Zimą o ciszy

 Źródło – internet

W książce „Być jak płynąca rzeka” P. Cohelo  znajdziemy uwagi, które w bardzo podobnym brzmieniu wygłaszali również Dalaj Lama i wielu innych myślicieli oraz „nauczycieli” współczesności i historii. Jeżeli trochę poszukać, nawet niezbyt dogłębnie, to samo przesłanie znajdziemy w tekstach różnych kultur, filozofii i religii od wieków. Umieszczam ten akurat cytat, bo ten jako pierwszy odszukałam….

<<< Co jest najśmieszniejsze w ludziach: Zawsze myślą na odwrót: spieszy im się do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości ani przyszłości. Żyją jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli. >>>

Słowa, wyrazy, określenia. Cytaty, przytoczenia, powtórki. Myśli przewodnie i myśli wiodące….

„Cogito ergo sum”

„Na początku było słowo”

„Na obraz i podobieństwo”

„Pamiętaj abyś dzień Święty święcił”

Kto ma uszy do słuchania – niechaj słucha„….

Minęło już Przesilenie, Boże Narodzenie, nadchodzi Nowy Rok – czas jest świąteczny. Refleksyjny…  Za oknem śnieżna od niedawna zima…

Zima to taki piękny czas na odpuszczenie. Uśpienie pośpiechu. Rozjarzenie serca światełkiem radości, oczu blaskiem Świąt… Dostrzeganie spraw małych, których wartości nie sposób przecenić!

Święty jest każdy dzień, znacząca i przewodnia – każda myśl. Myślami, słowem i czynem budujemy własne życie. A z życiem, jak z każdym darem, powinno się obchodzić uważnie. Z miłością i czułą troską.  Zaopiekowaniem.

Słowami, obrazem, wyobraźnią jesteśmy w stanie zbudować każdy świat jaki nam się zamarzy… Kto nie dowierza, może po prostu sięgnąć po pierwszą lepszą książkę lub film. Najlepiej fantasy albo f-s. Tym, czego nam brakuje, jest wiara, że owo budowanie jest realne. Nie mniej niż to, co nazywamy codziennością. Którą także zbudowalismy: myślą, mową i uczynkiem. Czy chcemy tego czy nie…

Brakuje nam również spokoju. Łagodności. Zaopiekowania. Zwolnienia tempa, dostrzegania cudu codzienności i własnego weń wkładu. Radości umysłowego, ale i cielesnego doznawania. Chociażby oddechu…

Jednym słowem – brakuje nam w nas – NAS SAMYCH. Poczucia wartości, bezcenności, unikalności i jedności zarazem. Ciszy bytu, który jest byciem, a nie bieganiem w pośpiechu…

Wymądrzyłam sie nieco, zapisując te refleksje i dywagacje, ale… Od czegóż ma się swoje blogi? (pamietniki, dykcjonarze???)

 

Cudownego świętowania codzienności!!!

 

 

 

Czy na co dzień?

003Jak to nierzadko bywa, temat wpisu nieco się zmienił w stosunku do wstępnego planu…

Pisałam o suszeniu roślin, kolejne powinny być teoretycznie inne sposoby ich konserwacji. Tymczasem z różnych stron i źródeł (i różnymi drogami ) przypomniało o sobie pytanie na tyle częste, iż uznałam je za warte rozważenia….

Otóż wielokrotnie słyszę, czytam, spotykam sie z zapytaniem:

Jak często można pić zioła?

Czy można codziennie?  Ile, jeżeli tak? 

Czy robić przerwy? Ewentualnie – kiedy i jakie?

Cóż – jak na wiele innych pytań związanych z ziołami, na te również nie ma jednoznacznej ani kompleksowej odpowiedzi, ponieważ zależy ona od definicji słowa „zioła” oraz celu, w jakim chcemy ich używać. Postaram się jednak rozważyć ten temat – i podsunąć kilka prostych wskazówek do własnego wykorzystania.

Na początek może słów kilka o historii – oraz  semantyce. Otóż lat temu… kilkaset w Europie, jak wszędzie na świecie, piło się różne napoje. To raczej oczywiste.  Europejskimi napojami codziennymi, poza bardzo popularnym piwem, w niektórych regionach winem, wodą oraz sokami, były „herby” – czyli napary z roślin, oczywiście  rodzimych: mięty, lipy, maliny, czarnego bzu, rumianku, poziomki, macierzanki, krwawnika, pokrzywy, dziurawca, mniszka, dzikiej róży i wielu, wielu, bardzo wielu innych. Były łatwo dostępne i zbierane, a z czasem także  kupowane, właśnie w celu popijania „herbatek”. Czyli – naparów z ziół (roślin)… Jako że słowo „ziele” tłumaczy się z łaciny na „herba”

Używane dziś polskie określenie „herbata” powstało z połączenia słów „herba” oraz zapożyczonych z chińskiej wymowy „tê” lub „chá”, nazw napojów z krzewu herbacianego (agielskie „tea„); dosłownie można przetłumaczyć to jako: „ziele tê”.

Zastosowania lecznicze ziół stanowiły osobny rozdział, temat do badań, rozważań i „poznawania” dla osob specjalizujących się w tematach terapii – zielarzy, aptekarzy, wiedźm, wiedzących… lekarzy. „Lekarskie” stosowanie roślin wymagało (i nadal wymaga) nieco innego niż do codziennego użytku preparowania i dawkowania.

Nie były znane na naszym kontynencie rośliny rodzaju Camellia sinensis, Coffea L., Theobroma cacao L., Aspalathus linearis czy też wielu innych egzotycznych. Poza stosunkowo niewielką ilością gatunków przyprawowo-zapachowych,  tzw „korzeni” (imbir, kurkuma, gałka muszkatołowa, cynamon, z czasem goździki), nie znano ich. Nie używano – a już na pewno nie  na co dzień – ich liści, kwiatów ani owoców (nasion).  Zostały „odkryte” i zaczęto je spowadzać  dopiero PO fali wielkich odkryć geograficznych. W różnych latach i z różnych kontynentów. Warto też pamietać, że wszystkie one, bez wyjątku, swoją karierę w Europie zaczynały jako rośliny lecznicze, zalecane do terapii, w małych dawkach i wedle ścisłych receptur!

Rozszyfruję może tajemniczo brzmiące łacińskie nazwy:

Camellia sinensiskrzew herbaty chińskiej (rodzina Camelia, herbatowate)

Coffea L. – Kawowiec (rodzina marzanowate)

Theobroma cacao L. – kakaowiec właściwy (rodzina ślazowate)

 Aspalathus linearisczerwonokrzew, rooibos (rodzna bobowate)

Jak widać napoje, takie jak kawa, kakao, różne gatunki herbaty, uznawane dziś za podstawę codziennego użytkowania, nie są w świecie roślin wyjątkami. Również, podobnie jak te rodzime – są ziołami! I jako przybysze z dalekich stron, przez czas dłuższy za takowe były uznawane. W odróżnieniu od roślin rodzimych, których używało się „na codzień”…

 

IMG_1169

fot. Archiwum własne

Czasy sie zmieniają, obyczaje – także. Dziś napoje takie jak herbata (w bardzo różnych odmianach i gatunkach), kawa czy kakao są dla nas codziennymi towarzyszami. Poszły natomiast w zapomnienie i odstawkę rośliny rodzime. Mało tego, odwrotnie niż nasi przodkowie – w nich, a nie gatunkach egzotycznych – poszukujemy „potencjału zielarskiego”. Co w wolnym tłumaczeniu oznacza – leków… Bo tak właśnie, jako fitoterapię, nauczyliśmy się postrzegać zielarstwo! 

Dużo częściej też i z dużo wiekszą swobodą posługujemy się egzotycznymi przyprawami różnego pochodzenia i zastosowań. Dotyczy to także wielu warzyw (włoszczyzna, ziemniaki, dynie), zbóż (kukurydza, ryż), owoców (cytrusy, banany, ananasy). Po pierwsze – łatwiej obecnie je zdobyć, po drugie – przestały być fascynującą (i bardzo kosztowną!) nowinką, po trzecie zaś – podobnie jak w przypadku kawy czy herbaty – nie postrzegamy ich jako „ziół”, czyli leków…

Czy to nasze postrzeganie zmienia w jakikolwiek sposób potencjał roślin?  OTÓŻ – NIE!  One są, podobnie jak w czasach historycznych, tak samo wartościowe jako „leki”. I odwrotnie – rośliny rodzime nadal, poza potencjałem leczniczym, zachowały ten „codzienny”, można by rzec – profilaktyczny… prozdrowotny.

Jak więc odpowiedzialnie odpowiedzieć na pytania o częstotliwość, ilości i regularność „picia ziół”?

Jeżeli na co dzień i bez zbędnych wahań pijamy różne herbaty, kawy, a nawet napoje mało mające wspólnego z jakością zdrowia (gazowane, energetyki, ba, nawet wody mineralne z dodatkiem stabilizatorów), to wątpliwości w kwestii mięty, rumianku, pokrzywy, róży, lipy, lawendy, dziurawca – itd itp – stają sie zupełnie nieuzasadnione! Urozmaicenie diety o te herbatki nikomu nie przyniesie szkody, raczej pożytek.

Oczywiście należy podkreślić wyraźne rozróżnienie pomiędzy herbatką dla wzbogacenia diety (regulacji, stabilizacji, wspomagania), a terapią jako taką. Ale terapia ziołowa to proces. Złożony, określony czasem, dawkowaniem i często specyficznym preparowaniem lub obróbką konkretnych roślin… Oczywiście, są i takie, których nie używa się na codzień i lekką ręką. Ale dotyczy to roślin i surowców z każdego obszaru i klimatu – nie tylko tych rodzimych! I raczej nie należą do nich te z „listy codziennej”…

Niewiele  spośród powszechnie znanych roślin określanych jako zielarskie nie nadaje się do częstego użytkowania.  Większość, w niewielkich dawkach, jako napary, dodatki przyprawowe, smakowe, urozmaicające posiłki –  są po prostu pożyteczne.

Najwięcej obaw i oporów w stosunku do dzikich roślin rodzimych wynika z braku wiedzy, traktowania ich wyłącznie jako „leków” oraz po prostu… zapomnienia.  Jeszcze niespełna sto lat temu mięta, maliny, lipa, rumianek (i znowu – lista jest długa) były stałym elementem codzienności. Jako napoje, jako przyprawy, składniki potraw… Nikogo to nie dziwiło – i nie przerażało! Nikt też nie miał wątpliwości czy to jest bezpieczne…


10259818_616385688449991_1956885314612563980_n

 fot. – warsztaty w „Dobrym Miejscu”

Reasumując

Nie próbujmy sami i według zaleceń z prasy, internetu czy telewizji stosować ziół leczniczo. Nie ma to wielkiego sensu – i realnie może zaszkodzić. Ale nie przesadzajmy też w drugą stronę. Jest bardzo wiele roślin, których częste, a nawet codzienne stosowanie, wyjdzie na pożytek nam samym i naszym rodzinom. Warto kierować się tu własnym gustem, smakiem, preferencjami, potrzebami organizmu i po prostu zdrowym rozsądkiem. Jeżeli mamy obawy przed zbyt długim stosowaniem tych samych naparów – zmieniajmy je! Mniej szkody przyniesie codzienna herbatka ziołowa niż kilka razy dziennie pita kawa, mocna herbata lub kupne napoje!

Zdrowia życząc wszystkim, zachęcam do prób. Warto!

 

Konserwacja ziół; sposób 1 – jak suszyć zioła?

listki rzut copy

Suszenie 

Najbardziej znaną i najpowszechniej stosowaną metodą konserwowania ziół jest ich suszenie. Z pewnością też jedną  z najstarszych, o ile nie najstarszą! Proces prosty, łatwy, nie wymagąjacy wiele pracy ni doświadczenia, dający zaś wartościowy surowiec o długiej przydatności do użycia – na ogół około roku. Suszyć można  w zasadzie wszystkie rośliny i wszystkie ich części. Suszenie ma też i tę zaletę, że rośliny tak zakonserwowane łatwo przechowywać i są proste w użyciu. Do robienia mieszanek leczniczych i „tematycznych” często wręcz lepiej używać suszu niż, dajmy na to, świeżego surowca. Łatwiej jest dobrac proporcje    i zestawiać ze soba różnorodne „materiały roślinne”.

Są oczywiście pewne podstawowe zasady, których przy suszeniu ziół należy przestrzegać!

  Podstawową i niezmienną jest:

NIE suszymy roślin na słońcu!

Chodzi głównie o niedopuszczenie do odbarwienia surowca roślinnego. To istotne, ponieważ rośliny odbarwione często tracą sporo swoich cennych wartości, o smaku i estetyce nie wspominając… Dotyczy to zarówno liści, pędów jak i kwiatów albo owoców. Jedynymi częściami roslin nie zmieniającymi na ogół zabarwienia podczas suszenia są nasiona i kora. Ale i tak lepiej im zapewnić  miejsce zacienione, lub wręcz podwyższoną temperaturę (chociaż to nie zawsze jest konieczne).

Jak zatem suszyć?

Do suszenia większości materiału roślinnego wystarczy przewiewne, zacienione miejsce – np strych.

Ziele i liście z pędami można suszyć w pękach, pamiętając, by nie były to zbyt duże pęczki. Kilka, w wyjątkowych przypadkach kilkanaście łodyżek, to maksimum.

Mniejsze liście oraz pozostałe, drobniejsze części roślin, suszymy rozłożone pojedynczą warstwą na specjalnych siatkach, płótnie lub papierze. Nie powinny być układane zbyt ciasno ani leżeć kilkuwartwowo – to może spowodować zaparzanie i kiepską jakość suszu.

Soczyste części roślin oraz kwiaty, łatwo tracące barwy, a często także korzenie i korę, najlepiej suszyć w lekko podwyższonej temperaturze. Doskonale nadają się do tego celu suszarki do grzybów, może też być to po prostu piekarnik. Trzeba tylko pamiętać, by temperatura nie przekroczyła 100 stopni i by piekarnik wyłączyć przed włożeniem roślin. Czas suszenia zawsze zależy od jędrności i soczystości surowca.

Dobrze wysuszony materiał zielarski powinien zachować kształt, kolor jak najbardziej zbliżony do naturalnego oraz specyficzny dla danej rośliny, zazwyczaj przyjemny, zapach.

Tak przygotowane rośliny chowamy do opakowań od razu po stwierdzeniu, ze są już zupełnie suche! To istotne, aby nam się nie kurzyły, nie traciły koloru ani zapachu… Susz przechowujemy w płóciennych workach, tekturowych pudełkach, papierowych torebkach, ewentualnie słoikach lub puszkach blaszanych. Takie szczelnie zamknięte pojemniki przydają się do roślin łatwo chłonących wilgoć (jak płatki kwiatów) albo jeżeli zależy nam na długim zachowaniu aromatu.

Zawsze warto pamiętać o opisaniu opakowań z ziołami – powinny się w tym opisie znaleźć koniecznie: nazwa i data zbioru. To pierwsze ułatwi nam rozpoznanie suszonych roślin, jako że nie wszystkie mają charakterystyczny wygląd (jak płatki kwiatów, owoce itp), czy też zapach (róża, mięta, szałwia).

Dzieki wpisaniu dat łatwo oszacować ilość i jakość naszych zapasów…

Wszystkie te uwagi dotyczą oczywiście suszenia roślin dla użytkowania zielarskiego (kulinarnego, leczniczego, kosmetycznego).

Rośliny ozdobne, suszone do bukietów albo po prostu dla urozmaicenia pomieszczeń nie stawiaja takich wymagań! Ale suszone w sposób „przypadkowy”, poza wartością estetyczną, nie mają innych zastosowań użytkowych!

Udanych doświadczeń z suszeniem roślin życzę – jak ich używać? to już kolejne tematy….

Wpis tymczasowy

Blogowanie ma swoje prawa i reguły, w które dopiero teraz po troszę „wchodzę”… A może wcześniej po prostu tych reguł nie było???

Gdzieś pod czaszką kołacze mi się anegdota na temat „zawodów przyszłości”. Konkluzja była taka, że, co dekadę mniej więcej, pojawiaja się nowe zawody, dziedziny, rodzaje pracy, których nie jesteśmy w stanie nazwać ani przewidzieć…

Cóż, blogger z pewnością do takich „świeżynek” należy. Przynajmniej z mojej życiowej perspektywy!

Nie mam na razie pojęcia, czy i na ile blog „Zielicha” stanie sie dla mnie formą pracy! Chwilowo jednak staram sie pilnować regularnosci wpisów (wow! wyraźna poprawa wobec wcześniejszych prób!), totez wrzucam kolejny – tymczasowy…

Tymczasowy, bo sytuacja domowo – życiowo – remontowa utrudnia pisanie kolejnych rozbudowanych porad/ przemyśleń/ podpowiedzi / sugestii (niepotrzebne skreślić), na zbudowanie „buforu zasobow bloga” zaś jeszcze nie było czasu….

Wprawdzie tekstów o różnej treści i zawartości merytorycznej mam sporo. Ale i one wymagaja „szlifu”!

Tymczasowo zatem, z ogromną wdzięcznością za kolejne dni bogatych zmian i przetasowań, głównie domowych, ale i własnych, dziekuję czytelnikom, prosząc o nieco cierpliwości!

 

Żeby zaś nie było całkiem dywagująco, pozwolę sobie wrzucić pomysł na poratowanie rąk, zmęczonych sprzątaniem, myciem, kurzem, pyłem poremontowym i skokami temperatur, przewidywalnymi o tej porze roku:

Balsamik do rąk wersja I

(testowa!)

Olej kokosowy, olejowy wyciąg z nagietka – w stosunku 1 : 1.

Wymieszać na ciepło, używać….

Pory zbioru

Ten tekst pojawiał się już w kilku „miejscach internetowych”, ale, będąc jego autorką postanowiłam udostępnić go także tutaj,

we własnej przestrzeni

Musisz ulepić w piątek,

we wrześniu, na nowiu,

małą lalkę…

(”Rada pani Girard, czarownicy”)

Początek tego rozdziału nie jest przypadkowy. Cytat z wiersza M. Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej łatwo nawiązuje do istniejących dość powszechnie, prawdziwych i nieprawdziwych, przekonań i mitów. O konieczności zbioru roślin – nie tylko w celach leczniczych – w ściśle wyznaczonych porach. I na jedynie słuszne sposoby. A także – przez osoby wybrane.

Jak we wszystkich mitach i legendach, tak i w tych prawda miesza się z baśnią, racjonalna potrzeba – z zabobonem. Nie sposób dostrzec celu i sensu zbierania roślin przez „nietkniętą dziewicę”, nie ma zresztą żadnych przesłanek, aby takowa miała jakikolwiek wpływ na ich działanie… Natomiast z pewnością ma znaczenie, i to duże, na przykład faza księżyca, towarzysząca rozwojowi, a co za tym idzie, porom zbioru poszczególnych roślin. Przy czym o taką harmonię dba już najczęściej sama Natura. Pory kwitnienia, dojrzałości do zbierania konkretnych roślin lub ich części przypadają zazwyczaj w najbardziej optymalnym „czasie księżycowym”. Nie ma to zjawisko więcej wspólnego z jakąkolwiek magią niż, dajmy na to, przypływy morza… Dotyczy zresztą nie tylko zbioru, ale i czasu wysiewu, pielęgnacji, przesadzania roślin zarówno zielarskich jak i w inny sposób użytkowych. Kalendarze biodynamiczne, lunarne, są najlepszą wskazówką – nie tylko dla początkujących. Ich dostępność zapewnia łatwość stosowania wspomnianej wiedzy.

Czym jeszcze kierować się, wychodząc na „spotkania z ziołami”?

Uwagę zbieracza ziół zwracać powinna głównie pogoda. Potrafi płatać bardzo przykre figle, serwując zimno i deszcz na przykład w chwili optymalnej dla zbioru kwiatów. Kwiaty zaś zbiera się wyłącznie w suche, najlepiej słoneczne dni, zachowując tym samym wysoką zawartość nektaru i pyłków. I tak z banalnej pozornie przyczyny może umknąć możliwość wykorzystania którejś z roślin! Bo kwiaty na poprawę pogody czekać nie będą… Natura na szczęście jest zapobiegliwa i każda roślina ma zazwyczaj przynajmniej jednego„dublera” – o podobnym zakresie działania a innej biologii…W czas deszczowy nie zbieramy także roślin na susz, ponieważ mogą spleśnieć lub ulegać odbarwieniu.

Druga ważna wskazówka czasu zbioru to faza rozwoju interesującej nas części rośliny. Istotne jest, aby w zbieranym materiale zachować maksymalne stężenie substancji czynnych. Ich koncentracja zaś w poszczególnych częściach roślin kształtuje się różnie na różnych etapach rozwoju rośliny. I tak kolejno:

  • korzenie i kłącza zbiera się wczesną wiosną, przed etapem rozwoju naziemnych części roślin lub późną jesienią, po ich obumarciu,
  • korę drzew i krzewów w momencie pierwszego „ruszenia soków”; ważne, by był to czas bez silnych mrozów
  • paczki w chwili ich najsilniejszego napęcznienia (stają się wówczas lepkie, często błyszczące),
  • liście od momentu pełnego sformowania charakterystycznych kształtów do chwili, gdy stają się włókniste i twarde
  • kwiaty zbieramy na ogół w pełni kwitnienia
  • płatki z kwiatów w pełni rozwiniętych, nie więdnących
  • ziele (czyli górne pędy łodyg) w fazie rozkwitu pierwszych i kolejnych kwiatów na łodydze lub w pełnym rozkwicie
  • czas zbioru owoców jest bardzo zróżnicowany – od etapu zawiązków (np. orzech lub kasztan) po pełną dojrzałość; a nawet etap „przejrzenia”; wyznacznikiem jest przeznaczenie zbieranego materiału, czasem cechy charakterystyczne owocu
  • nasiona zbieramy wyłącznie w fazie pełnej dojrzałości.

Tyle zaleceń „fachowych”. Najważniejszą natomiast wskazówką dla amatora zbioru ziół wydaje się jego własny czas i ochota! Niewiele też osiągniemy, jeśli pobyt w lesie, polu czy na łące nie sprawi nam radości. Zielarz wyruszając na spotkania Natury nigdy do końca nie wie, co z tego spotkania wyniesie! Nawet wówczas, kiedy dokładnie zaplanował, czego i gdzie ma zamiar szukać…

Reasumując – samodzielne wyprawy zielarskie przynoszą satysfakcję i wymiar materialny, w postaci zebranych roślin. Ale ich prawdziwa wartość tkwi w nas samych.

Rośliny zebrane i nie przeznaczone do użytku „od ręki” trzeba po przyniesieniu do domu posegregować, oczyścić z dodatkowych „śmieci” (np źdźbła traw) i „zakonserwować”. To znaczy utrwalić ich wartość – leczniczą, kosmetyczną, kulinarną tak, by można było po nie sięgnąć w razie potrzeby. Sposobów na to jest wiele, kilka „najwygodniejszych” oraz mało znanych omowie w kolejnych wpisach.