Cieszmy sie jesienią!

Jesiennie oznacza dla wiekszości – smutno. W najlepszym razie zaś melancholijnie…

sandya.flog_.pl_kocham-samotne-spacery-po-deszczu

źródło: http://www.twojewiadomosci.com.pl

Nic w tym w zasadzie dziwnego. Jesień, ze swoją atmosferą odchodzenia, zwiększoną ilością pochmurnych, ciemnych dni, spadającą z dnia na dzień temperaturą, w pełni sprzyja nastrojowi apatii. Przygnębienia. Smutku… i obaw przed chorobami.

To zazwyczaj idzie w parze. Jesienią (a i na przedwiośniu), w okresach sporych i nieprzewidywalnych wahań pogody, pojawia się niepokój o zdrowie. Za nim zaś?  Narastająca fala przeziebień, gryp, infekcji bakteryjnych – i strachu przed  nimi coraz większego…

W jakimś stopniu te obawy są uzasadnione. Przy czym nie jest tak, że w tych akurat porach roku bakterie i wirusy są bardziej aktywne – przeciwnie! Niższe temperatury otoczenia sprzyjają raczej niższej żywotności mikroorganizmow.  Przyczyny zwiększonej zachorowalności leżą w naszych nawykach, zachowaniach, a nierzadko – braku dbałości. Tak zresztą było zawsze. Z tą różnicą, że współczesność oferuje mnóstwo życiowych ułatwień, my zaś często lekceważymy ich konsekwencje.

Dla przykładu:

[1]

Ogrzewane mieszkania nie zapewniają odporności na niższe temperatury. Ok, nie ma sensu mieszkać w chłodzie jeżeli nie jest to konieczne, ale… Trzeba brać pod uwagę te różnicę ubierając się do wyjścia!

Klimatyzacja jest także w większości sklepów. Wchodzimy do nich ubrani „na mróz”, wychodzimy – zgrzani. Z powrotem na mróz…

Wiele osób dojeżdża do pracy samochodami (ogrzewanymi) lub komunikacją miejską – nieprzewidywalną… Czy pamietamy o tym, że wysiadając z pojazdu całkowicie „zmieniamy klimat”? Częste i spore skoki temperatury nie sprzyjają odporności naszego organizmu.

[2]

O tym, że nasza odporność daleka bywa od doskonałości czytamy i dowiadujemy się z najróżniejszych źródeł. Staramy się temu zapobiegać – ale czy zawsze w pełni rozsądnie?

Często spotykam się z poradą, by pić w okresie jesienno – zimowym rozgrzewające herbatki. Porada ze wszech miar słuszna, ale… nie przed spodziewanym wyjściem z domu! Jeżeli na przykład rano zaserwujemy sobie napar z malin, lipy, czarnego bzu lub im podobne, po wyjściu z domu w ciepłej odzieży będziemy się dodatkowo pocić. To zaś sprzyja wychłodzeniu, zamiast ogrzania…

Rozgrzewajace napoje aplikujmy sobie po, a nie przed spodziewanym zziębnięciem! Zaś podnoszenie odporności jest zadaniem całorocznym, a nie doraźnym…

 

Tego typu przykłady można by zapewne mnożyć, ale nie o to mi idzie, aby dodatkowo wzmagać lęki… Tu bowiem, w ciagłej obawie i niepokoju, leży najgłębsze źródło naszego narażania się. Jestem przekonana, że każdy, kto umie cieszyć się z własnej kondycji i zdrowia i utrzymuje ten stan, zarówno zdrowia jak i  radości, regularnie, jest znacznie mniej podatny na jakiekolwiek infekcje, niż osoba stale zastraszona.

Nie miejmy też do siebie żalu ni pretensji o gorszy nastrój lub ogólne rozleniwienie! To naturalny stan w okresie zimowym – nie zmienimy tego obwiniajac się. Nawet jeżeli nie da się zorganizować czasu w pełni „wypoczynkowo”, w niczym nie pomoże dodatkowa porcja samoobwiniania!!!

Cieszmy się zatem. Cieszmy się jesienią, nawet tą późną i pozornie szarą! Cieszmy się zimą, nawet jeżeli jest mało „zimowa”. Zawsze da się znaleźć powody do radości i okazje dla przyjemności – chociażby była to dobra muzyka lub książka na zakończenie męczącego dnia. Albo wieczór przy świecach – lub kominku, o ile nim dysponujemy. Albo spacer dla samego spaceru, dla spotkania z uśpioną, a przecież nadal żywą Naturą!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Uważność, zatroszczenie o zdrowie i permanentny „stan radości” z całą pewnością pozwoli nam spokojnie i w zdrowiu doczekać kolejnej wiosny. Czego wszystkim z całego serca życzę!

Jeżeli zaś ktoś oczekuje jednak porad zdrowotno – leczniczych, to w pewnym stopniu znajdzie je TUTAJ

 

Kolorowa uważność

 

 

Dziś trochę jakby mniej zielarsko, chociaż poszukiwanie i rozpoznawanie ziół jest wyśmienitym „treningiem uważności”! Do niej zaś właśnie, uważności tu i teraz, chciałabym zachęcić każdego.

„Świat człowieka jest kolorowy. Podobnie jak świat natury, z którego zresztą owo barwne bogactwo czerpiemy. Nieustannie otaczające nas barwy włączamy w rytm codzienności (którą, notabene, nie bardzo wiem dlaczego, nazywamy „szarą”), w symbolikę, sztukę i radość świętowania.”

To króciutki fragment mojego artykułu „Co nas otacza czyli widzieć więcej”. Cały można przeczytać TU , a na razie….

Popatrzmy kolorowo

Bardzo wiele w naszym życiu robimy rutynowo i bez uważności. Codzienność bywa pełna czynności i zajęć „automatycznych”! Często nawet nie mamy świadomości iż cokolwiek robimy! Dobrym obrazem takiego stanu rzeczy jest określenie „szara codzienność”…

Tyczasem codzienność bynajmniej nie jest szara; w każdym miejscu i czasie otacza nas różnorodność, zmienność – i kolory.

Istota koloru i jego znaczenia to osobny temat – bardzo warto natomiast barwność codzienności wykorzystać do prostych ćwiczeń, pozwalających wykształcić i zachować uważność. Nie od święta i w sytuacjach wyjątkowych, ale właśnie z dnia na dzień. Nie w miejscach i czasie specjalnym, tylko we własnym domu, pracy, na ulicy – wszędzie, gdzie jesteśmy!

Powstać może pytanie – po co? Cóż, uważność, wrażliwość na otoczenie, dokładne i staranne postrzeganie swoich czynności, a tym samym siebie, jest bezcennym doświadczeniem. Zarazem jest to idealny sposób, by zauważyć własne TU I TERAZ i zakotwiczyć się w nim!

Ćwiczenie, jakie chcę zaproponowac jest proste, dostępne w każdym miejscu i czasie i zwyczajnie – przyjemne…

Usiądź wygodnie albo tylko odpręż się na chwilę. Spowolnij swój oddech, bedąc świadomym przepływu powietrza przez Twoje ciało. To wspomoże koncentrację…

Teraz podejmij decyzję, że obserwujesz w swoim otoczeniu kolor czerwony,. Rozglądaj się uważnie po pokoju, biurze czy też ulicy i „wyłapuj” umysłem to, co ma czerwoną barwę! Nieistotne są kształty, wielkość przemiotów ani dokładny odcień – byle to, co dostrzegasz, było czerwone! Poświęć na to ćwiczenie 15 do 60 sekund…

Z kolei zacznij koncentrować się na żółtym. Żółtemu kolorowi także „podaruj” do minuty swojej uwagi…pamiętaj o oddechu!

Kolejny kolor do koncentracji to niebieski. I znowu od kilkunastu sekund do minuty poprzyglądaj się przemiotom o tej barwie. Oddychaj równo i spokojnie!

Podsumowaniem ćwiczenia niech bedzie staranna obserwacja zielonego! Zauważ przy okazji jak wiele i jak różnych zieleni istnieje wokół nas…. Poswięć zielonemu nie mniej czasu niż pozostałym kolorom! Nadal oddychaj spokojnie…

Teraz możesz wrócić do codziennych czynności. Czy nadal po tym ćwiczeniu zgadzasz sie z określeniem „szara codzienność”?

Z pewnością po tych maksimum 4 minutach dostrzegasz wiecej nie tylko barw, ale i kształtów, faktur.. Być może zauważyłeś przedmioty, miejsca, sprzęty, których od dawna nie „widziałeś”?

Spokojny, świadomy oddech pozwolił się wyciszyć – i wyostrzyć uwagę. Obserwowane kolory pomogły zapewne zobaczyć, jak wielka różnorodność, jakie BOGACTWO otacza cię wszędzie, gdzie przebywasz.

Jest w tym także pewien ‚haczyk”, o którym wspomniałam już wcześniej. Otóż oddychając i oddając się „poszukiwaniu koloru” jesteś zawsze TU I TERAZ. Czyli dokładnie w miejscu, w którym trzeba sie znaleźć, aby wykonać jakiekolwiek działanie!

Ćwiczenie warto powtarzać, niekoniecznie ograniczając się do kolorów „podstawowych” i zieleni.

Udanych obserwacji – i miłej zabawy!

O rozpoznawaniu

IMG_1231     Kwitnący przetacznik w swym naturalnym otoczeniu  (fot. Archiwum własne)

                Poszukiwanie i rozpoznawanie roślin jest nieodłączną częścią wszystkich rodzajów warsztatów jakie prowadzę. W każdym razie tych, które są warsztatami, a nie wykładem, pogadanką czy pokazem… Różnorodność Natury, stale obecna wokół nas, jest ogromna.  Wiele osób zaś, w mniejszym lub większym stopniu, nie zdaje sobie z niej sprawy.  Nie dostrzega jej.  Skoro zatem ten świat, świat roślinnego bogactwa, umyka uwadze w codzienności, można by zadać pytanie:  czy w ogóle, a jeżeli tak, to dlaczego, warto poznawać uczyć się rozpoznawać rośliny? Ich nazwy, gatunki, wygląd, miejsca występowania?

Nade wszystko zaś – po co!!!???(klik) 

   Odpowiedzi mogą być oczywiście różne, w tym także: że nie warto, nie ma sensu… Skoro jednak warsztaty zielarskie, nie tylko moje, cieszą się coraz większym zainteresowaniem, uznać wypada, że jest po co i że taka wiedza, umiejętność, możliwości – jak zwał tak zwał – cieszą się zainteresowaniem i wzięciem. No i bardzo dobrze!

   Znajomość, a przynajmniej ogólna orientacja  w potencjale rodzimej Natury (w tym przypadku – roślin), jest naprawdę przydatna.  Może ona i ze wszech miar powinna, uzupełniać naszą codzienność.

Możliwe, że dla wielu czytelników ten wstęp to truizmy, ale prawdę mówiąc uważam, że z gatunku tych, które warto wygłaszać do znudzenia!

    Uznaję zatem, że warto poznawać rośliny. Cieszy mnie to, bo znam ich potencjalne możliwości (znacznie szersze nota bene niż smaczne potrawy czy też dobre kremy – ale o tym kiedy indziej….). Z każdym kolejnym rokiem, miesiącem czy też warsztatem poznaję ich, co tu dużo gadać, coraz więcej.  Zarówno roślin jak i ich możliwości. I tu dochodzimy do tematu, a raczej pytania, które „chodzi mi po głowie” od jakiegoś czasu…. Pytania o potrzebę głębi i dokładności owego poznawania.

Zauważam dość często skłonność do bardzo dokładnej klasyfikacji roślin. Ta potrzeba specjalistycznego nazewnictwa jest, w moim odczuciu, mocno związana z europejskim, stricte naukowym, sposobem postrzegania świata. Nie widzę w tym nic złego, ale…. Zastanawia mnie czasem – jaki jest tego cel? Poza ściśle poznawczym?

    Nie jestem botanikiem. Ogrodnikiem także nie. Ani – lekarzem! Nie jestem zatem żadnym specjalistą w rozumieniu nauki. Swoją znajomość roślin zawdzięczam tradycjom rodzinnym połączonym z własną dociekliwością, poszukiwaniem i pasją. Nie jest ona zatem w pełni „naukowa”. I nie musi, o czym przekonuje mnie wiele lat doświadczeń, pracy, eksperymentów! Na przykład:            w załączonym do tego artykuliku zdjęciu „prezentuje się” przetacznik… Ożankowy? Bluszczykowy? Perski? W praktyce „codziennego użytku” nie ma to żadnego znaczenia, prawdę mówiąc! Podobnie rzecz ma się z różnymi odmianami mięty, gwiazdnic, dziewanny, ślazów… Czy ma jakiekolwiek znaczenie z której odmiany róży, jarząbu lub też berberysu zrobimy konfitury lub nalewki? Octy spożywcze? Herbatki dla smaku i zawartości witamin? Warto z pewnością wiedzieć czy na rany i stłuczenia lepsza jest babka lancetowata czy zwyczajna, ale w charakterze surówki obie są równie cenne – i smaczne! Takie przykłady można mnożyć bardzo długo…

   Jedynym ograniczeniem w praktycznym użytkowaniu roślin jest ich ewentualna niejadalność – logiczne wydaje się, że w kuchni (ani też w kosmetyce) nie stosujemy tych trujących! Liczy się tu także nasz osobisty gust, preferencje, dostępność konkretnych roślin, a czasami…. pracowitość. Jak w przypadku róży (pestki!) lub berberysu albo korzonków koniczyny… Są też rośliny niejadalne ze względu na swą „łykowatość”, mocną gorycz (piołun!) czy też inne cechy, nieszkodliwe, ale – niepraktyczne!

Oczywiście cały czas mowa tu o kuchni, kosmetyce czy też innej, szeroko pojętej profilaktyce (regulacji) zdrowia.  Jeżeli mówimy   o leczeniu, surowcach leczniczych, o komponowaniu mieszanek tematycznych, ukierunkowanych;  wytwarzaniu z nich preparatów służących stabilizacji już zachwianego zdrowia – to inne zagadnienie. W takim przypadku staje się kluczowe prawidłowe rozpoznanie konkretnej rośliny – często aż do podgatunku. Ale to już temat na zupełnie inne opowiadanie…

   Rozpoznawanie roślin w ich naturalnym środowisku bywa niełatwe. Chociażby ze względu na ich sporą zmienność, często w obrębie tego samego gatunku. Pytania w rodzaju: „a to na pewno to samo? Tam pokazywałaś takie malutkie, a to jest taaaakie wysokie” – są na porządku dziennym. Rośliny rosną „wpasowane” w środowisko, rodzaj gleby, nasłonecznienie (lub jego brak). Różnice wynikają często nawet z odmiennego cyklu pogody w danym roku! Sama już zatem umiejętność przypisania konkretnego liścia, łodygi, kwiatu czy owocu do obszaru przydatności stawia niemałe wymagania! Po cóż, o ile nie jest to niezbędne, utrudniać sobie rzecz jeszcze bardziej?

   To wszystko nie oznacza oczywiście, ze mamy się roślin bać! Wręcz przeciwnie, fantazja, wyobraźnia i żyłka eksperymentatora – mile widziane. Uważam po prostu, że nie ma obowiązku – ani też często potrzeby – dokładnego „botanicznego” opisywania nazw   i gatunków. Systematyka jest nauką, tak samo jak i inne – przez ludzi stworzoną. Dla wygody i orientacji warto się z nią zapoznać,    to fakt. Ale… nie dajmy się zwariować.  Oczywiście o ile komuś zależy na dokładnej klasyfikacji – nikt mu tego nie broni! Chcę jedynie podkreślić, że rozpoznawanie nazw roślin na poziomie doktora czy nawet magistra  botaniki nie jest konieczne do tego,     by ich celowo i z pożytkiem używać.

Początkującym i niezbyt jeszcze pewnym siebie zbieraczom radziłabym wstępnie wybrać sobie kilka dobrze znanych roślin,           z którymi krok po kroku się „zaprzyjaźniamy”.  Bogactwo niejednego, zazwyczaj pogardzanego „zielska” naprawdę może zaskoczyć. zaś użytkowanie roślin dobrze znanych i łatwych do rozpoznania gwarantuje bezpieczeństwo i komfort „braku obawy”.

Zbiór i stosowanie ziół to świetna zabawa, jeżeli nie damy się usidlić własnym lękom i niepewności! Zatem – wspaniałej zabawy życzę każdemu zbieraczowi roślin, niezależnie od stopnia wiedzy i umiejętności!