Jak to z tym barszczem??? (część 2)

***

A co z barszczem zwyczajnym?

Tym, który możemy spotkać w Naturze o wiele częściej?

Barszcz zwyczajny, roślina rodzima w naszym regionie, jest smaczną i przez wieki cenioną rośliną jadalną oraz leczniczą. Nie jest zbyt atrakcyjny na surowo i na ogół nie był (i nie bywa) tak jadany. Bardzo dobrze natomiast nadaje się do gotowania i kiszenia.

Podobnie jak jego opisywani wcześniej krewaniacy (i niemal wszyscy przedstawiciele rodziny selerowatych), barszcz zwyczajny też zawiera fotokumaryny. Jednak w ilościach znacznie mniejszych i nie powodujących żadnych przykrych efektów u ludzi ani zwierząt. Dla świętego spokoju można zbierać jego liście i pędy w chłodniejszych porach dnia. To samo można by powiedzieć o selerze, lubczyku czy nawet pietruszce…

Kiszonym liściom, pędom i kwiatostanom barszczu zwyczajnego zawdzięczamy

nazwę „barszcz” w odniesieniu do zup (dawniej – polewek),

przygotowywanych na bazie kwaszonych roślin.

To on właśnie był ich prekursorem.

Buraki pojawiły się na naszych stołach nie wcześniej niż w późnym Średniowieczu, raczej zaś w dobie Renesansu, wraz z „włoszczyzną”. Początkowo jako warzywo liściowe. Zaś kiszonkę z mąki, żytniej lub owsianej, nazywano „żurem”. Pisałam już o tym kilka lat temu, przy okazji omawiania kiszenia i solenia, jako metod konserwacji roślin/ ziół jadalnych:

Kiszenie i solenie

Zupy (polewki) z barszczu, gotowanego lub kiszonego, były bardzo popularne w regionie Europy Środkowej aż do XVI – XVII w. Nawet wikipedia w opisie gatunku przytacza historyczne opinie o nim. Niektóre pozwolę sobie przedstawić jako ciekawostki:

„Gdy barszcz kwaszą po polsku, dobrze ij pić w febrach, gorączkach, w pragnieniu, albowiem pragnienie i kolerę uśmierza i chciwość jedzenia pobudza swą przyprawą. Przyprawiony z jajcy a z masłem dobrze jeść takich dniów, gdy mięśniej polewki nie jedzą, bo takież czyni jako mięśnia polewka”

Marcin z Urzędowa, żyjący w XVI w botanik, lekarz, zielarz; studiował medycynę na Uniwersytecie w Padwie. Autor „Herbarza Polskiego”, będącego ówczesną „encyklopedią” z zakresu botaniki i medycyny. „Herbarz” pełnił rolę podręcznika medycznego na Uniwersytecie Krakowskim (dziś UJ)

„Barszcz nasz znajomy jest każdemu u nas, w Rusi, w Litwie, w Żmujdzi, aniźliby się mógł z okolicznościami swemi opisać. Do lekarstwa i stołu użyteczny jest bardzo smaczny. Tak korzeń jako i liście. Acz korzeń tylko do lekarstwa użyteczniejszy jest, liście zaś do potraw. (…) Smaczna i wdzięczna jest polewka barszcz, iako do u nas albo w Rusi i w Litwie czynią. Bądź sam tylko warzony, bądź z kapłonem albo z innemi przyprawami, jako z jajcy, ze śmietaną, z jagły. Pragnienie po przepiciu uśmierza warzony iakokolwiek pożywany. Także i surowy kwaszony w gorączkach pijąc bywa dobry

Szymon Syreński, Syreniusz, również żyjący i działający w XVI w botanik, lekarz i badacz leczniczych właściwości ziół. Opracował i wydał obszerny „Zielnik o roślinach użytkowych”. Był na równi z poprzednikiem absolwentem Uniwersytetów Krakowskiego i w Padwie, oraz wykładowcą medycyny w Krakowie.

Jak widać, barszcz zwyczajny cieszył się dobrą sławą nie tylko jako roślina spożywcza, ale i lecznicza. W XVII w jego rola zaczęła nieco maleć, pozostał jednak ważnym uzupełnieniem stołów ludzi biedniejszych stanów, w tym częściowo drobnego ziemiaństwa. W XIX w botanik i badacz Józef Rostafiński napisał monografię o barszczu, dostrzegając jego walory i przydatność.

Dziś barszcz jest nadal wykorzystywany spożywczo, chociaż raczej w regionach mniej „industrialnych”. Jego młode pędy i liście stanowią też ciekawą ofertę w kuchni „Surwiwalowej”. Smak gotowanego barszczu, czy to z surowych czy kiszonych jego części, faktycznie przypomina mięsny bulion. Poniżej link do wpisu na temat jego kiszenia, przygotowania dania i smaku, zamieszczonego na jednym z blogów:

Barszcz z barszczu zwyczajnego, Mr. Wilson bushcraft

***

Wiemy już jak się przedstawia się sprawa użytkowej przydatności barszczu zwyczajnego.

A zatem jak go rozpoznać?

Kwitnący barszcz zwyczajny

Zanim postaram się przybliżyć wygląd i rozpoznawanie go

bardzo ważna uwaga!!!

Koniecznie trzeba wspomnieć, że, niezależnie od tego, jak starannie go opiszę, ja czy ktokolwiek inny, kluczowym zadaniem jest nauczenie się rozpoznawania rośliny w terenie!!! Jak zresztą większości przedstawicieli dziko rosnących selerowatych. Wyjątek stanowią opisywany niedawno podagrycznik, oraz ewentualnie, w fazie kwitnienia, dzika marchew o bardzo charakterystycznym kwiatostanie. Pozostałe „selerki” powinny być bezwzględnie dokładnie poznane w Naturze!!! Najlepiej pod okiem doświadczonego zbieracza.

To bardzo zróżnicowana grupa roślin. Należą do niej cenne gatunki

jadalne i użytkowe, ale także śmiertelnie trujące!

Szczwół plamisty, szalej jadowity (cykuta), blekot,

są w gruncie rzeczy

znacznie groźniejsze niż opisywane wcześniej barszcze kaukazkie.

Śmiertelnie groźne nawet w małych dawkach

i dużo łatwiejsze do pomylenia z innymi

przedstawicielami tej rodziny.

Tak więc, zanim sięgniemy po nieznane sobie rośliny selerowate,

szczególnie do spożycia, upewnijmy się,

że dobrze je oznaczyliśmy!

Barszcz należy do tych łatwiej rozpoznawalnych,

tym niemniej trzeba go najpierw dobrze poznać.

Sugestia praktyczna dla początkujących:

naucz się rozpoznawać podagrycznik i barszcz zwyczajny,

resztę dzikich przedstawicieli tej rodziny

pozostawiając tam, gdzie rosną!

Bardzo młode liście barszczu zwyczajnego, kadr z Kursu Profilaktyki 

fot .D Wojczyk

Liście w pełni rozwinięte

Wracając do (wstępnego) rozpoznania barszczu zwyczajnego…

Ogólnie roślina ta przypomina nieco barszcze opisywane poprzednio, jest jednak przede wszystkim wielokrotnie mniejsza! Jej pędy kwiatowe dorastają najwyżej do 50 – 150 cm. Proporcjonalnie mniejsze są też liście i kwiatostany. Kwiaty ma białe, czasem różowawe albo zielonkawe. Takie trochę „nijakie”. Kwiatostan przypomina nieco postrzępiony, ażurowy parasol. Liście barszczu są bardzo zmienne, z reguły pierzaste, powycinane, jednak nieregularnie. Liście na łodydze mają charakterystyczną „pochwę”. Dolne, rozetowe, są jej pozbawione.

Charakterystyczna pochewka liściowa

W celach leczniczych barszcz jest dziś używany okazjonalnie i raczej korzeń niż pozostałe części. Do jedzenia/ gotowania/ kiszenia zbiera się jędrne, zdrowe, najlepiej młode liście z ogonkami oraz pędy kwiatowe przed rozwinięciem kwiatów. Można je umyć, bywają zabrudzone ziemią, czasem zaś goszczą różne owady.

Liście przeznaczone na susz lepiej starannie otrzepać lub przetrzeć, lepiej wysychają, jeżeli ich nie zmoczymy. Z suszonych liści barszczu można korzystać jak z przyprawy (selera, lubczyku, pietruszki).

Propozycja dla amatorów kulinarnych ciekawostek: kiszone pędy i kwiatostany, podawane bez gotowania, mogą być ciekawą przystawką lub dodatkiem do różnych dań.

***

Mam nadzieję, drogi czytelniku/ czytelniczko, że te wpisy

przybliżyly nieco odpowiedź na tytułowe pytanie.

Jak widać, z barszczem może być óżnorodnie.

Oby zdrowo, bezpiecznie i nade wszystko, bez zbędnego lęku!

Ale z zachowaniem ostrożności i uważności

należnej Naturze i jej różnorodności

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie, poza jednym, pochodzą z internetu

Zdjęcie wiodące: zbliżenie kwiatostanu barszczu zwyczajnego

Jak to z tym barszczem??? (część 1)

Od kilku lat, wraz z nadchodzącym wczesnym latem, w internecie, a także o ile wiem, prasie oraz innych mediach, powraca temat barszczu. Dokładniej zaś: barszczu Sosnowskiego, nie należącego do naszej rodzimej flory, ale sprowadzonego w okresie PRLu jako roślina pastewna. Obecnie już od lat nie uprawiana, ale dość często spotykana na dzikich stanowiskach.

Klimat najwyraźniej jej się spodobał…

Ciekawostką jest fakt, że barszcz Sosnowskiego i jego omawiany niżej krewniak,

swoja karierę w Europie Zachodniej rozpoczęły już w XIX w jako rośliny ozdobne!

Dziś jest zgoła inaczej. Kiedy zdarza mi się słyszeć lub czytać nagrania lub artykuły na temat barszczu, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że histeria wokół tej rośliny przekracza wszelkie granice rozsądku.

Na podstawie medialnych rewelacji można ją posądzić bez mała

o atakowanie ludzi!!!

Efektem takiego zastraszania jest po pierwsze zupełnie zbędny i nikomu nie służący, rosnący poziom lęku. Strach przed Naturą i tak jest współcześnie nierzadki, zaś w obliczu szerzonej paniki urasta do irracjonalnych rozmiarów! Spotkałam się z panicznymi właśnie reakcjami na widok łąki z kwitnącym krwawnikiem, lub jakąkolwiek rośliną o białych baldachach kwiatów. Samo zaś słowo „barszcz” w kontekście flory, wywołuje natychmiast falę obaw i niepokoju.

Po drugie owa panika przyczynia się do bezkrytycznego niszczenia wszystkiego, co chociażby odlegle barszcz Sosnowskiego przypomina. Należy on do rodziny selerowatych, bardzo licznie reprezentowanej w naszej florze. I niestety, nawet dalekie podobieństwo bywa powodem likwidacji różnych roślin. W tym, na przykład, do niedawna jeszcze chronionego i wciąż rzadkiego, Arcydzięgla litworu.

Po trzecie zaś obawy i strach, połączone z nazwą „barszcz”, nie pozwalają na obiektywne poznawanie ani ewentualne wykorzystanie rodzimego gatunku z tego rodzaju. A szkoda…

A zatem… jak to z tym barszczem?

Na tak zadane pytanie odpowiem pytaniem: z którym?

Nazwa „Barszcz” określa rodzaj roślin, w jego obrębie wyróżnia się kilkadziesiąt gatunków i podgatunków. W Polsce można spotkać kilka z nich. Nie podejmuję się omawiania w tym i tak dość obszernym wpisie, wszystkich gatunków tego rodzaju, rosnących u nas. Na jego potrzeby wystarczy wspomnieć trzy:

    • typowym dla naszej flory i środowiska jest rodzimy Barszcz zwyczajny, nazwa łacińska Heracleum sphondylium L.

    • odsądzany „od czci i wiary” gatunek wywołujący wspomnianą panikę, to napływowy Barszcz Sosnowskiego, Heracleum sosnowskyi Manden

    • kolejnym spotykanym w Polsce gatunkiem jest nie mniej niż poprzednik uciążliwy, za to prawie nie wspominany, również „imigrant”, Barszcz Mantegazziego, Heracleum mantegazzianum Przy czym oba te sprowadzone gatunki są określane jako „barszcz kaukaski”, nie do końca też ustalona jest ich systematyka. Naturalnie wystepują na Kaukazie i tam są roślinami rodzimym

Jest niezaprzeczalnym faktem, że oba barszcze „kaukaskie”, sprowadzone przed laty jako pastewne, są obecnie bardzo kłopotliwymi roślinami inwazyjnymi. Nie tylko w Polsce. Swoją złą sławę zawdzięczają wysokiemu stężeniu obecnych w soku i wydzielinie na powierzchni (we włoskach) fotokumaryn. Związki te w kontakcie ze skórą ludzi i zwierząt, w obecności światła słonecznego /ultrafioletowego powodują fotodermatozę, rodzaj oparzenia II i III stopnia. To zagrożenie wzrasta przy wysokich temperaturach i dużej wilgotności powietrza. Są lotne, co przy upalnej i wilgotnej pogodzie może skutkować oparzeniem (a raczej podrażnieniem) nawet bez dotykania rośliny. Może też pojawić się podrażnienie układu oddechowego. Trzeba jednak znaleźć się dość blisko rośliny na dłuższy czas. Zbliżanie się do tych roślin jest natomiast niewskazane dla osób chorych na astmę lub ze skłonnością do alergii!

Objawy skórne występują nie od razu, czasem nawet po ok 2 godzinach od kontaktu. Oparzenie jest bolesne, dokuczliwe, goi się długo i opornie, zaś nawet po zagojeniu skóra pozostaje nadwrażliwa na światło. W miejscach po podrażnieniach łatwo ciemnieje pod wpływem słońca. Ten efekt utrzymuje się nawet kilka lat.

Zagrożenie znacznie maleje, a nawet znika, kiedy jest chłodno i słońce nie operuje bezpośrednio. Nawet przy takiej pogodzie jednak, lepiej nie dotykać ani nie zrywać żadnego z barszczy kaukaskich. Szczególnie gołymi rękami.

Podkreślam: żadnego z barszczy kaukaskich!

Czyli dwóch wymienionych gatunków napływowych!

Podkreślam też, że opisane powyżej działanie dotyczy kontaktu ze skórą i śluzówkami soku z roślin w stanie surowym. Kiszone były stosowane jako pasza. Zrezygnowano z nich głównie z powodu kłopotów ze zbiorem i zagrożeniami zdrowia ludzi. Nie jest to zatem roślina trująca, należy ją raczej okreslić jako toksyczną.

A zatem odpowiadając na tytułowe pytanie: z barszczem Sosnowskiego oraz Mantegazziego należy zachować daleko idacą ostrożność, nie zrywać, nie zbliżać się podczas słonecznej, ciepłej pogody. Jeżeli mamy podejrzenie, że spotkaliśmy któregoś z tych jegomości, najlepiej jest po prostu ominąć je z daleka.

Jeżeli z jakiegoś powodu mieliśmy kontakt z wyżej wspomnianymi barszczami, warto jak najszybciej starannie umyć skórę w miejscu kontaktu. Najlepiej wodą z mydłem.

Więcej informacji na temat działania tych roślin można znaleźć obecnie w wielu miejscach, chociaż często w panikarskim tonie. Oba barszcze pochodzące z Kaukazu i ich krzyżówki są objęte zakazem uprawy i rozpowszechniania. Ich spontaniczne występowanie może być zgłaszane. Jako przybysze „z zewnątrz” rosną głównie tam, gdzie istniały ich uprawy i „zdziczały”, czyli po prostu zajęły dzikie stanowiska.

Jak je rozpoznawać? Oba omawiane gatunki wyróżniają się przede wszystkim rozmiarami. Są to rośliny naprawdę olbrzymie! Wysokość 2- 4 m jest normą, dorastają i do 5 m. Z rodzimej flory dorównać im może jedynie chyba wspomniany wcześniej Arcydzięgiel litwor lub Arcydzięgiel litwor nadbrzeżny. Stosownie dużych rozmiarów są też liście i kwiatostany. I tu też istotna różnica, Arcydzięgiel ma kwiatostan kulisty, Barszcz – parasolowaty.

Barszcz Sosnowskiego w całej krasie

Liście barszczu Sosnowskiego

Liść barszczu Mantegazziego

Poniżej zamieszczam link do strony umożliwiającej zgłaszanie „podejrzanych”. Znajduje się tam też bardzo staranny i dokładny opis różnic pomiędzy barszczami kaukaskimi, a roślinami najbardziej do nich podobnymi:

Jak odróżnić barszcz Sosnowskiego

Oraz jeszcze jeden opis różnic:

Jak łatwo się pomylić, rośliny podobne do barszczu

Pamiętajmy!

Barszcz Sosnowskiego nas nie zaatakuje, nie wyskoczy zza krzaka!

***

Jako olbrzymia roślina jest widoczny z daleka i nawet na odległość można się mu przyjrzeć.

Nie pojawi się też na łące/ nad rzeką/ przy drodze ani gdziekolwiek znienacka!

***

Aby urosnąć, potrzebuje czasu.

Swoje olbrzymie rozmiary prezentuje już jako wiosenna

rozeta liściowa, zanim wypuści pęd kwiatowy.

Liście barszczy kaukazkich znacznie przewyższają wielkością

wszystkie inne, jakie możemy spotkać w terenie.

Nierzadko już młode osiągają niemal 1 m kwadratowy powierzchni!

***

Mam nadzieję, że powyższe rozważania pomogą zrozumieć

temat „drapieżnych” barszczy!

CDN

***

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochodzą z internetu

Obrazek wiodący to zbliżenie kwiatostanu barszczu Sosnowskiego

Kropla drąży skałę, czyli ponownie o Życiu Roślin

Jak co roku od wielu już wieków, a raczej tysiącleci, wraz początkiem i rozwojem wiosny, czasu wzrostu i zakwitania Roślin, rozpoczyna się dla ludzi sezon na ich zbiory. W każdym razie w klimacie, w którym żyjemy. Ten sezon potrwa do późnej jesieni, pozwalając nam na zbiór, gromadzenie i przetwarzanie Roślin, całych albo ich części, ku naszemu pożytkowi i zdrowiu.

To wielki, obfity Dar od Natury i naprawdę warto, byśmy, marząc o jedności i szczęśliwym, harmonijnym życiu na Ziemi, przypomnieli sobie także i tę prawdę!

Życie, każde Życie, płynace poprzez Ludzi, Zwierzęta i Rośliny,

a także Ziemię jako Istnienie,

jest święte!

Piszę o „przypomnieniu”, bo nie jest to w gruncie rzeczy nic nowego. Starodawne i rdzenne kultury od wieków dbały i nadal zachowują w swojej tradycji ceremonie i obrzędy, mające wyrażać właśnie wdzięczność. Czy adresatem tej wdzięczności jest Natura jako Istota, czy jakaś spersonalizowania Bogini lub Bóg, to już w gruncie rzeczy sprawa drugorzędna. To, co najistotniejsze, to, obok wdzięczności, poszanowanie wszelkiego Życia i uznanie jego wartości. Tylko krok dzieli takie podejście od dostrzegania Jedności Wszystkich Istot i ich wzajemnych zależności.

Wiele razy już na tym blogu (i nie tylko) o owej zależności i powiązaniach pisałam. Jak również o potrzebie szacunku i doceniania życia, jakkolwiek się ono manifestuje. Jako Roślina także!

Bo Rośliny to również żywe Istoty. Podobnie jak Ludzie czy Zwierzęta.

Nie mamy na ogół oporów przed uznaniem siebie samych za Istoty żyjące. Powoli i na szczęście coraz częściej, coraz bardziej masowo, szanujemy też prawo do życia dla Zwierząt. Chociaż to nadal, w ogólnym rozrachunku, jest w zależne od tego, co to za Zwierzęta…

Gorzej, niestety, z uznaniem tego samego prawa dla Plemienia Roślin. Nadal postrzegamy je raczej jako rzeczy, przedmioty, bardziej lub mniej użytkowe. Ewentualnie elementy krajobrazu. Przynajmniej dla większości ludzi taka klasyfikacja jest oczywista.

Owszem, piękne, dekoracyjne, urokliwe, często smaczne, dające cień, dostarczające tlenu i wielu cennych surowców, tworzące zbiorowiska (łąki, lasy, pola, parki, skwery, zarośla), w których dobrze się czujemy, ale… to by było na tyle. Swoją drogą, już chociażby z tego wyliczenia widać, jak Rośliny są ważne!

Roślinne życie jest bardzo odmienne od naszego. Z biologicznej perspektywy bliżej nam do Zwierząt i z pewnością dlatego też łatwiej nam zwierzęcą „tożsamość” zauważyć, pojąć i zaakceptować. Aby dostrzegać i odbierać życiowe procesy, płynące w Plemieniu Roślin i poszczególnych jego członkach, trzeba znacznie większej niż w przypadku Zwierząt, osobistej wrażliwości, uważności.

A przede wszystkim, pomysłu, że ONE TAKŻE ŻYJĄ!

Żyją, mają swoje cykle, wrażliwość, odczucia, wzajemne zależności, związki, pamięć… Wymianę energii (i nie tylko), zdolność do relacji z innymi organizmami, są wrażliwe na emocje i wiele różnorodnych czynników. Tak w obrębie konkretnych gatunków, jak i indywidualnie. Są nieodłącznym i ŻYWYM ogniwem ziemskiego bytowania.

Cały ten tekst nie ma na celu nawoływania, byśmy przestali zbierać Rośliny i korzystać z ich darów! Nie jest też moim zamiarem budzić w kimkolwiek poczucia winy. To nie miałoby sensu ani nie służyło niczemu konstruktywnemu.

Chcę po prostu, w imieniu tych naszych Współbraci,

którzy pozbawieni są możliwości kontaktowania się z Nami w sposób dla większości z nas jasny i zrozumiały,

poprosić o szacunek. Uznanie. Docenianie tego

jak wiele im zawdzięczamy.

Jak bardzo dużo otrzymujemy od nich i dzięki nim.

W Kręgu Ziemskiego Życia ich rola jest ogromna.

I wciąż jeszcze przez nas niedoceniana, przynajmniej w powszechnej świadomości.

Nade wszystko zaś chcę poprosić o uznanie ich Życia!

Kiedy wybierzemy się na ziołowe albo roślinne zbiory, do lasu, na łąkę, do własnego sadu lub ogrodu, balkonu, doniczek na parapecie okna, spróbujmy o tym uznaniu i szacunku pamiętać.

Uczmy się go, jeżeli nie jest dla nas oczywisty.

Obok pozyskiwania cennych dla nas surowców, przeznaczmy trochę czasu na wspólne z Roślinami bycie. Obserwację. Uwagę.

Plemię Roślin z nawiązką odpłaci za naszą życzliwość i dobrą wolę! Jeżeli nie darem materialnym, to z pewnością lepszym samopoczuciem, spokojem, zdrowym oddechem, wyciszeniem i harmonią w nas samych.

Warto spróbować…

Pięknych doświadczeń

w budowaniu relacji z Plemieniem Roślin

życzę wszystkim i każdemu!

Reaktywacja

Chyba dojrzałam. Po blisko 4 latach milczenia w tej przestrzeni przyszedł moment, kiedy chcę ją ponownie ożywić. Odkurzyć dawniejsze treści (po ich przejrzeniu stwierdzam, że wciąż aktualne) i dzielić się nowymi…Często znacznie różniącymi się od tych wcześniejszych, bo też i moja osobista droga wyraźnie się zmienia.

Zastanawiałam się nawet, czy z tej racji nie zmienić wyglądu tego bloga, czy może nawet sięgnąć po nowy? Ale uznałam, że nie. Zostawiam tak, jak bylo, korygując jedynie to, co uległo wyraźnym zmianom. Zostawiam, bo ogólny wystrój, motto i zasadnicze przesłanie: „zdrowie, radość i cisza”, pozostały aktualne. Chociaż z innej nieco perspektywy i w innej odsłonie!

Nadal jednak jest to w pełni moje.

Teraz jestem po prostu w innym miejscu tej Drogi.

Tym, co zmieniło się najbardziej w blogowych zasobach, jest oferta warsztatowa. Inne treści, znacznie mniejsza częstotliwość, wyraźnie też odmienny profil ewentualnych spotkań. Cała zatem zakładka „Warsztatowo” jest już raczej wspomnieniem, niż ofertą!

Odmiennie też traktuję obecnie swoją fascynację Średniowieczem, Słowiańszczyzną i tradycjami Starej Europy.  Bardziej jako obszar intuicyjnych poszukiwań, niż odtwórstwa. Oraz odkrywania ścieżki Run, pogłębiania kontaktu z nimi. Z tym wszystkim zaś odnajdowania wspólnych elementów i łączników z kulturami i tradycjami całego świata.

Reszta, czyli wpisy zielarskie i około zielarskie, a także „ogólnorozwojowe”,

pozostawiam, jako zapis, wspomnienie i inny etap mojej Przygody z Życiem.

I tyle tytułem wstepu. Myślę, że wystaczy.

Reszta zmian wyłoni się z czasem.

Dziś ładna data, 2. 05. 2020 r

 Początek maja to w naszych, europejskich realiach zawsze czas celebrowania rozkwitu i zapowiedzi obfitości.

Zarazem tegoroczna wiosna jest, nie tylko dla mnie, dla nas ale i całego świata okresem wyzwań. Pytań. Transformacji. Stawania w obliczu nieznanego. Kwestią całkowicie indywidualną jest, czy ulegamy, naturalnym skądinąd, obawom i lękom, czy raczej doświadczamy ekscytacji i fascynacji… I jedna i druga opcja ma rację bytu i jest zrozumiała.  Chociaż zachęcam raczej do tej drugiej. A przynajmniej poszukiwania spokoju i równowagi… 

Mnie samej codzienność przynosi, jak zwykle zresztą, obfite Dary. Niektóre trudne i wymagające. Inne – piękne i wzbogacające. Niektórymi z nich będę się tu dzielić…

***

Dziś rano… noc była lekko mglista po wczorajszych deszczach (wielka wdzięczność za nie!) i chłodna. Wczesnym porankiem, wyglądając oknem, miałam szczęście podziwiać magiczny widok: pokryte młodą zielenią liści brzozy, całe zroszone milionem kropelek wody. Niskie jeszcze promienie słońca odbijały się w nich niczym w okruchach kryształu, lśniących brylantach. Każdy ruch powietrza powodował kolejna kaskadę blasku w leciutkim, migotliwym, jasnym jeszcze, ale już soczyście zielonym welonie brzozowych listeczków. Jak delikatna gaza, falujący szyfon, usiany klejnotami i blaskiem! Piękno w czystej postaci!

Dziś dzielę się takim Darem!

Zdjęcie wiodące wpisu T Świątkowski

III Zlot Zielarski – Sokolec 2016

logo zlotu

III Zlot Zielarski – Sokolec 2016

Kolejny Zlot Zielarski za nami i nie mogę oprzeć się z wrażeniu,

że każdy kolejny porusza coraz wrażliwsze struny i obszary.

Cokolwiek bym nie napisała – nie opiszę ani nie oddam tego bogactwa,

w jakie zanurzyłam się przez ten, pozornie krótki, czas…

Bogactwa ludzi, zdarzeń, przeżyć!

Powtórzę może po prostu swoje wcześniejsze podziękowania:

Kochani!

Nie da się wyrazić żadnym słowem w żadnym języku tego ogromu i mocy:

piękna, radości, spontaniczności, życzliwości, ufności i wzajemnego

dopełniania się,

jakie dane było nam wszystkim podczas zlotowych dni!

Czarodziejko Inez,

dziękuję za ten cudowny i coraz cudowniejszy pomysł!

(tylko Ciebie wymieniam z imienia, bo ani miejsca ani pamięci mi nie wystarczy na spisanie wszystkich).

Ale chcę po prostu powiedzieć: DZIĘKUJĘ!!!!

Wszystkim i za wszystko!

Góry Sowie - Agnieszka Jeske

Fot. Agnieszka Jeske

Góry Sowie, nie tak groźne i majestatyczne jak Tatry, nie tak rozłożyste jak Bieszczady, mniej skaliste i strome niż Pieniny i Gorce – swoim niezrównanym klimatem zauroczyły mnie. Pozwoliły doświadczyć nagłych załamań pogody, płynących mgieł, obecności owiec… zaś skrzaty, Elfy i Koboldy miały pole do popisu w ich urokliwej ciszy…

Góry Sowie K.Kalemba

Fot. Krzysztof Kalemba

Pierwsze to było moje spotkanie zielarskie, gdzie swoją uwagę, kierowaną na rośliny, mogłam poświęcić niemal w całości na ich omawianiu przez innych i widzeniu innymi oczyma! Dane mi było przeżywać z Wami pasje i zaangażowanie, odszukiwanie nazw roślin, ich wyglądu i występowania; smakować i podziwiać smakołyki, napoje, maceraty, octy, mydła i kremy, fermentacje takie i inne, destylacje, zastosowania na 1000 i 1 sposobów!

Mogłam brać udział w podróżach dalekich i bliskich, słuchać cudownych wykładów, dotykać wraz z wieloma sercami tematów lekkich jak piórko i stawiających spore wyzwania! Dane mi było też doświadczyć Waszego udziału w mojej własnej, nie tylko roślinnej „bajce” – i cudownej reakcji na nią! Spotkać się z ludźmi, żyjącymi podobną do mej własnej pasją, doświadczać ciszy, opowieści, harmonii, dynamiki i spokoju…

CUDu Życia…

Dziękuję to dużo za mało –

ale nie wiem jak inaczej

ten ogrom wdzięczności wyrazić!

Własnych fotek nie mam, bo nie robiłam, pozwolę sobie zatem zamieścić dla pamięci kilka użyczonych obrazów. Ich autorom – także bardzo dziękuję!

Inez - Tusia Jałowiecka

Fot. Tusia Jałowiecka

13334298_1123552181027559_2135210683_o

Fot. Jacek Damaziak

grupowe

Razem, chociaż nie w komplecie…

Fot….. (autor proszony o przypomnienie się)

Kilka kadrów z moich spotkań z Wami

Opowieści o runach – i ruchu

13321045_1123552137694230_524018907_o

Fot. Jacek Damaziak

słowo o runach J.Piotrowski

Fot. Jerzy Piotrowski

Czarowanie żadanic

czarowanie żadanic - J.Piotrowski

Fot. Jerzy Piotrowski

P5289240

Motanka/ żadanica otrzymana w prezencie tuż przed Zlotem

od Asi Bednarz z Natule

fot. Mariusz Szczypciak

O Kadzidłach i kadzeniu

fot. Dorota Sowa

Fot. Dorota Sowa

Medytacja „zielska”

Władysław Podkowiński W ogrodzie

Nikt jej nie uwieczniał fotograficznie,

pozwalam sobie zilustrować obrazem

„W ogrodzie” W. Podkowińskiego

Dziękuję, Przyjaciele!!!

Wiodące zdjęcie wpisu: Dorota Natura Życia

Wbrew zasadom, czyli…. coś do leczenia :)

Odstępuję nieco od unikania wpisów wyłącznie leczniczych.

Głównie dlatego, że ten konkretny syrop jest cenny, łatwy i dość mało znany.

A jest akurat pełnia sezonu kwitnącego chrzanu!

Dziś zatem:

chrzan_pospolity

Syrop z chrzanu

To bardzo wartościowy, a zarazem, jako się rzekło, łatwo dostępny syrop. Chrzan ma działanie grzybobójcze, bakteriobójcze, wykrztuśne oraz przeciwwirusowe. Ma też i inne, ale tym akurat zawdzięcza swą przydatność jako leczniczy syrop. Działa też ogólnie rozgrzewająco, co wspomaga proces leczenia infekcji.

Ważne! Przeciwskazaniem do stosowania chrzanu, nie tylko w postaci syropu, jest marskość i głębokie uszkodzenia wątroby!

Syrop z chrzanu można zrobić na kilka sposobów i o dowolnej porze roku. W gruncie rzeczy równie łatwo jak cenione syropy z cebuli. Wystarczy do tego chrzan (kwitnące łodygi, liście lub korzeń), miód lub mocny syrop z cukru i opcjonalnie niewielka ilość cytryny lub soku z malin.

Wersji i metod wykonania jest kilka, oto część z nich:

(z góry przepraszam,

w proporcjach nieco improwizuję,

zawsze robiłam to „na oko”)

Wersje miodowe

zlot, ogród Ewy, chrzan

  • 1 lub 2 kwitnące pędy chrzanu rozdrobnić, ugnieść w półlitrowym słoiku, zalać miodem. Kilkakrotnie starannie zamieszać. Po kilkunastu godzinach zażywać po łyżeczce. Do dłuższego przechowywania odcedzić.
  • 1 – 2 małe albo 1 spory liść chrzanu; wykonanie i używanie jak wyżej
  • 2 łyżki utartego korzenia chrzanu zalać szklanką dobrze ciepłej wody, odstawić na ok 2 – 3 godz; mieszać. Płyn odcedzić, dodać szklankę miodu, wymieszać.

Wszystkie podane wyżej wersje syropów można uzupełnić sokiem z połowy cytryny lub 2 – 3 łyżkami soku z malin

(lub innego ulubionego). Dla stabilizowania – dodać małą porcję wódki.

Nie mam niestety zbytniego doświadczenia z trwałością takich syropów na miodzie, zwykle robiłam je doraźnie, jak cebulowy.

Wersje z cukrem/syropem

zlot, ogród Ewy, chrzan

    • Najprostsza: rozdrobnione pędy z kwiatami i/ lub młode liście ubijać w słoiku, przesypując cukrem. Odstawić w ciemne, ciepłe miejsce. Po 7 – 14 na powierzchnię wytworzonego syropu wlać kilka kropel spirytusu, zakręcić. Przechowywać w chłodzie.
    • 1/4 l (powinny być dość mocno ugniecione w naczyniu) rozdrobnionych pędów z kwiatami i/ lub młodych liści chrzanu zalać 0,5 l gorącej wody, zagotować, odstawić na noc. Odcedzić, do maceratu dodać ok 20 dkg cukru, gotować na małym ogniu mniej wiecej pół godziny. Zlać na gorąco do małych buteleczek/ słoiczków.
    • Przygotować macerat z utratego korzenia chrzanu (wodę chrzanową) wg sposobu powyżej (Wersje miodowe). Odcedzić. Przyrządzić gęsty syrop z pół szklanki cukru i minimalnej ilości wody. Wlać do niego macerat chrzanu, zagotować. Gorące zlać do małych butelek/ słoiczków.

    Wersje cukrowe także można wzbogacać cytryną lub sokami oraz stabilizować alkoholem. Przy czym sprawdzona przeze mnie twałość takich syropów z cukrem, w chłodnym i ciemnym miejscu, to około pół roku. Dłużej nigdy nie trzymałam – nie ma potrzeby, są szybkie i łatwe w wykonaniu, zaś korzeń chrzanu jest łatwo dostepny.

    Najmocniejsze w działaniu są wersje z korzeni oraz zielonego surowca przesypanego cukrem. Pozostałe nieco łagodniejsze.

    Z całego serca wszystkim życzę,

    by NIE potrzebowali tych przepisów!!!!

Wiosennie raz jeszcze

Na początek wypada chyba przeprosić za kolejne „powtórki’!

 Z nadzieją, że komuś jednak przydatne…. 

***

Jak co roku w podobnym mniej więcej czasie „na scenę”

wkroczyła wiosna!

Wraz z nią zaś początek naszego szerokiego użytkowania darów Natury,

mniej lub bardziej ujarzmionej.

Tę „oswojoną”, ogrodową, sadowniczą i polną w większości znamy

i wiemy jak z jej zasobów korzystać.

A co z dziką częścią roślinnego świata?

Dla wielu nadal tajemniczą i nieznaną?

Dla chcących ją zgłębiać pozwolę sobie zamieścić kilka sugestii…

Rozpoczynanie przygody z dzikimi roślinami bardzo ułatwi wszystkim trening dwóch umiejętności:

uważności i cierpliwości.

Ta pierwsza, czyli uważność, niezbędna jest by zacząć dostrzegać. Patrzeć tak, by widzieć. W tym, co zwykle jest dla nas tylko mniej lub bardziej zielonym (lub kolorowym) tłem, zauważyć różnorodność form, barw, faktur, ich wzajemne przenikanie. Innymi słowy – bogactwo Natury i jego poszczególne skarby.

Ten etap jest w zasadzie prosty. O ile tylko mamy wolę i chęć, by patrząc – widzieć, bardzo szybko opanujemy tę umiejętność. Wystarczy czasem nawet jeden, a z pewnością kilka spacerów w jakikolwiek zielony teren. Może być nawet trawnik przed blokiem wielkiego miasta!

No ale… jak to zrobić?

Wyjdź przed dom: na trawnik/ do parku/ na łąkę, pole, do lasu – gdziekolwiek.

Zatrzymaj się w miejscu, gdzie wkoło ciebie jest „zielono” i….

po prostu patrz!

DSCF1414

Fot. Ewa Ślęczek – Bodzentyn

Zobacz różnorodność i bogactwo. Przyjrzyj się uważnie, spostrzegaj różne kształty, kolory, odcienie i ich wzajemne relacje. Nie tylko pod nogami, także wokół siebie i ponad głową – krzewy i drzewa to też cenne rośliny! Jeżeli takich „spacerów uważności” zaplanujesz więcej, z kolejnych dniach zobaczysz także zmiany – często bardzo subtelne.

Dla niepewnych siebie lub chcących potrenować – przydatne może być ćwiczenie,

które opisywałam TUTAJ.

Na takim, początkowym etapie, nie musimy nawet wiedzieć CO widzimy,

nie ma potrzeby nazywania ani dokładnej klasyfikacji roślin.

Najważniejszym zadaniem na początek

jest dostrzec, że SĄ!

Świat roślin warto poznawać nie tylko wzrokiem. Dotykaj, powąchaj.. Tylko ze smakowaniem trzeba się wstrzymać do momentu, kiedy już wiemy „co jest czym”! I tu wkracza na scenę druga umiejętność zielarza – praktyka, z własnego doświadczenia wiem, że dużo trudniejsza do opanowania – cierpliwość!

Cierpliwości tak prawdę mówiąc „nauczyć się” nie da. Ale… da się ją wytrenować. Zresztą sama Natura zadba o to, byśmy tę cierpliwość posiedli! Żadne poganianie z naszej strony nie zmusi naturalnego cyklu do zmian – pozostaje jedynie przystosować się do nich!

Jak już wspominałam kiedyś, nasz brak cierpliwości szkodliwy i męczący jest jedynie dla nas samych. Jego owocami są: stres, emocjonalna presja, często – nieprzemyślane, mylne lub niepotrzebne zbiory….

Naprawdę – nie warto się niecierpliwić!

Kolejny cenny sprzymierzeniec w zbiorach roślin to brak oczekiwań. Nawet jeżeli mamy pomysł co chcemy odnaleźć i zebrać – nie przywiązujmy się do tych planów. Pozwólmy sobie (i Naturze) na improwizację, niespodzianki, a nawet brak zbiorów. Każda wyprawa w świat roślin dostarczy nam skarbów – nawet taka, z której wrócimy z pustymi rękami. Co, mówiąc nawiasem, zdarza się bardzo rzadko! Jeżeli uczymy się poznawać rośliny, warto mieć pod ręką aparat fotograficzny (albo szkicownik!) i uwieczniać okazy na miejscu, tam, gdzie rosną. Zarówno nam samym jak i innym łatwiej będzie klasyfikować gatunki widziane „w Naturze” niż zerwane i pokazane osobno. Przy okazji unikniemy niepotrzebnego niszczenia…

gwiazdnica

Gwiazdnica w „towarzystwie”

Z kolei dla wszystkich mających już za sobą doświadczenia „zielarskie”

mała podpowiedź…

Przygotowując się do kolejnego sezonu obfitości w Naturze warto zrobić mały (albo i większy) remanent. Sprawdzić czego z potrzebnych w codzienności surowców mamy nadmiar, czego pozostało „akurat w sam raz”, czego zaś zabrakło? Łatwiej będzie dopasować plany na kolejny rok do własnych potrzeb.

Z pewnością też w nowym sezonie pojawią się nowinki jeszcze nam nie znane, albo takie, których nie poznaliśmy dokładniej. To żelazna reguła, nawet po latach pracy z roślinami! Liczmy się z tym, planując zbiory, maceraty, wyroby, przetwory, itp. Nie jest trudno ulec pokusie „wszystko ze wszystkiego”, szybko zaś okazuje się, że połowa albo i więcej się nam dubluje! Albo zwyczajnie nia mamy co zrobić z przygotowanymi zapasami… Piszę to oczywiście dla osób, które swoje zbiory przeznaczają dla siebie i bliskich.

Bywa czasem tak, że znajdujemy wyjątkowo bogate stanowisko rośliny, którą znamy i cenimy.

Jak chociażby łąka pełna kwiatów mniszka

P1210227

Nie ulegajmy złudzeniu,

że jeżeli nie zbierzemy (i nie przerobimy) ich wszystkich,

to one się „zmarnują”!

W Naturze nic się nie marnuje, nie ma takiej możliwości! Nie jesteśmy jedynymi użytkownikami tego bogactwa. Rośliny rosną, kwitną i owocują, podobnie jak zwierzeta żyją własnym rytmem, niezależnie od tego, czy ludzie są w pobliżu, czy ich nie ma. Ba, z punktu widzenia naturalnego cyklu, obecność czlowieka często bywa niszcząca. O czym wszyscy doskonale wiemy – nie trzeba byłoby dziś tworzyć obszarów chronionych ani otaczać ochroną kolejnych gatunków, gdybyśmy umieli szanować Naturę od wieków.

Z drugiej strony – Życie jest zmianą, cyklem. Upieranie się by wszystko pozostawało stale w stanie niezmienionym jest równie utopijne jak na przykład oczekiwanie, że wiosenne kwiaty będą kwitły aż do zimy… Albo, że nasze dzieci nie dorosną. Albo że…. (można tak długo!).

Wracając jednak do praktyki – zbierajmy (mniej więcej) tyle, ile nam realnie potrzeba. I bądźmy świadomi, iż ten cudowny Świat wokół nas jest bogaty, zmienny i pelen możliwości. Każdy surowiec możemy uzupełnić lub zastapić innym, o ile naprawdę nam na tym zależy. Przynajmniej do późnej jesieni… W miarę poznawania różnorodności i możliwości roślin zdobędziemy nie tylko cenne, wartościowe składniki naszych potraw, kosmetyków, octów, maceratów, nalewek itp.

Z każdą kolejną wyprawą po naturalne dobro odnajdziemy więcej doświadczenia, radości, spokoju i własnej satysfakcji. Nauczymy się dokładnie tego, od czego powinniśmy zaczynać: uważności i cierpliwości!

Nie tylko wobec Natury – także wobec siebie samych i otaczającego świata. Takiego, jakim jest!

20140424_164128

Łąki nowohuckie; fot. Ewa Ślęczek

Im rychlej odnajdziemy w sobie otwartość na ten,

pozamaterialny wymiar zielarskiej przygody,

tym więcej z niej skorzystamy.

Czego wszystkim bez wyjątku poszukiwaczom,

zbieraczom, wytwórcom i „zielarzom”

z całego serca życzę w kolejnej odsłonie piękna i bogactwa Natury….

W ikonie wpisu – fot. Ewy Ślęczek 

Wiosna cd – przypomnienia, propozycje…

Niebawem już,

wraz z marcową Równonocą,

zawita do nas wiosna „kalendarzowa”.

IMG_7100

Tej „realnej” oczywiście nie sposób przewidzieć dokładnie, tym niemniej prędzej czy później, cieplejsza lub chłodniejsza, sucha czy też mokra – nadejdzie! Przedwiośnie zaś trwa w najlepsze, pomimo nawracających śniegów i przymrozków.

W kolejnym wpisie zatem wiosenne „przypomnienia” oraz garść innych pomysłów!

Przypominajki:

Zbiór soku z drzew (klonu, brzozy)

liście brzozy

Sosna i jej surowce

odrosty sosny

Wiosenne kwiaty

P1210256

 W linku propozycje z bloga Gosi Kalemby Dróżdż „Trochę inna cukiernia”.

Warto nadmienić, że w podobny sposób da się konserwować nie tylko fiołki.

Stąd na zdjęciu zamiast nich – stokrotki!

Mniszek po raz „enty”

mniszek

Bardzo wczesnym surowcem wiosennym

są także liście, w tym krzewów i drzew.

Dziś dwa mniej popularne przykłady:

Czarny (dziki) bez – Sambucus nigra L.

screen bez cz

Młodziutki liść czarnego bzu

Roślina dziko rosnąca, wieloletnia, krzew

Bipocenoza – rośnie w lasach i zaroślach, na obrzeżach łąk, pól i pastwisk, często przy domach; w polskich górach po regiel dolny

Kolejny niezwykle wartościowy i często zapominany surowiec spośród potencjału roślin dziko rosnących. Krzewy czarnego bzu są tak wszechobecne, że traktuje się je w naszych zaroślach jako chwasty. Często też spotyka się opinię, że jest to roślina trująca, a co za tym idzie – nieużytkowa. Prawda w tym przypadku leży pośrodku. W czarnym bzie faktycznie zawarty jest sambunigryna, trujący składnik o budowie bardzo zbliżonej do trucizny psiankowatych – solaniny. Jednak związek ten ulega rozpadowi pod wpływem temperatur w granicach 50 – 60 stopni. Toteż żadnych części bzu nie jada się i nie użytkuje na surowo! Można natomiast – i warto – wykorzystywać je na różne sposoby po ogrzaniu. Najczęściej używane kwiaty i owoce bzu są wyśmienitymi surowcami kulinarnymi i kosmetycznymi, przydatnymi w szeroko pojętej proflaktyce.

Surowcem zielarskim są liście, kwiat, owoc, a także kora i korzeń. Użytkowym: liść, kwiat, owoc

Kwiat czarnego bzu to przede wszystkim głębokie oczyszczanie organizmu, działanie moczopędne i regulujące pracę nerek, obniżające gorączkę, antyseptyczne, lekko wyksztuśnie.W zakresie przeciwgorączkowym i wspomagającym leczenie infekcji są wielokrotnie silniejsze niż popularnie stosowana lipa. Owoce także działają napotnie, oczyszczająco i przeciwgorączkowo, są jednak również, ze swą bardzo wysoką zawartością antocjanów (ciemnoczerwony barwnik), wyraźnie przeciwbólowe, wspomagają i regulują pracę serca i ciśnienie krwi, obniżają poziom cukru. Są używane do leczenia i stabilizowania wszelkich schorzeń o podłożu zaburzeń przemiany materii, bakteryjnym i wirusowym. W postaci powidełek lub dżemu mają działanie rozwalniające, przy okazji oczyszczające jelita – bardziej grube niż cienkie. Tak kwiaty jak i owoce stosuje się w takich schorzeniach jak migreny, nerwobóle, biegunki, choroby reumatyczne, i neurologiczne. Liście, zbierane przed zakwitnięciem, dają przyjemną w smaku herbatkę o właściwościach bardzo zbliżonych do zielonej herbaty. Mają też działanie przeciwwirusowe. Kora i korzeń, w warunkach domowych stosowane rzadko, mają działanie moczopędne i czyszczące nerki – silniejsze niż kwiat i owoc.

Z kwiatów oraz owoców bzu przyrządza się wiele smakowitych potraw i przetworów. Syrop lub napój musujący z kwiatów są orzeźwiające, lekko wychładzające, zachowują też pełne spektrum właściwości detoksykujących. Kwiaty bzu smażone w cieście stanowią oryginalny przysmak – we Włoszech, szczególnie w Toskanii i Umbrii, są potrawą tradycyną. Owoce nadają się na powidła, dżemy, soki, syropy, marynaty, wina; można też przyrządzać je w soku własnym. Są świetnym, smakowym i barwnikowym dodatkiem, do przetworów z innych owoców – jabłek, śliwek, dyni itp. Owoców bzu używano dawniej do fałszowania drogiego wina Porto – dla nadania mu właściwego koloru. Takie praktyki doprowadziły, między innymi, do wysokiej oceny wartości leczniczych wspomnianego wina…

Młode liście, najmniej chyba rozpowszechnione w zastosowaniu codziennym, użytkowano od wieków. Współcześnie opisywane są jako „czysta prewencja”, surowiec łatwo dostępny już od bardzo wczesnej wiosny, cenny i bogaty w ogólnym działaniu na organizm. Warto o nich pamietać. Liście najlepiej zbierać młode, przed kwitnieniem roślin.

Bez dostarcza także surowców kosmetycznych – głównie kwiaty i liście. Przez wieki każda dbająca o wygląd niewiasta przygotowywała sobie „wodę bzową”. A oto przepis na ten stary środek, z pewnością lepszy od wielu dzisiejszych przeładowanych chemią kosmetyków:

„[…]Wypełnić pojemnik kwiatami bzu, ubić i zalać około dwoma litrami gotującej wody.

Po ochłodzeniu dodać 75 gram czystego spirytusu. Przykryć płótnem i odstawić na kilka godzin w ciepłym miejscu. Po ochłodzeniu przecedzić następnie i przelać do butelek i szczelnie zakorkować.[…]”

Taka woda, o trwałości kilku miesięcy, jest niezastąpiona w pielęgnacji twarzy, dekoltu – oczyszcza, pojędrnia, zmiękcza, usuwa zaczerwienienia i zmiany ropne, wygładza, nadając cerze świetlistości. Można ją stosować także do wklepywania pod oczy. A nie jest to jedyny sposób na kosmetyczne wykorzystanie surowców z bzu. Przykładowo mogą to być również parówki, kąpiele, dodatek do płynów i balsamów do ciała, kremów oraz toników. Napar lub odwar z liści bzu doskonale poprawia jakość i wygląd np skóry rąk.

Rodzaje zastosowań:

leczniczo – napary, odwary, wyciągi, syropy, soki, powidełka;

proflaktyczne – jako wyroby spożywcze i kosmetyczne;

kulinarnie – jako surowiec na herbatki, soki, konfitury, dżemy, powidła, wina, dodatek do innych przetworów, marynaty, jako barwnik spożywczy (np do lukru);

kosmetycznie – jako „woda bzowa”, składnik kąpieli, toników, płynu pod oczy, balsamów, mydeł; sokiem z owoców dawniej barwiono brwi i rzęsy;

Malina właściwa – Rubus idaeus L.

liść maliny

Młodziutkie listki malin

Roślina dziko rosnąca lub uprawiana, wieloletnia krzew

Biocenoza – rośnie lasach, zaroślach, ziołoroślach, na zrębach, na zboczach; na niżu i w górach do 2000 m n.p.m. Preferuje luźne, niezbyt suche, żyzne gleby; uprawiana – w ogrodach lub sadach owocowych

Maliny, w odróżnieniu od wielu innych roślin zielarskich, nie trzeba w zasadzie rekomendować. Jest powszechnie znana, także jako roślina lecznicza. Jednakże warto poświęcić jej kilka słów, chociażby dlatego, że jej bogaty potencjał zielarski jest zwykle niewykorzystany! Malinę – szczególnie sok z owoców – kojarzy się zwykle z działaniem rozgrzewającym i przeciwgorączkowym. I nic ponadto. Tymczasem ten popularny także w ogrodach krzew ma znacznie więcej zastosowań!

Surowcem zielarskim jest owoc i liść. Użytkowym: liśćie (w tym fermentowane), owoce, kwiaty

Owoce, poza działaniem napotnym i przeciwgorączkowym, są bardzo silnym „wzmacniaczem” organizmu, ze względu na wysoką zawartość wielu minerałów i witamin. Liście, działając w podobnym zakresie, są jeszcze silniejsze; ponadto działają moczopędnie, żółciopędnie, przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie, ściągająco, oraz poprawiają przemianę materii. Doskonale spisują się także jako środek rozkurczający mięśnie gładkie – głównie w obrębie układu pokarmowego i macicy. Liści maliny nie stosuje się dla kobiet w ciąży! Mogą spowodować plamienie, a nawet poronienia. Doskonale natomiast sprawdzają się w mieszankach przy kolkach (wątrobowej w połączeniu z np dziurawcem, nerkowej – z liśćmi lub pączkami brzozy) oraz bolesnym miesiączkowaniu – np z krwawnikiem i miętą lub rumiankiem.

Kosmetyczne zastosowania malin są rzadkie i raczej sporadyczne. Dawniej wywar z liści w połączeniu z potażem służył do farbowania włosów na czarno. Dziś wykorzystuje się raczej owoce do maseczek lub liście jako łagodzące toniki. Bardzo dużo znanych jest natomiast kulinarnych zastosowań owoców maliny. Od spożywania ich na surowo, poprzez desery, ciasta, soki, do wyrobu konfitur, galaretek, a także win i nalewek. Wszystkie wyroby malinowe zachowują większość właściwości surowego owocu.

Młode, wiosenne malinowe listki stanowią doskonały surowiec na wzmacniające, rozgrzewające, mineralizujące i herbatki.  Są też po prostu smaczne! Można je dodawać do surówek.  

Z  fermentowanych liści malin w połączeniu z liśćmi jeżyny i poziomki sporządza się tzw „herbatkę zimową”, mineralizującą,  wspomagającą odporność i rozgrzewającą.

Rodzaje zastosowań:

lecznicze – napary, odwary, soki, przecier z owoców, wino;

profilaktyczne – surowe owoce, soki, galaretki, konfitury, „herbatka zimowa”;

kulinarne – wszelkie możliwe zastosowania owoców;

kosmetyczne – maseczki witaminizujące, napary z liści do kąpieli lub jako tonik;

U progu sezonu

Wiosna się budzi!

Wraz z nią mnóstwo wartościowych surowców,

soków z drzew, pączków, młodych roślin, kwiatów…

Bogactwo odnawiającego się życia w coraz większym wyborze!

Wszystko, co żyje, odnawia się i budzi w tym okresie, przynajmniej w klimacie, jaki nas otacza. Rośliny rzecz jasna także. Jednak fakt, że odnawiają się i budzą nie oznacza, że wszystko jest od razu do wykorzystania, opisania, klasyfikacji i zbioru!!!

Natura ma swój własny rytm i nie zmienimy go naszą presją ani niecierpliwością – pisałam już o tym kilkakrotnie i powtarzać będę do znudzenia. Rytm odmienny w dodatku w różnych latach, regionach, okolicach. Aby się nie dublować – tu niektóre wcześniejsze refleksjie na podobny temat:

Poza innymi tematami przewija się zwykle wiosną temat oznaczania „co jest czym”. Tu również, jak we wszystkim, co związane z Naturą, potrzeba cierpliwości. Oraz doświadczenia, które przychodzi z czasem. Jako że wiosenny wygląd roślin często bardzo znacznie odbiega od ich ostatecznego kształtu! Niektóre rośliny da się dość szybko i łatwo rozpoznać w bardzo wczesnych stadiach rozwoju – innych nie. Podobnie zresztą jak z użytkowaniem. Sporo roślin, w tym z grupy jadalnych, można i warto użytkować od najwcześniejszych etapów ich wzrostu. Są i takie surowce, które dostępne będą wyłącznie wczesną wiosną (przykłady TUTAJ). Ale niemało znajdzie się także tych, którym lepiej jest pozwolić urosnąć, rozwinąć się, dojrzeć…Zachować wzmiankowaną tylekroć – cierpliwość.

Niemal równolegle z tematem rozpoznawania pojawia się zwykle kwestia nazw. Nazewnictwo roślin to temat w moim odczuciu zasługujący na osobny wpis. Popełniłam już zresztą takowy: „O rozpoznawaniu”, mam zamiar temat nieco rozbudować, ale… po kolei.

 Tutaj wspomnę tylko, że nazwy roślin są wyłącznie określającymi je słowami, wymyślanymi przez ludzi i, jak to często bywa, niejednorodnymi. Oczywiste jest na przykład, że są odmienne w różnych językach. Sporo istnieje też nazw zwyczajowych lub regionalnych.

Z kolei elementarny podział roślin i przypisanie im nazw, czyli systematyka, wykorzystuje nazwy łacińskie i też nie jest idealnie jednolita! Tu także na przestrzeni czasu zachodzą zmiany…I nie ma sensu kruszyć kopii o takie czy inne brzmienie. 

Kluczem do sensownego i celowego poszukiwania wydaje się raczej praktyczna znajomość konkretnych roślin.

Pod jaką nazwą, to rzecz umowna! 

Poniżej dwa opisy roślin typowo wiosennych, których nazewnictwo jest mocno zróżnicowane, nawet to łacińskie! Nie zmienia to jednak w niczym ani samych roślin, ani ich użytkowania.

 

Ziarnopłon wiosenny – Ranunculus ficaria L. ( Ficaria verna Huds.)

1024px-Ranunculus_ficaria,_from_Rize_DSC06931

fot. z Wikipedii

Roślina dziko rosnąca, zielna, bylina

Biocenoza: wilgotne łąki, prześwietlone lasy liściaste i zarośla, parki, sady, brzegi zbiorników wodnych, rzek i źrodeł

Ziarnopłon, jak wskazuje określenie „wiosenny”, to roślina bardzo wczesnej wiosny. Inna jego dość rozpowszechniona nazwa to pszonak, pszonek lub jaskier (jaskierek) wiosenny. Jego listki pojawiają się jako jedne z pierwszych zielonych zwiastunów kolejnego cyklu Natury.

Jest niewielką, płożącą roślinką, czasem o wznoszących się pędach. Nigdy jednak nie wyrasta wysoko. Zarasta często dywanowo spore połacie, niknąc z czasem w rozrastającej się zieleni innych roślin.

Ziarnopłon ma niewielkie, lśniące, okrągławe listki i intensywnie żółte, również lśniące kwiaty. Liście są jadalne do momentu pojawienia się kwiatów; surowiec leczniczy (liście i ziele) pozyskuje się przed (liść) lub na samym początku kwitnienia (ziele). Większość źródeł podaje, że ziarnopłon staje się trujący w chwili, kiedy już obficie kwitnie. Jego toksyczność nie jest szczegolnie goźna, garść zjedzonych liści z kwiatami nie zabije! Tym niemniej starsze rośliny stają się łykowate, gorzkie i niesmaczne. Mogą też powodować podrażnienia żołądka lub jelit. Lepiej zatem korzystać z wartości ziarnopłonu przed kwitnieniem, lub na samym jego początku!

Surowcem zielarskim są liście i ziele. Użytkowym: młode liście, bulwy

Leczniczo stosuje się je przeciwreumatycznie, antyseptycznie, odtruwająco i krwiotamująco. Najczęściej w postaci maceratów wodnych lub nalewek, można też wykorzystywać świeży sok. Maceraty z ziarnopłonu są stosowane również przeciw łysieniu i dla regeneracji skóry, w tym podrażnionej (np po użądleniach owadów, poparzeniu pokrzywą)

Młode listki ziarnopłonu są delikatne, smaczne, kruche. Doskonale nadają się do surówek, sałatek i innych mieszanek wiosennych. Można je dodawać do potraw surowych (w tym twarogu, jogurtu, masła itp) lub gotowanych, przy czym jedzone na surowo dostarczają sporo witamin, w tym wit. C.

Bulwki stanowiące przysmak dzików cenniejsze są po przekitnięciu roslin. Można je gotować, dusić na parze, prażyć. Są bardzo drobne, zatem raczej to przystawka niż danie! Pączki kwiatowe mogą posłużyć po zakonserwowaniu jako namiastka kaparów.

Rodzaje zastosowań:

leczniczo: wyciągi wodne i alkoholowe z ziela doustnie, na skórę, do nasiadówek

profilaktycznie: spożywczo i kosmetycznie

kulinarnie: jako sałatki, surówki, przetwory

kosmetycznie: wyciągi nadają się na toniki albo płukankę na wlosy; jako dodatek do szamponu

Pierwiosnek lekarski – Primula veris L.ris L. 

800px-Primula_veris_001

fot. z Wikipedii

Roślina dziko rosnąca lub uprawiana, zielna, bylina

Biocenoza: świetliste lasy (szczególnie nadrzeczne łęgi), pastwiska, zarośla, wzgórza;

Prymula, prymulka, „kluczyki wiosny” to inne, zwyczajowe nazwy tej rośliny. Współcześnie łatwiej jest zobaczyć pierwiosnki na grządkach i rabatkach niż w Naturze, tym niemniej jest to roślina rosnąca także dziko. Częściej na obszarach górskich i wyżu niż nizinnych. Zakwita bardzo wcześnie, zwykle w marcu – kwietniu.

Pierwiosnek jest niewielką roślinką, ma rozete liściową tuż przy ziemi i pojedynczą, wzniesioną łodyge, na ktorej szczycie wyrasta pęk kwiatów. Dzikie pierwiosnki kwitną zawsze na żółto, uprawne miewają bardzo różne kolory: białe, kremowe, żółte w różnych odcianiach, czerwone, fioletowe… Sa lubianą byliną wiosenną w ogrodach i parkach. Coraz rzadziej pamięta się o ich potencjale leczniczym oraz spożywczym.

Surowcem zielarskim jest cała roślina; użytkowym liście i pędy z kwiatami

Uwaga! Pierwiosnek bywa uczuleniowy! Przed każdym jego zastosowaniem należy sprawdzić wrażliwość na niego! 

Wyciągi z pierwiosnka stosuje się przy leczeniu przeziębień, zapalenia gardła i krtani, grypie, zapaleniu oskrzeli. Pomocne są w kuracjach gruźlicy i pylicy płuc jako doskonały środek wykrztuśny (także jako syrop). Kurację pierwiosnkiem zaleca się też palaczom

Dla dzieci zaleca się na ogół ukwiecone łodygi, dla dorosłych całe rośliny.

Pierwiosnek ma też lekkie działanie odtruwające i moczopędne. Nadaje się do kuracji oczyszczających i przy problemach reumatycznych. Medycyna ludowa zaleca go przy migrenach i bezsenności.

Młode liście oraz łodyżki z kwiatami są jadalne, bogate w witaminę C. Dodawać je można się do sałatek lub doprawiać nimi zupy. Surowe lub gotowane pędy z kwiatami i liście prymulki, w połączeniu z cykorią i sałatą stanowią surówkę do dziś popularną w Rosji, znaną też w Wielkiej Brytanii.

Rodzaje zastosowań:

leczniczo: maceraty, napary, syrop

profilaktycznie: spożywczo

kulinarnie: składnik sałatek, surówek, zup; dekoracja potraw

 

Słońce na zimę

W całym ogromnym bogactwie Natury miewa się takie rośliny,

do których „lgnie się” szczególnie.

Ulubione, preferowane, z jakichś powodów wyjątkowe.

Dla mnie taką rośliną jest, obok kilku innych:

Nagietek lekarski – Calendula officinalis L.

nagietek do poradnika

Roślina zielna, jednoroczna, uprawna – ozdobna; czasami dziczejąca

Biocenoza – ogrody, parki, na stanowiskach dzikich niewybredna, ale bardzo rzadka

Nagietki to rośliny o ciekawej biologii. Pochodzą najprawdopodobniej nad Morza Śródziemnego lub Iranu, w Polsce znane i uprawiane od niemal tysiąclecia.. W uprawie są dość łatwe, lubią wprawdzie ciepłe, słoneczne stanowiska i przewiewną glebę, ale dają sobie radę także w innych warunkach. W miejscach upraw wysiewają się samorzutnie, stając się czasami wręcz inwazyjne w ogrodzie, szczególnie nieco zaniedbanym Jednak, mimo małych wymagań glebowych i doskonałej aklimatyzacji, nigdy całkowicie nie zdziczały. Nie spotyka się ich z dala od ogrodów ani parków, mimo, że często poza ich obręb przenikają.

Te słoneczne, kwitnące od maja do zimy kwiatki były swego czasu bardzo w naszych ogrodach powszechne. Obecnie sieje się ich coraz mniej, a szkoda! Ich potencjał zielarski jest tak ogromny, że wręcz trudno wymienić wszystkie cenne właściwości nagietka. Surowcem zielarskim są płatki kwiatów, szczególnie o zabarwieniu pomarańczowym. Najlepszą formą ich stosowania jest zjadanie na surowo lub używanie w postaci wyciągu alkoholowego albo olejowego. Wyciągi wodne z nagietka mają słabsze i bardziej ograniczone działanie. Pozostają jednak antybiotyczne, przeciwgrzybicze, przeciwzapalne, regulujące…

Wewnętrznie zaleca się przetwory z nagietka w nieżycie żołądka i jelit, a zwłaszcza w przewlekłym i opornym na inne leki wrzodzie żołądka i dwunastnicy oraz we wrzodziejących zapaleniu jelita grubego. Również w stanach zapalnych dróg żółciowych spowodowanych infekcją, w niedomodze wątroby i upośledzeniu jej czynności po przebytym wirusowym zapaleniu lub uszkodzeniu przez trujące związki (np. toksyny grzybów). Pomocniczo i w skojarzeniu z innymi lekami podaje się je w nieoperacyjnych postaciach raka żołądka, stanach przednowotworowych w przewodzie pokarmowym (np. długo utrzymującym się zapaleniu błon śluzowych, owrzodzeniu z krwawieniami, braku poprawy po innych lekach) itp. Dobre wyniki osiąga się w zaburzeniach miesiączkowania połączonych z bólem, ogólnym osłabieniem, zawrotami głowy, a także w dolegliwościach okresu przekwitania (klimakterium). Zaleca się też nagietek, w połączeniu z innymi ziołami, do stosowania w ogólnym ubytku sił i odporności na zakażenia bakteryjne i wirusowe oraz przewlekłych i nie poddających się innym lekom dolegliwościach różnych narządów wewnętrznych, w tym także serca. W łagodny sposób regulują też układ hormonalny. Zewnętrznie nagietki mają działanie antyseptyczne, przeciwwirusowe, przeciwgrzybicze, gojące, oczyszczające stany ropne; leczniczo działa też na skórę po oparzeniach, odmrożeniach, w łuszczycach i stanach zapalnych i podrażnieniowych jamy ustnej oraz np śluzówki pochwy. Sa też wyśmienitym kosmetykiem, poza wymienionymi działaniami doskonale chroniącym cerę przed wpływami atmosferycznymi oraz zanieczyszczeniem.

Płatki nagietka można też w ciekawy sposób wykorzystywać kulinarnie, np jako domieszki do twarogu, masła, ciast, sałatek… Zresztą z jego płatków uzyskuje się barwnik spożywczy – do tłuszczy lub żółtych serów. Młode pedy i liście w czasach Średniowiecza (a i później) były używane jako warzywo.

Nagietkom przypisywano także moc magiczną, ochronną – przed złymi mocami, bezsennością, koszmarami sennymi. Noszone na szyi ( w woreczku) suszone płatki lub całe kwiaty odpędzają zwidy, lęki i zmory, innymi słowy – zapobiegają depresji. Pęczek suszonych lub schnących nagietków, powieszony u wejścia do pomieszczenia, zabezpiecza przed niskimi wibracjami. 

Kwiaty tej rośliny można traktować jako swoisty barometr – pełne rozchylenie płatków ok 9.00 rano gwarantuje bezdeszczową pogodę przez cały dzień.

Rodzaje zastosowań:

leczniczo – napary, wyciągi alkoholowe i olejowe, maści, surowe płatki (świeże lub suszone), płatki w miodzie;

profilaktycznie – zjadanie płatków (świeżych lub suszonych);

kulinarnie – jako dodatek do potraw słonych lub słodkich, jako barwnik, liście i łodyżki jako warzywo

kosmetycznie – olejek, kremy, balsamy,toniki, mydła, pomadki do ust;

Powyższy opis nagietka pochodzi z mojego poradnika „Z ziołami do zdrowia i urody”, napisanego na potrzeby i w ramach cyklu warsztatów  zielarskich w gminie Sosnówka na lubelszczyźnie. Jak widać sporo tu informacji farmakologicznych, przyznaję jednak, że dla mnie nagietek jest nieodłącznym towarzyszem, zwłaszcza zimą. I to nie z powodu nękającego mnie (czy kogokolwiek z bliskich) zalewu chorób!

Po prostu na co dzień!

nagietek-duzy

  • płatki nagietków, ususzone na zapas, stanowią prawie nieodłączny składnik mieszanek do picia. Inne zioła zmieniam, konfiguruję rozmaicie, jednak nagietek jest zwykle jednym z bazowych surowców;
  • dodaję je do potraw: do różnych płatków, mieszanych na śniadanie, jogurtu, surówek (chociaż tu akurat smaczniejsze są nagietki świeże!), urozmaicam masła i twarogi, jajecznicę, galaretki…  są pod ręką, zatem „co tam w duszy” zagra; czasem sproszkowane, czasem całe, różnie;
  • wyciąg olejowy, przygotowany latem, zawsze mam w zapasie; stanowi bazę kremów, dodatek do balsamów (w tym do ust), mieszanek regenerujących skórę, łagodzących podrażnienia, spierzchnięcia, oparzenia; o takim balsamie do rąk „na szybko” pisałam w ubiegłym roku we „Wpisie tymczasowym” ;
  • olej z nagietka można także stosować w postaci czystej bezpośrednio na skórę,  jako oliwkę odżywczą – lub leczniczą!
  • wychodząc z domu na zimowe pogody zawsze stosuję ochronnie „coś” z nagietka, najczęściej krem lub balsam; wieczorem można cerę wzmocnić i poratować użytym jako tonik naparem (herbatką) z nagietka;
  • nagietkowe preparaty, zarówno olejek jak i napary, świetnie pomagają regenerować wzrok; zmęczenie oczu, czy to spowodowane zbyt długim patrzeniem w ekran, czy też np odbiciem słońca na śniegu podczas zimowych wypraw, cudownie łagodzi wklepywanie wokół oczu olejku (maceratu olejowego) z nagietka lub przemywanie ich nagietkowym naparem.
  • działania energetyczne nagietka wykorzystuję rzadko, przywykłam do innych surowców; nie zmienia to faktu, że susz nagietkowy zawsze mam w pobliżu! Natomiast dla poprawy nastroju (w moim odczuciu) wystarczy zwyczajnie spoglądać na zdjęcie lub obraz tych małych „słoneczek”! Tym niemniej zachęcam do prób i będę wdzięczna za podzielenie wrażeniami!

***

Wszystko, co powyżej, to metody sprawdzone, stosowane, skuteczne.  Tegoroczna zima zaś w znacznym stopniu była dla mnie ( i jest)  czasem eksperymentów.  Efektami podzielę się oczywiście w miarę testowania kolejnych pomysłów, tu wspomnę tylko o jednym, kolejnym pożytku z nagietka.  Suszone płatki dodałam do czekoladowego mydełka glicerynowego, z bardzo zadowalającym skutkiem!

 Jak widać, niezależnie od upodobań, nagietek jest rośliną niesłychanie uniwersalną i warto po niego sięgać. Dla zdrowia, urody, radości…

Których wszystkim serdecznie życzę! Również zimą…