O mydle inaczej

Cała Polska robi mydło.

Kolejna zabawna, pełna fantazji i pobudzająca wyobraźnię inicjatywa.

Robienie mydła to prosty w gruncie rzeczy proces chemiczny, zwany zmydlaniem tłuszczy i znany od wielu, wielu, bardzo wielu wieków… Z własnych, dziecięcych  wspomnień przypominam sobie „mydlane” akcje u Babci, która jeszcze za mojej pamięci kupowane w sklepach kosmetyki traktowała jako zbędny luksus. Tak w każdym razie to odbierałam…

W takie dni na nas, dzieci, spadał obowiązek karmienia kur, „przepinania” owiec i inne mało atrakcyjne zajęcia – dorośli robili mydło. Śmierdziało, dymiło się, było fascynująco, ciekawie i … tajemniczo. Robiło się je z ługowanego popiołu, długo gromadzonych tłuszczy, gotowanych na sadło, w tak zwanej „przybudówce” czyli poza domem, pod zapasowym zadaszeniem.

Mam wrażenie, iż mało która babcia, nawet z tego pokolenia, mydło robiła jeszcze własnym zakresie! Tym niemniej takie właśnie wspomnienia mi pozostały. Jakie to mydło bywało, czy z ziołowymi dodatkami czy bez, jakie było w użyciu, tego, niestety, nie pamiętam.

To tylko drobna reminiscencja. Migawka pamięci, jak spódnice – bombki lub rozkloszowane, tapirowane włosy, szpilki,  fryzura „koński ogon” albo „czwórka z Liverpool’u”…

1731_Beatles_i

źródło – internet

Dziś to wszystko wygląda inaczej, nikt nie musi (chociaż może!) bawić się z ługowaniem popiołu ani gotowaniem sadła. Mydlane propozycje, pomysły i sugestie na stronach i blogach dalekie są od tak siermiężnych metod, a i efektów!

Kilka wartościowych pomysłów i sposobów : „jak zrobić mydło”, w wydarzeniach: KLIK, grupach: KLIK w różnych blogach.  Żadnego z nich nie chcę wyróżniać bardziej niż innych, pozostawiam zatem poszukiwania zainteresowanym.

Ja sama zaś podsunę pomysł niesłychanie prosty i od lat wypróbowany:

mydło alternatywne

Była to jedna z pierwszych moich kosmetycznych przygód. Rozpoczęta lat temu… naście? Miałam jeszcze dość ograniczone zaufanie do własnych pomysłów – a i niewielkie możliwości surowcowe. Stąd rozwiązanie nieco „na skróty”, tym niemniej po latach doświadczeń wiem, że sprawdza się wcale nieźle. Łatwe i szybkie rozwiązanie dla tych, którzy nie mają czasu, możliwości, cierpliwości, odwagi czy czegokolwiek innego, by produkować mydło od podstaw. Jest to też niezły sposób na włączenie w zabawy z ziołami dzieci, co przy robieniu mydeł z użyciem mocnej zasady (NaOH, KOH) jest raczej niewskazane.

Potrzebne do tej zabawy jest zwykłe, szare mydło – im bardziej „zwyczajne” tym lepiej. Poza nim – dowolne zioła, pojedyncze lub ich mieszanka. Świeżych lub suszonych, to nie ma znaczenia dla jakości wyrobu.

Cała tajemnica polega na tym, że gotowe mydło rozdrabniamy, najlepiej na tarce, po czy zalewamy je naparem, odwarem lub maceratem z wybranych roślin. Kolejna czynność to bardzo staranne wymieszanie całości – do zupełnego rozpuszczenia mydlanych wiórków.  W tym właśnie doskonałymi pomocnikami są dzieci, które uwielbiają takie „paćkanie się”.

          OLYMPUS DIGITAL CAMERA     OLYMPUS DIGITAL CAMERA

     Mieszanka ziół                        Przygotowanie odwarumasa

          Gotowa masa mydlana          

Po dokładnym wymieszaniu możemy od razu rozlać masę do foremek, albo pozwalamy jej nieco nieco zgęstnieć. Trwa to na ogół do następnego dnia, ale czas zależy od proporcji mydła do użytego roztworu.

Tę dość już gęstą masę porcjujemy, w foremkach lub dłoniach i pozostawiamy do zastygnięcia „na twardo”. To wszystko.

Oczywiście takie mydło da się różnymi metodami urozmaicać i wzbogacać.

Podobnie jak robione od podstaw, możemy je barwić, dodawać do niego zapachy, olejki lub maceraty olejowe; dodatki peelengujące, od cukru lub kawy po nasiona roślin. Soki roślinne i owocowe, suszone płatki kwiatów lub inne części ziół.

Kakao. Mąkę ziemniaczaną. Ryżową. Płatki owsiane (lub inne), otręby…. I co komu przyjdzie do głowy – byle naturalne!

 

Kończy się powoli „mydlany luty”, ale zaczyna „zielony” i kolorowy sezon zielarski. Mam zatem nadzieję, że uda się zainspirować i zachęcić do coraz to nowych zabaw z ziołami – i na temat!

Zielarstwa użytkowego rzecz jasna!

 nr9_roz1

źródło – internet

 

 

 

 

 

Z szacunku dla Natury

Zajmuję się wiedzą zielarską i pracą z (i pomiędzy) roślinami już ponad ćwierć wieku. Zaś znajomość i przyjażń z Naturą zawarłam kolejne ćwierć wieku wcześniej…

Wszystkie te lata nauczyły mnie kilku naprawdę bardzo prostych, a często trudnych do zaakceptowania dla współczesnego człowieka prawd i zasad.

Natura bowiem, której tak wiele zawdzięczamy, włącznie z własnym istnieniem i życiem osobistym, jakby nie pasuje do naszego świata. Do sposobu myślenia i działania, w którym wyrastamy i do którego przywykliśmy. A może raczej to nasze nawyki do niej nie pasują?

Natura uczy cierpliwości. Spokoju w oczekiwaniu. Obserwacji, uważności, troski.

Uczy szacunku do innych istot żywych i ich, odmiennego często od naszych oczekiwań (czy też wymagań), trybu/ cyklu życia.

Pomaga dostrzec rytm klimatu, zapisany w każdej żywej istocie do konkretnego klimatu przypisanej.

Uświadamia ich potrzeby, ściśle powiązane z innymi. W niesamowitym, harmonijnym, powtarzalnym, a jednak stale zmiennym,

tańcu Wielkiego Koła Życia…

Nauczyłam się przez te lata ze spokojem czekać na kolejny rok, nową wiosnę, lato, jesień – czas obfitości.

Nauczyłam się, że zima jest porą odpoczynku. Regeneracji. Wytchnienia przed kolejnym sezonem aktywności.

4 pory roku Mucha

„Cztery pory roku” A. Mucha – źródło internet

Przywykłam, że zbiór określonego „surowca” (liści, kwiatów, ziela, owoców, nasion, korzeni) ma swój, powtarzalny co roku, a jednak każdego roku jedyny „czas i miejsce”. Nauczyłam się, że każde z ziół ma swoich „zastępców”: rośliny/ części roślin o podobnym działaniu i potencjale, a odmiennej biologii. Dzięki temu nigdy podczas sezonu nie trzeba się martwić, że „coś mi uciekło”!

Nie zdążyłam? Nie sprzyjała pogoda? Nie było warunków? Nie szkodzi – będzie coś innego – za jakiś czas…

Stało się czymś oczywistym, że nie ma sensu zbiór czegokolwiek w nadmiarze, ponad rzeczywiste potrzeby. Susz, soki, syropy, przetwory itp przygotować warto „do kolejnego sezonu”. Ewentualnie z niewielkim zapasem, żeby mieć się czym podzielić…

Niczemu też nie służy „dublowanie funkcji” wyrobów. Cudowne są zabawy i eksperymenty, ale w codziennym użytkowaniu wystarczają jeden – dwa kremy, ulubione szampony czy mydełka. Maści rozgrzewajace lub wspomagające gojenie, peelengi, toniki, płyny dezynfekujące – na tyle, by były pod ręką. W przeciwnym razie, nawet jeżeli mamy kogo obdarować (ja długo nie miałam), większość wyrobów traci wartość zanim zdołamy je zużyć. Podobnie rzecz ma się z suszeniem wszystkiego „jak leci”, robieniem kilku różnych preparatów odpornościowych, wyciągów olejowych kilkunastu gatunków itd itp. Szybko dane mi było się przekonać, że jest to prosta droga do zaśmiecania domu, konieczności wyrzucania rzeczy już nieprzydatnych i zarazem marnowanie surowców…

Przez wiele lat owo codzienne zielarstwo było dla mnie wielka pasją, przygodą, „sposobem na siebie”. Długo też byłam w nich osamotniona. Mało kto traktował wiedzę o rodzimych roślinach dziko rosnących jako coś cennego. Lub chociażby przydatnego. A jeżeli już w ogóle – to w postaci fitoterapii, którą jakiś czas zresztą się zajmowałam.

do bloga

Dziś jest inaczej. Cieszy mnie to, cieszy ogromnie!

Czego wyraz daję stale, w tym i tutaj: linki, odnośniki, popularyzacja…

To wspaniałe i bezcenne, że ucywilizowany świat nareszcie CHCE widzieć

bogactwo i potęgę Natury!!!

Ostatnio jednak zaczął mi cicho, a teraz jakby głośniej, dzwonić ostrzegawczy dzwoneczek…

Może nie mam racji. Może przesadzam i trochę panikuję. Ale mam takie odczucie…

Współczesny sposób myślenia jest nam dobrze znany. I rozrasta się.

„Dużo, szybko, niecierpliwie, byle prędzej;

wszystko, co się da, jak najwięcej, bez ograniczeń” .

Taka zasada nie daje się przenosić w świat Natury i jej rytmu. A przede wszystkim – nie powinna! Głównie dlatego, że jest niszcząca.

Tę prawdę też zresztą dobrze znamy…

Jest nas, Ziołomaniaków, coraz więcej. Cudownie! Wspaniale! Tylko przyklasnąć!

Nie rozrasta się jednak, niestety, baza, z której możemy czerpać. Raczej przeciwnie… Przynajmniej na razie.

Baczmy zatem, by naszej wiedzy o roślinach, ich możliwościach, potenacjale, stosowaniu, towarzyszyła Mądrość. Szacunek. Uważność i troska. Czyli to wszystko, czego sama Natura jest najlepszą nauczycielką.

Las, łąka, pole czy ogród to nie supermarket. To, czego nie „wykupimy” lub (z naszego punktu widzenia) „przedatuje się” – nie zostanie wyrzucone ani zmarnowane! Służy bowiem nie tylko nam. W takiej czy innej postaci – znajdzie swoje zastosowanie. Zarazem zaś – nikt nie „dowiezie towaru”. Sami musimy zadbać, by „producenci” mieli się dobrze!

Pory zbioru roślin i ich części wynikają nie tylko z potencjału, jaki mają dla nas. Są ważne także dla nich samych i innych ich „użytkowników”.

Jesteśmy piękną i wartościową cząstką Wielkiego, Cudownego, Harmonijnego Cyklu. Pamiętajmy, czerpiąc z ogromnych zasobów Natury dla zadbania o siebie,

by o jakość i harmonię tego cyklu dbać równie uważnie!

Pozwolę sobie zacytować fragmenty z własnego tekstu

„Zielarstwo – wiedza czy dar”

SONY DSC

„Las, łąka, ugory – to laboratorium istnieje przecież nadal! Bliskie, znane, swojskie, codzienne. Tajemnicze, o tyle tylko, o ile przyroda sama swych tajemnic broni. I o ile zapominamy lub lekceważymy wiedzę naszych przodków, przywaloną stertami śmieci, reklam, ignorancji… pseudonauki.

Wstęp do niego jest otwarty. Dla każdego. I nadal, jak przed wiekami, chętnie daje schronienie ludziom. Zmęczonym, znerwicowanym, szukającym oazy ciszy mieszkańcom wielkich miast, których przybywa tu coraz więcej. I tym, którzy z tej ziemi i jej tradycji wyrośli, zakorzenieni w czasie głębiej, niż zdają sobie sprawę. W progi tego właśnie laboratorium zapraszam wszystkich, których zmęczył pośpiech, ogłuszył zgiełk, przejadły się plastikowe smakołyki. Zapraszam, prosząc jednocześnie o szacunek. Pokorę. Wrażliwość. To, znacznie bardziej niż niedostępne instytuty badawcze – jest Sanktuarium!”

Konserwacja ziół sposób 3: octy

Octy ziołowe

Przygotowanie i użycie octów ziołowych jest znacznie mniej popularne od dwóch poprzednich sposobów ich konserwacji.

Warto je przypomnieć, są to bowiem bardzo wartościowe wyroby! Doskonale uzupełniają kuchnię, kosmetyczkę, a także apteczkę domową.

Ocet ziołowy w zasadzie, podobnie jak w przypadku wyciągów alkoholowych, otrzymujemy przez zalanie octem i macerację materiału roślinnego, najlepiej świeżego.  Można to robić na zimno lub na ciepło (nie gorąco!).

Oczywiście używamy do tego celu wyłącznie octów winnych!

Ocet winny sam w sobie jest zresztą wyrobem zielarskim, nawet tak prosty jak jabłkowy. 

Aby być pewnym wysokiej jakości i tym samym szerokiej przydatności octu trzeba   przygotować go samodzielnie. Nie jest to ani trudne, ani skomplikowane wbrew  pozorom.

Ocet jabłkowy

na 2,5 l wody; ok 1 – 1,5 kg jabłek, koniecznie sadowniczych, najlepiej starych odmian – cale lub skórki, gniazda nasienne, odpady itp; cukier lub miód – po 1 łyżce na 1/2 l wody

Wodę gotujemy, rozpuszczamy w niej cukier/ miód. Odstawiamy do ostudzenia. Do czystego, wyparzonego słoja lub kamionki wrzucamy rozdrobnione owoce. Można tylko pokroić, można tez zetrzeć na tarce. Zalewamy je osłodzoną wodą, zawiązujemy płótnem albo muślinem. Ważne! Nie zakręcamy naczynia – ocet musi mieć swobodny przepływ powietrza, w przeciwnym razie fermentacja nie będzie prawidłowa! Odstawiamy naczynie w ciepłe miejsce na minimum 15 dni, optymalnie – na miesiąc. Warto mieszać, przynajmniej co 2 dzień. Na powierzchni wytworzy się „filtr” – to nie jest pleśń, tylko naturalny proces, tzw  matka octowa.

Tą samą technologią octy da się zrobić z wielu owoców, od winogron lub porzeczek po głóg i dziką różę.  Zresztą pomysłów „octowych” można mieć mnóstwo, zaś prostota wykonania i niezbędnych składników zachęca do prób i eksperymentów!

 

 Macerowane octy ziołowe

Proporcja:

na 1 szklankę octu potrzebujemy 1  do 1,5 łyżki świeżych albo 2 łyżek suszonych ziół

Świeże zioła zalewamy octem, pozostawiamy do maceracji bez dostępu światła, potrząsając często naczyniem,  na 10 do 20 dni. Po tym czasie starannie cedzimy 2 lub 3 krotnie. dodatkowo można przefiltrować przez bibułkę.

Jeżeli zamiast roślin świeżych używamy do macerowania suszu, ocet przed zalaniem ich podgrzewamy – maksymalnie do ok 50 stopni. Nie zagotowujemy!!!!

 

Do przetworzenia na ziołowy macerat najlepszy jest ocet jabłkowy, sam zresztą posiadający wiele cennych właściwości, tak kulinarnych jak kosmetycznych. Ale można użyć także innych – wspomnianych wyżej.

Innym, i jednym z ciekawszych sposobów jest uzyskiwanie octowego maceratu nieco odmienną techniką. Tu przykład  maceratu mniszkowego  z kwiatów mniszka lekarskiego, powszechnie znanego jako mlecz.

mniszkowy

Fot. z bloga Herbiness

Ocet, zarówno „czysty” winny jak i macerat ziołowy, przechowujemy w ciemnym, chłodnym miejscu. Używamy go w kuchni, wspomagająco dla mineralizacji i oczyszczania organizmu, leczniczo, kosmetycznie….

Jako się rzekło, zastosowań są setki (albo i więcej!)

W kuchni

W tym zakresie, jak sądzę, rekomendować octu nie ma potrzeby. Warto tylko podkreślić, że octy winne z powodzeniem nadają się do wszelkich potraw, nie tylko sosu winegrette…  Dobrze wykonanym octem zakonserwujemy owoce, ogórki, śledzie, urozmaicimy smak barszczu lub innych zup, słowem – gdziekolwiek w kuchni potrzebny kwas, mamy go pod ręką. Okazjonalnie może zastąpić nawet sok z cytryny.

 W kosmetyce

Ocet winne i maceraty ziołowe z nich zrobione są bardzo wartościowym surowcem kosmetycznym.  Mogą być  płukanką do włosów, dodatkiem do kąpieli, bazą maseczki itd itp. Rozcieńczone wodą, najczęściej pół na pół, stanowią cenne toniki. Można z nich korzystać przy wykonaniu kremów, mydeł – zachęcam do eksperymentów!

Octowy tonik z rozmarynu i rumianku

 ozmaryn +rumianek

1 szklanka octu jabłkowego, po 1 łyżce ziela rozmarynu i koszyczka rumianku, do rozcieńczenia – woda

Przygotowujemy macerat octowy z ziół. Gotowy rozcieńczamy przegotowaną lub źródlaną wodą w proporcji pół na pół lub 2(wody): 1 (octu). Rozcieńczyć warto niewielką ilość, do użytku na kilka dni. Resztę maceratu odstawiamy w chłodne, ciemne miejsce – jako użytkowy ocet ziołowy albo półprodukt do kolejnych porcji toniku.

Identyczną metoda można zrobić maceraty z różnych roślin – to tylko jedna z bardzo wielu propozycji!

W profilaktyce codziennej

Najprostsze zastosowanie octu winnego w codziennym użytkowaniu prozdrowotnym to poranna porcja mieszanki: 1 łyżeczka octu, 1 łyżeczka miodu, pół szklanki wody.

Popijanie co rano takiego specyfiku bywa ostatnio polecane nawet jako profilaktyka raka! W tym akurat zakresie nie mam zdania, tym niemniej jest to dobry sposób na wspomaganie odporności, poprawę krążenia, stabilizowanie przemiany materii, obniżanie zakwaszenia organizmu i wiele innych. Można tu wykorzystywać wiele różnych rodzajów octu winnego lub ziołowych maceratów.

Bardzo wiele prozdrowotnych i leczniczych zastosowań octu, szczególnie jabłkowego, omawia w  swoich książkach

dr Jadwiga Górnicka – renomowany lekarz – naturopata. 

Uwaga!!! Octomania wciąga!

 Serdecznie zachęcam do zaprzyjaźnienia się

z  tym, kolejnym już,

bogactwem zielarskim.

Ziołomaniacy- łączmy się!

Piszę króciutko, szybciutko i „poza planem” z bardzo ważnej okazji!!!

Chciałabym gorąco i z całego serca pogratulować III miejsca w eliminacjach

Konkursu na Blog Roku !!!

Zarówno jego wspaniałej autorce, Inez Herbinez, jak i wszystkim, którzy przyczynili sie do tego sukcesu!

 Tak trzymać i oby nas jak najwiecej!

Praktyczny Kurs Zielarstwa Profilaktycznego w skali roku

Idąc niejako „za ciosem”

i w nawiązaniu do kończącego brzozowy wpis zdania ,

anonsującego brzozę jako jedną z pierwszych

w długim korowodzie roślin użytkowych w każdym kolejnym sezonie zielarskim

mam wielki zaszczyt i przyjemność zaanonsować

wycinek

Praktyczny Kurs Zielarstwa Profilaktycznego

w skali roku

Wiecej informacji TUTAJ

ZAPRASZAM!!!

Informacja i zapowiedź znalazły się także na blogu Whitedevas

Impresja z brzozą w tle

Brzozowo, o brzozie i na temat brzozy napisano już wiele, ja sama zresztą także.

Ale brzoza należy do tych drzew – ziół, o których da się w nieskończoność i jakoś temat wyczerpać się nie chce…  Jest obecna wszędzie, charakterystyczna i zarazem pospolita tak bardzo, że prawie niedostrzegana.

I, jak to często bywa, oraz jak słusznie na innych blogach już podkreślono – jeżeli coś jest aż tak dostępne, łatwo zapominamy, że tak bardzo jest cenne!

Zaproponowana na luty zabawa

„Cała Polska widzi brzozę”

staje się dobrym pretekstem, by przypomnieć sobie, u progu nadchodzącego przedwiośnia, o tej cennej i wszechstronnie szczodrej roślinie.

Brzoza osłania, chroni, opiekuje się. Nadaje się do wspomagania zdrowia, oczyszczania, leczenia, rekultywacji gruntów, doładowywania energetycznego… Od prawieków była bezcennym surowcem użytkowym.

Drewno, wysoko kaloryczne,   dawało i daje przytulne ciepło w domach (chatach, ziemiankach).

Kora – surowiec na pojemniki, kubki, miski, a także opatrunki usztywniające.

Giętkie gałązki służyły (i służą) jako miotły, surowiec do wyplatania ozdobnych koszy i przedmiotów domowych, ale mogą być też składnikiem wartościowej herbatki. 

Wartości brzozy nie sposób przecenić, zatem uczmy się ją kochać i używać jej cennych surowców!

Pączki, liście, brzozowy sok czyli oskoła…  O tym wszystkim już w różnych miejscach wspomniano, często niejednokrotnie. Jeszcze innymi, o których trochę mniej jest informacji, są brzozowe bazie, czyli kwiaty, żywica i łyko.

Brzozowe bazie, podobnie jak blisko spokrewnionych z nią olszy i leszczyny, są jadalne. Nadają się na przyjemne w smaku, witalizujące herbatki. 

Uwaga! Spora zawartość pyłku powoduje, że moga być alergenem,

zatem najpierw trzeba sprawdzić jak reagujemy na ten surowiec. 

fsdfwerwefc

źródło – internet

Brzozowa żywica, podobna w składzie do oskoły, była od wielu wieków i w wielu rejonach używana jako guma do żucia. Dająca, poza miłym, żywicznym posmakiem, efekt oczyszczania dziąseł i jamy ustnej.  Oprócz wspomnianych w linku znalezisk takie zastosowanie brzozowej żywicy potwierdzają tradycje indiańskie.

Łyko było i jest surowcem wielorakiego zastosowania, od spożywczych po… wyrób butów. Łapcie z łyka lub łyka i skóry były najbardziej rozpowszechnionym rodzajem obuwia codziennego we wschodniej Europie. Jeszcze w XIX i XX w w niektórych wsiach spotykało się takie buty. Własnego wyrobu, tanie i na tyle trwałe, że opłacało się je wyplatać. Dziś łyko wraca do łask jako surowiec do wyplatnia, nie tyle już butów, co innych drobnych przedmiotów użytkowych. Jestem szczęśliwą posiadaczką pięknej pochwy na nóż z brzozowego łyka, otrzymanej od przyjaciół, dla których prowadziłam pogadankę o ziołach podczas VI Konwentu Survival „Back in Time” 2014.

10517424_10205003144783397_5278275064947281684_o

Kaletka z pasków brzozowego łyka- wyrób: Cyprian Świątek

No i wreszcie – jest brzoza rośliną magiczną.

O jej potencjale energetycznym, bardzo człowiekowi przyjaznym mówi się sporo i nie bez przyczyny. Przytulanie się bo brzóz, siedzenie pod nimi, powoduje wyciszanie i rozpraszanie lęków i stresu. Tak proste, a tak bardzo cenne w dzisiejszej, napędzanej pospiechem rzeczywistości…

Celtowie, Słowianie, ludy nordyckie, uważali brzozę za symbol opieki i macierzyństwa. To jej przypisana jest jedna z run nordyckiego Starego Futharku

 Berkannan 

berkano6

Ze strony „Magia run”

Tym samym jest symboliczną formą wyrażenia Bogini – Matki, opiekunki i rodzicielki.

Nordycka Frigg, słowiańska Makosz, germańska Nerthus to imiona, których pamięć zachowała się do dziś. Celtycka Danu/ Anu/ Dana, związana z kultem wody równiez była łączona z brzozą – drzewem w horoskopie Celtów wyjątkowym…

Podobnie jak grecka Afrodyta/ rzymska Wenus, mniej nieco „macierzyńskie”, ale kobiece – z pewnością!

Brzoza jest jedną z pierwszych w długim korowodzie roślin użytkowych w każdym kolejnym sezonie zielarskim.

Zimowe niespodzianki – wpis owocowo kalinowy

Zdarza się czasem, że w środku zimy, czasu pozornie bezowocnego, Natura zaskoczy nas darem w postaci owoców, zachowanych na krzewach, rzadziej drzewach. Owoce zbiera się jesienią, wówczas są najcenniejsze i jest ich najwięcej. Zima to raczej czas, kiedy drzewa i krzewy owocowe stają się stołówką dla ptaków. Tym niemniej, jeżeli znajdziemy drzewko lub krzew oferujące wciąż jeszcze czerwone, pomarańczowe lub fioletowe owoce, możemy je zebrać i przetworzyć.

Koniecznie trzeba się upewnić, czy nie są to owoce trujące!!! Na bezlistnych krzewach bywa to trudniejsze.

Spomiędzy owoców dziko rosnących najłatwiej zimą spotkać na krzewach różę, rokitnik albo kalinę. No i oczywiście jemiołę, ale w tym akurat nic dziwnego – zima to czas jej owocowania!

Inne owoce osypują się zwykle po przemarznięciu.

Wszystkie zbiory zimowe mają już nieco zmieniony zakres działania niż jesienne. Zwykle słabszy. Ale do celów kulinarnych są tak samo przydatne. Pewien problem może stanowić zbiór, jako że owoce pozostajace na gałęziach podczas wiatrów, deszczu i mrozu miękną i trudniej je zrywać. Rzadko dotyczy to róży, ale kaliny, a tym bardziej rokitnika – na pewno…

To wszystko nie oznacza, że z owych szczodrych niespodzianek Natury nie warto skorzystać!

Zagospodarowanie ich jest podobne czy nawet identyczne do sezonowego – z ograniczeniem „technicznym”, wynikajacym ze wspomnianej wcześniej miękkości surowca.

Nie stanowi to wielkiego problemu, wystaczy troche inwencji i ewentualnie modyfikacji przepisów na zagospodarowanie owoców świeżych.

Oto kilka propozycji wykorzystania kaliny:

Uwaga! 

Smak i zapach kaliny są bardzo charakterystyczne i intensywne.

Warto sprawdzić, jak „mają się” do naszych upodobań, zanim zdecydujemy czy i jak je przetwarzać. 

kalina

Kalina w pelnej krasie owocowania

 

Kalina na miodzie:

1 l owoców kaliny (najlepiej całych), 1/2 kg miodu, woda

Owoce przebrac, opłukać. Miód z odrobiną wody ogrzać do zawrzenia, wrzucić kalinę. Ponownie ogrzać przez 5 min., odstawić. Procedurę powtórzyć jeszcze dwukrotnie przez kolejne 2 dni. Trzeciego dnia gorące nałożyć do wyparzonych sloiczków, zakręcić.

Tą metodą można zrobić:

  • „owoce w miodzie” czyli konfiturę; wówczas nie mieszamy owoców podczas ogrzewania, tylko lekko potrząsamy garnkiem
  • Kalinowo – miodowy dżem; w takim razie odwrotnie, przez cały czas ogrzewania dokładnie mieszamy masę

Kalina z jabłkiem

1 kg owoców kaliny, 2 kg jabłek, kilka łyżek miodu, cynamon, gożdziki, imbir lub suszona mięta (do smaku)

Jabłka obrane i pokrojone rozgotowujemy na masę z małymi kawałkami owoców. Dodajemy kalinę, mieszajac starannie trzymamy na malutkim ogniu do zgęstnienia. Dodajemy miód i przyprawy, odstawiamy. Kolejnego dnia ogrzewamy, mieszając starannie od dna; gęstość masy powinna być taka, by dpadała z łyżki miękkimi płatami. Porcjujemy gorące do słoiczków.

Tą samą prawie techniką da się zrobić tzw serki jabłkowe – twardą, slodką masę nadającą się do długiego przechowywania; albo galaretki. Dodatek kaliny, czarnego bzu lub róży bardzo wzbogaca takie wyroby. Wymagają one jednak długiego i starannego gotowania, mieszania i sporej uważności. Do dziś są popularną formą zagospodarowania jabłek np na Litwie.

IMGP7234

Serek jabłkowy – źródło internet

Jabłkowo kalinowy ocet

Wg receptury na ocet jabłkowy, z dodatkiem kaliny

Macerat kalinowy w winie

2 szklanki owoców kaliny, miód, 1 butelka półwytrawnego lub wytrawnego wina

Owoce kaliny zalewamy kilkoma łyżkami miodu, zostawiamy na 1 dzień. Dolewamy wino. Macerujemy 10 dni, potrzasając. Odcedzamy.

Jest to bardzo wartościowe wino dla osób o słabej lub zaburzonej czynności serca. Lub zdrowych rzecz jasna!

To oczywiście tylko kilka propozycji. Pozostają różne soki, syropy, nalewki, dżemy i marmolady z dodatkami lub bez – wyobraźnia, inwencja i własne preferencje bedą najlepszą podpowiedzią!

Smacznego!