O rozpoznawaniu

IMG_1231     Kwitnący przetacznik w swym naturalnym otoczeniu  (fot. Archiwum własne)

                Poszukiwanie i rozpoznawanie roślin jest nieodłączną częścią wszystkich rodzajów warsztatów jakie prowadzę. W każdym razie tych, które są warsztatami, a nie wykładem, pogadanką czy pokazem… Różnorodność Natury, stale obecna wokół nas, jest ogromna.  Wiele osób zaś, w mniejszym lub większym stopniu, nie zdaje sobie z niej sprawy.  Nie dostrzega jej.  Skoro zatem ten świat, świat roślinnego bogactwa, umyka uwadze w codzienności, można by zadać pytanie:  czy w ogóle, a jeżeli tak, to dlaczego, warto poznawać uczyć się rozpoznawać rośliny? Ich nazwy, gatunki, wygląd, miejsca występowania?

Nade wszystko zaś – po co!!!???(klik) 

   Odpowiedzi mogą być oczywiście różne, w tym także: że nie warto, nie ma sensu… Skoro jednak warsztaty zielarskie, nie tylko moje, cieszą się coraz większym zainteresowaniem, uznać wypada, że jest po co i że taka wiedza, umiejętność, możliwości – jak zwał tak zwał – cieszą się zainteresowaniem i wzięciem. No i bardzo dobrze!

   Znajomość, a przynajmniej ogólna orientacja  w potencjale rodzimej Natury (w tym przypadku – roślin), jest naprawdę przydatna.  Może ona i ze wszech miar powinna, uzupełniać naszą codzienność.

Możliwe, że dla wielu czytelników ten wstęp to truizmy, ale prawdę mówiąc uważam, że z gatunku tych, które warto wygłaszać do znudzenia!

    Uznaję zatem, że warto poznawać rośliny. Cieszy mnie to, bo znam ich potencjalne możliwości (znacznie szersze nota bene niż smaczne potrawy czy też dobre kremy – ale o tym kiedy indziej….). Z każdym kolejnym rokiem, miesiącem czy też warsztatem poznaję ich, co tu dużo gadać, coraz więcej.  Zarówno roślin jak i ich możliwości. I tu dochodzimy do tematu, a raczej pytania, które „chodzi mi po głowie” od jakiegoś czasu…. Pytania o potrzebę głębi i dokładności owego poznawania.

Zauważam dość często skłonność do bardzo dokładnej klasyfikacji roślin. Ta potrzeba specjalistycznego nazewnictwa jest, w moim odczuciu, mocno związana z europejskim, stricte naukowym, sposobem postrzegania świata. Nie widzę w tym nic złego, ale…. Zastanawia mnie czasem – jaki jest tego cel? Poza ściśle poznawczym?

    Nie jestem botanikiem. Ogrodnikiem także nie. Ani – lekarzem! Nie jestem zatem żadnym specjalistą w rozumieniu nauki. Swoją znajomość roślin zawdzięczam tradycjom rodzinnym połączonym z własną dociekliwością, poszukiwaniem i pasją. Nie jest ona zatem w pełni „naukowa”. I nie musi, o czym przekonuje mnie wiele lat doświadczeń, pracy, eksperymentów! Na przykład:            w załączonym do tego artykuliku zdjęciu „prezentuje się” przetacznik… Ożankowy? Bluszczykowy? Perski? W praktyce „codziennego użytku” nie ma to żadnego znaczenia, prawdę mówiąc! Podobnie rzecz ma się z różnymi odmianami mięty, gwiazdnic, dziewanny, ślazów… Czy ma jakiekolwiek znaczenie z której odmiany róży, jarząbu lub też berberysu zrobimy konfitury lub nalewki? Octy spożywcze? Herbatki dla smaku i zawartości witamin? Warto z pewnością wiedzieć czy na rany i stłuczenia lepsza jest babka lancetowata czy zwyczajna, ale w charakterze surówki obie są równie cenne – i smaczne! Takie przykłady można mnożyć bardzo długo…

   Jedynym ograniczeniem w praktycznym użytkowaniu roślin jest ich ewentualna niejadalność – logiczne wydaje się, że w kuchni (ani też w kosmetyce) nie stosujemy tych trujących! Liczy się tu także nasz osobisty gust, preferencje, dostępność konkretnych roślin, a czasami…. pracowitość. Jak w przypadku róży (pestki!) lub berberysu albo korzonków koniczyny… Są też rośliny niejadalne ze względu na swą „łykowatość”, mocną gorycz (piołun!) czy też inne cechy, nieszkodliwe, ale – niepraktyczne!

Oczywiście cały czas mowa tu o kuchni, kosmetyce czy też innej, szeroko pojętej profilaktyce (regulacji) zdrowia.  Jeżeli mówimy   o leczeniu, surowcach leczniczych, o komponowaniu mieszanek tematycznych, ukierunkowanych;  wytwarzaniu z nich preparatów służących stabilizacji już zachwianego zdrowia – to inne zagadnienie. W takim przypadku staje się kluczowe prawidłowe rozpoznanie konkretnej rośliny – często aż do podgatunku. Ale to już temat na zupełnie inne opowiadanie…

   Rozpoznawanie roślin w ich naturalnym środowisku bywa niełatwe. Chociażby ze względu na ich sporą zmienność, często w obrębie tego samego gatunku. Pytania w rodzaju: „a to na pewno to samo? Tam pokazywałaś takie malutkie, a to jest taaaakie wysokie” – są na porządku dziennym. Rośliny rosną „wpasowane” w środowisko, rodzaj gleby, nasłonecznienie (lub jego brak). Różnice wynikają często nawet z odmiennego cyklu pogody w danym roku! Sama już zatem umiejętność przypisania konkretnego liścia, łodygi, kwiatu czy owocu do obszaru przydatności stawia niemałe wymagania! Po cóż, o ile nie jest to niezbędne, utrudniać sobie rzecz jeszcze bardziej?

   To wszystko nie oznacza oczywiście, ze mamy się roślin bać! Wręcz przeciwnie, fantazja, wyobraźnia i żyłka eksperymentatora – mile widziane. Uważam po prostu, że nie ma obowiązku – ani też często potrzeby – dokładnego „botanicznego” opisywania nazw   i gatunków. Systematyka jest nauką, tak samo jak i inne – przez ludzi stworzoną. Dla wygody i orientacji warto się z nią zapoznać,    to fakt. Ale… nie dajmy się zwariować.  Oczywiście o ile komuś zależy na dokładnej klasyfikacji – nikt mu tego nie broni! Chcę jedynie podkreślić, że rozpoznawanie nazw roślin na poziomie doktora czy nawet magistra  botaniki nie jest konieczne do tego,     by ich celowo i z pożytkiem używać.

Początkującym i niezbyt jeszcze pewnym siebie zbieraczom radziłabym wstępnie wybrać sobie kilka dobrze znanych roślin,           z którymi krok po kroku się „zaprzyjaźniamy”.  Bogactwo niejednego, zazwyczaj pogardzanego „zielska” naprawdę może zaskoczyć. zaś użytkowanie roślin dobrze znanych i łatwych do rozpoznania gwarantuje bezpieczeństwo i komfort „braku obawy”.

Zbiór i stosowanie ziół to świetna zabawa, jeżeli nie damy się usidlić własnym lękom i niepewności! Zatem – wspaniałej zabawy życzę każdemu zbieraczowi roślin, niezależnie od stopnia wiedzy i umiejętności!

Reklamy

3 uwagi do wpisu “O rozpoznawaniu

  1. Chodzę po lasach, łąkach, nad rzekami itp, zbieram rośliny :) potem dowiaduję się że niektóre można jeść, pewne przesadzam do ogródka ziołowego bo czytałam że pomogą mnie i mojej rodzinie…i zonk, czytam w opisach że kiedyś leczyły a teraz szkodzą…sen o zdrowiu i radość że wreszcie mam pryska jak bańka mydlana :(

  2. A dlaczego teraz szkodzą? To po pierwsze?
    Pamietać warto, że na każdą niemal opinię „za” znajdzie się jakaś „przeciw” ;) Nauka nie zna wszystkich odpowiedzi, zaś badania nad roslinami są w powijakach prawdę mówiąc… Nie pozwól, żeby marzenia „pryskały jak bańka mydlana” z powodu wielości różnorodnych opinii! Zioła, jak wszystko, trzeba traktować z szacunkiem – ale bez lęku!!! Zwróć uwagę na końcowe akapity tekstu – poszukaj tego, co już znasz, poznawaj, zaprzyjaźniaj się… eksperymentuj. Bez ślepej wiary w żadne za ani przeciw ;)
    Po drugie zaś, w sumie ważniejsze… podkreślam tu cały czas, że nie leczenie jest najcenniejszą wartoscią roslin dziko rosnących! Zaś w ilościach i stosowaniu profilaktycznym, poza ewidentnie trującymi, zagrożeń jest niewiele!
    Głowa do góry, Jolu!!!! :D

  3. Dziękuję Pani Haniu <3 Będę robić tak jak Pani mi napisała :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s