się takim Darem!

Zdjęcie wiodące wpisu T Świątkowski

III Zlot Zielarski – Sokolec 2016

logo zlotu

III Zlot Zielarski – Sokolec 2016

Kolejny Zlot Zielarski za nami i nie mogę oprzeć się z wrażeniu,

że każdy kolejny porusza coraz wrażliwsze struny i obszary.

Cokolwiek bym nie napisała – nie opiszę ani nie oddam tego bogactwa,

w jakie zanurzyłam się przez ten, pozornie krótki, czas…

Bogactwa ludzi, zdarzeń, przeżyć!

Powtórzę może po prostu swoje wcześniejsze podziękowania:

Kochani!

Nie da się wyrazić żadnym słowem w żadnym języku tego ogromu i mocy:

piękna, radości, spontaniczności, życzliwości, ufności i wzajemnego

dopełniania się,

jakie dane było nam wszystkim podczas zlotowych dni!

Czarodziejko Inez,

dziękuję za ten cudowny i coraz cudowniejszy pomysł!

(tylko Ciebie wymieniam z imienia, bo ani miejsca ani pamięci mi nie wystarczy na spisanie wszystkich).

Ale chcę po prostu powiedzieć: DZIĘKUJĘ!!!!

Wszystkim i za wszystko!

Góry Sowie - Agnieszka Jeske

Fot. Agnieszka Jeske

Góry Sowie, nie tak groźne i majestatyczne jak Tatry, nie tak rozłożyste jak Bieszczady, mniej skaliste i strome niż Pieniny i Gorce – swoim niezrównanym klimatem zauroczyły mnie. Pozwoliły doświadczyć nagłych załamań pogody, płynących mgieł, obecności owiec… zaś skrzaty, Elfy i Koboldy miały pole do popisu w ich urokliwej ciszy…

Góry Sowie K.Kalemba

Fot. Krzysztof Kalemba

Pierwsze to było moje spotkanie zielarskie, gdzie swoją uwagę, kierowaną na rośliny, mogłam poświęcić niemal w całości na ich omawianiu przez innych i widzeniu innymi oczyma! Dane mi było przeżywać z Wami pasje i zaangażowanie, odszukiwanie nazw roślin, ich wyglądu i występowania; smakować i podziwiać smakołyki, napoje, maceraty, octy, mydła i kremy, fermentacje takie i inne, destylacje, zastosowania na 1000 i 1 sposobów!

Mogłam brać udział w podróżach dalekich i bliskich, słuchać cudownych wykładów, dotykać wraz z wieloma sercami tematów lekkich jak piórko i stawiających spore wyzwania! Dane mi było też doświadczyć Waszego udziału w mojej własnej, nie tylko roślinnej „bajce” – i cudownej reakcji na nią! Spotkać się z ludźmi, żyjącymi podobną do mej własnej pasją, doświadczać ciszy, opowieści, harmonii, dynamiki i spokoju…

CUDu Życia…

Dziękuję to dużo za mało –

ale nie wiem jak inaczej

ten ogrom wdzięczności wyrazić!

Własnych fotek nie mam, bo nie robiłam, pozwolę sobie zatem zamieścić dla pamięci kilka użyczonych obrazów. Ich autorom – także bardzo dziękuję!

Inez - Tusia Jałowiecka

Fot. Tusia Jałowiecka

13334298_1123552181027559_2135210683_o

Fot. Jacek Damaziak

grupowe

Razem, chociaż nie w komplecie…

Fot….. (autor proszony o przypomnienie się)

Kilka kadrów z moich spotkań z Wami

Opowieści o runach – i ruchu

13321045_1123552137694230_524018907_o

Fot. Jacek Damaziak

słowo o runach J.Piotrowski

Fot. Jerzy Piotrowski

Czarowanie żadanic

czarowanie żadanic - J.Piotrowski

Fot. Jerzy Piotrowski

P5289240

Motanka/ żadanica otrzymana w prezencie tuż przed Zlotem

od Asi Bednarz z Natule

fot. Mariusz Szczypciak

O Kadzidłach i kadzeniu

fot. Dorota Sowa

Fot. Dorota Sowa

Medytacja „zielska”

Władysław Podkowiński W ogrodzie

Nikt jej nie uwieczniał fotograficznie,

pozwalam sobie zilustrować obrazem

„W ogrodzie” W. Podkowińskiego

Dziękuję, Przyjaciele!!!

Wiodące zdjęcie wpisu: Dorota Natura Życia

Wbrew zasadom, czyli…. coś do leczenia :)

Odstępuję nieco od unikania wpisów wyłącznie leczniczych.

Głównie dlatego, że ten konkretny syrop jest cenny, łatwy i dość mało znany.

A jest akurat pełnia sezonu kwitnącego chrzanu!

Dziś zatem:

chrzan_pospolity

Syrop z chrzanu

To bardzo wartościowy, a zarazem, jako się rzekło, łatwo dostępny syrop. Chrzan ma działanie grzybobójcze, bakteriobójcze, wykrztuśne oraz przeciwwirusowe. Ma też i inne, ale tym akurat zawdzięcza swą przydatność jako leczniczy syrop. Działa też ogólnie rozgrzewająco, co wspomaga proces leczenia infekcji.

Ważne! Przeciwskazaniem do stosowania chrzanu, nie tylko w postaci syropu, jest marskość i głębokie uszkodzenia wątroby!

Syrop z chrzanu można zrobić na kilka sposobów i o dowolnej porze roku. W gruncie rzeczy równie łatwo jak cenione syropy z cebuli. Wystarczy do tego chrzan (kwitnące łodygi, liście lub korzeń), miód lub mocny syrop z cukru i opcjonalnie niewielka ilość cytryny lub soku z malin.

Wersji i metod wykonania jest kilka, oto część z nich:

(z góry przepraszam,

w proporcjach nieco improwizuję,

zawsze robiłam to „na oko”)

Wersje miodowe

zlot, ogród Ewy, chrzan

  • 1 lub 2 kwitnące pędy chrzanu rozdrobnić, ugnieść w półlitrowym słoiku, zalać miodem. Kilkakrotnie starannie zamieszać. Po kilkunastu godzinach zażywać po łyżeczce. Do dłuższego przechowywania odcedzić.
  • 1 – 2 małe albo 1 spory liść chrzanu; wykonanie i używanie jak wyżej
  • 2 łyżki utartego korzenia chrzanu zalać szklanką dobrze ciepłej wody, odstawić na ok 2 – 3 godz; mieszać. Płyn odcedzić, dodać szklankę miodu, wymieszać.

Wszystkie podane wyżej wersje syropów można uzupełnić sokiem z połowy cytryny lub 2 – 3 łyżkami soku z malin

(lub innego ulubionego). Dla stabilizowania – dodać małą porcję wódki.

Nie mam niestety zbytniego doświadczenia z trwałością takich syropów na miodzie, zwykle robiłam je doraźnie, jak cebulowy.

Wersje z cukrem/syropem

zlot, ogród Ewy, chrzan

    • Najprostsza: rozdrobnione pędy z kwiatami i/ lub młode liście ubijać w słoiku, przesypując cukrem. Odstawić w ciemne, ciepłe miejsce. Po 7 – 14 na powierzchnię wytworzonego syropu wlać kilka kropel spirytusu, zakręcić. Przechowywać w chłodzie.
    • 1/4 l (powinny być dość mocno ugniecione w naczyniu) rozdrobnionych pędów z kwiatami i/ lub młodych liści chrzanu zalać 0,5 l gorącej wody, zagotować, odstawić na noc. Odcedzić, do maceratu dodać ok 20 dkg cukru, gotować na małym ogniu mniej wiecej pół godziny. Zlać na gorąco do małych buteleczek/ słoiczków.
    • Przygotować macerat z utratego korzenia chrzanu (wodę chrzanową) wg sposobu powyżej (Wersje miodowe). Odcedzić. Przyrządzić gęsty syrop z pół szklanki cukru i minimalnej ilości wody. Wlać do niego macerat chrzanu, zagotować. Gorące zlać do małych butelek/ słoiczków.

    Wersje cukrowe także można wzbogacać cytryną lub sokami oraz stabilizować alkoholem. Przy czym sprawdzona przeze mnie twałość takich syropów z cukrem, w chłodnym i ciemnym miejscu, to około pół roku. Dłużej nigdy nie trzymałam – nie ma potrzeby, są szybkie i łatwe w wykonaniu, zaś korzeń chrzanu jest łatwo dostepny.

    Najmocniejsze w działaniu są wersje z korzeni oraz zielonego surowca przesypanego cukrem. Pozostałe nieco łagodniejsze.

    Z całego serca wszystkim życzę,

    by NIE potrzebowali tych przepisów!!!!

Wiosennie raz jeszcze

Na początek wypada chyba przeprosić za kolejne „powtórki’!

 Z nadzieją, że komuś jednak przydatne…. 

***

Jak co roku w podobnym mniej więcej czasie „na scenę”

wkroczyła wiosna!

Wraz z nią zaś początek naszego szerokiego użytkowania darów Natury,

mniej lub bardziej ujarzmionej.

Tę „oswojoną”, ogrodową, sadowniczą i polną w większości znamy

i wiemy jak z jej zasobów korzystać.

A co z dziką częścią roślinnego świata?

Dla wielu nadal tajemniczą i nieznaną?

Dla chcących ją zgłębiać pozwolę sobie zamieścić kilka sugestii…

Rozpoczynanie przygody z dzikimi roślinami bardzo ułatwi wszystkim trening dwóch umiejętności:

uważności i cierpliwości.

Ta pierwsza, czyli uważność, niezbędna jest by zacząć dostrzegać. Patrzeć tak, by widzieć. W tym, co zwykle jest dla nas tylko mniej lub bardziej zielonym (lub kolorowym) tłem, zauważyć różnorodność form, barw, faktur, ich wzajemne przenikanie. Innymi słowy – bogactwo Natury i jego poszczególne skarby.

Ten etap jest w zasadzie prosty. O ile tylko mamy wolę i chęć, by patrząc – widzieć, bardzo szybko opanujemy tę umiejętność. Wystarczy czasem nawet jeden, a z pewnością kilka spacerów w jakikolwiek zielony teren. Może być nawet trawnik przed blokiem wielkiego miasta!

No ale… jak to zrobić?

Wyjdź przed dom: na trawnik/ do parku/ na łąkę, pole, do lasu – gdziekolwiek.

Zatrzymaj się w miejscu, gdzie wkoło ciebie jest „zielono” i….

po prostu patrz!

DSCF1414

Fot. Ewa Ślęczek – Bodzentyn

Zobacz różnorodność i bogactwo. Przyjrzyj się uważnie, spostrzegaj różne kształty, kolory, odcienie i ich wzajemne relacje. Nie tylko pod nogami, także wokół siebie i ponad głową – krzewy i drzewa to też cenne rośliny! Jeżeli takich „spacerów uważności” zaplanujesz więcej, z kolejnych dniach zobaczysz także zmiany – często bardzo subtelne.

Dla niepewnych siebie lub chcących potrenować – przydatne może być ćwiczenie,

które opisywałam TUTAJ.

Na takim, początkowym etapie, nie musimy nawet wiedzieć CO widzimy,

nie ma potrzeby nazywania ani dokładnej klasyfikacji roślin.

Najważniejszym zadaniem na początek

jest dostrzec, że SĄ!

Świat roślin warto poznawać nie tylko wzrokiem. Dotykaj, powąchaj.. Tylko ze smakowaniem trzeba się wstrzymać do momentu, kiedy już wiemy „co jest czym”! I tu wkracza na scenę druga umiejętność zielarza – praktyka, z własnego doświadczenia wiem, że dużo trudniejsza do opanowania – cierpliwość!

Cierpliwości tak prawdę mówiąc „nauczyć się” nie da. Ale… da się ją wytrenować. Zresztą sama Natura zadba o to, byśmy tę cierpliwość posiedli! Żadne poganianie z naszej strony nie zmusi naturalnego cyklu do zmian – pozostaje jedynie przystosować się do nich!

Jak już wspominałam kiedyś, nasz brak cierpliwości szkodliwy i męczący jest jedynie dla nas samych. Jego owocami są: stres, emocjonalna presja, często – nieprzemyślane, mylne lub niepotrzebne zbiory….

Naprawdę – nie warto się niecierpliwić!

Kolejny cenny sprzymierzeniec w zbiorach roślin to brak oczekiwań. Nawet jeżeli mamy pomysł co chcemy odnaleźć i zebrać – nie przywiązujmy się do tych planów. Pozwólmy sobie (i Naturze) na improwizację, niespodzianki, a nawet brak zbiorów. Każda wyprawa w świat roślin dostarczy nam skarbów – nawet taka, z której wrócimy z pustymi rękami. Co, mówiąc nawiasem, zdarza się bardzo rzadko! Jeżeli uczymy się poznawać rośliny, warto mieć pod ręką aparat fotograficzny (albo szkicownik!) i uwieczniać okazy na miejscu, tam, gdzie rosną. Zarówno nam samym jak i innym łatwiej będzie klasyfikować gatunki widziane „w Naturze” niż zerwane i pokazane osobno. Przy okazji unikniemy niepotrzebnego niszczenia…

gwiazdnica

Gwiazdnica w „towarzystwie”

Z kolei dla wszystkich mających już za sobą doświadczenia „zielarskie”

mała podpowiedź…

Przygotowując się do kolejnego sezonu obfitości w Naturze warto zrobić mały (albo i większy) remanent. Sprawdzić czego z potrzebnych w codzienności surowców mamy nadmiar, czego pozostało „akurat w sam raz”, czego zaś zabrakło? Łatwiej będzie dopasować plany na kolejny rok do własnych potrzeb.

Z pewnością też w nowym sezonie pojawią się nowinki jeszcze nam nie znane, albo takie, których nie poznaliśmy dokładniej. To żelazna reguła, nawet po latach pracy z roślinami! Liczmy się z tym, planując zbiory, maceraty, wyroby, przetwory, itp. Nie jest trudno ulec pokusie „wszystko ze wszystkiego”, szybko zaś okazuje się, że połowa albo i więcej się nam dubluje! Albo zwyczajnie nia mamy co zrobić z przygotowanymi zapasami… Piszę to oczywiście dla osób, które swoje zbiory przeznaczają dla siebie i bliskich.

Bywa czasem tak, że znajdujemy wyjątkowo bogate stanowisko rośliny, którą znamy i cenimy.

Jak chociażby łąka pełna kwiatów mniszka

P1210227

Nie ulegajmy złudzeniu,

że jeżeli nie zbierzemy (i nie przerobimy) ich wszystkich,

to one się „zmarnują”!

W Naturze nic się nie marnuje, nie ma takiej możliwości! Nie jesteśmy jedynymi użytkownikami tego bogactwa. Rośliny rosną, kwitną i owocują, podobnie jak zwierzeta żyją własnym rytmem, niezależnie od tego, czy ludzie są w pobliżu, czy ich nie ma. Ba, z punktu widzenia naturalnego cyklu, obecność czlowieka często bywa niszcząca. O czym wszyscy doskonale wiemy – nie trzeba byłoby dziś tworzyć obszarów chronionych ani otaczać ochroną kolejnych gatunków, gdybyśmy umieli szanować Naturę od wieków.

Z drugiej strony – Życie jest zmianą, cyklem. Upieranie się by wszystko pozostawało stale w stanie niezmienionym jest równie utopijne jak na przykład oczekiwanie, że wiosenne kwiaty będą kwitły aż do zimy… Albo, że nasze dzieci nie dorosną. Albo że…. (można tak długo!).

Wracając jednak do praktyki – zbierajmy (mniej więcej) tyle, ile nam realnie potrzeba. I bądźmy świadomi, iż ten cudowny Świat wokół nas jest bogaty, zmienny i pelen możliwości. Każdy surowiec możemy uzupełnić lub zastapić innym, o ile naprawdę nam na tym zależy. Przynajmniej do późnej jesieni… W miarę poznawania różnorodności i możliwości roślin zdobędziemy nie tylko cenne, wartościowe składniki naszych potraw, kosmetyków, octów, maceratów, nalewek itp.

Z każdą kolejną wyprawą po naturalne dobro odnajdziemy więcej doświadczenia, radości, spokoju i własnej satysfakcji. Nauczymy się dokładnie tego, od czego powinniśmy zaczynać: uważności i cierpliwości!

Nie tylko wobec Natury – także wobec siebie samych i otaczającego świata. Takiego, jakim jest!

20140424_164128

Łąki nowohuckie; fot. Ewa Ślęczek

Im rychlej odnajdziemy w sobie otwartość na ten,

pozamaterialny wymiar zielarskiej przygody,

tym więcej z niej skorzystamy.

Czego wszystkim bez wyjątku poszukiwaczom,

zbieraczom, wytwórcom i „zielarzom”

z całego serca życzę w kolejnej odsłonie piękna i bogactwa Natury….

W ikonie wpisu – fot. Ewy Ślęczek