Herbatki ziołowe inaczej

Zwane herbatkami napary z roślin robi się zwykle

w najprostszy z możliwych sposobów.

Liście, kwiaty, owoce czy inną, wybraną część rośliny (albo ich mieszankę) zalewamy wrzątkiem. Pod przykryciem odstawiamy do zaparzenia na kilka lub kilkanaście minut i … delektujemy się. Smakiem, aromatem, barwą. Często również wyglądem…

10258625_616385661783327_215273962144581351_n

Napar z mieszanki wiosennej,

Dobre Miejsce, Alfredówka

W identyczny sposób przygotowujemy „herbatę z herbaty”, czyli liści pochodzacego z Chin krzewu herbacianego Camellia sinensis. Z jednym zastrzeżeniem – nie miewamy na ogół do dyspozycji świeżych liści krzewu herbacianego. To, co dziś pijemy jako herbatę, jest gotowym do sprzedaży wyrobem, od dawna już preparowanym metodami coraz bardziej uprzemysłowionymi.

Chińska „herbatka” – czyli napar, z herbaty był poczatkowo robiony ze świeżych lub suszonych liści krzewu herbacianego. Identycznie jak rodzime napary z ziół. I, dokładnie jak my rodzime „zioła”, traktowano ją jako lek.. o czym przy innej okazji już wspominałam.

Znane dzisiaj odmiany i rodzaje herbat pochodzących z Kraju Środka: białych, zielonych, czarnych, zapachowych itd, to efekt wielowiekowych eksperymentów, zmian i rozwoju metod, jakimi się herbatę przetwarza.

Jedną ze stosowanych od wieków metod jest tzw „fermentacja” herbaty.

Biorę to słowo w cudzysłów, jako że z biochemicznego punktu widzenia procesy zachodzące w liściach herbaty z żadną fermentacją nie mają nic wspólnego. Jest to raczej utlenianie enzymatyczne.

Dla pasjonatów ciekawe informacje chociażby tutaj: „Produkcja herbaty. Proces produkcji herbaty a kolory herbaty”

pol_pl_Assam-FTGFOP1-Second-Flush-`Malty`-40_1

Herbaty fermentowane – źródło internet

Chińczycy ładnych kilka wieków temu wpadli na taki pomysł urozmaicenia smaku i potencjału swojego surowca. Zdążyli go w tym czasie udoskonalić oraz rozpowszechnić na cały świat. Zainteresowanie naparami z rozmaicie przetworzonych liści herbaty rosło. Początkowo w Japonii (IX w), później także w Europie. Szczególnie w Portugalii i Anglii, od czasu nawiązania kontaktów handlowych z Państwem Środka, czyli końca XVI i w XVII w. Ze zmiennym szczęściem wprawdzie, tym niemniej herba’ta (ziele tea) zdążyła stać się popularna…

Nie oznacza to, ze Chiny miały monopol w zakresie specyficznego przetwarzania liści roślin. Wprawdzie nie wszystkie rośliny nadają się do uzyskania efektu smacznej i wartościowej „fermentacji”, ale jest ich znacznie więcej niż krzew herbaciany.

W Rosji, do której herbata chińska (jako dar Cesarza dla Cara) dotarła w początkach XVII w, znano wcześniej podobny napój: fermentowane liście wierzbówki kiprzycy.

wierzbówka

Fot. Dominik Wojczyk

Ta rosyjska wersja „czarnej herbaty”, znana (w XIX w) w Europie jako „Koporskij czaj”,  popularność zyskała sobie jako tańsza, a dla wielu smaczniejsza alternatywa dla herbaty chińskiej. Więcej o tym na blogu Herbiness.

 

Nasi przodkowie także mieli swoje ulubione napoje z przetworzonych liści, między innymi poziomek, malin, jeżyny, dzikiej róży..

Sposób pozyskiwania fermentowanej herbaty z wierzbówki kiprzycy można znależć w podanym wyżej linku do bloga Herbiness

Liście pozostałych wspomnianych i wielu innych roślin da się poddawać podobnej obróbce. Starszą nieco od tej „w słoju” i bardziej tradycyjną metodą jest:

 „Herbatka zimowa”

czyli

fermentowanie liści w wilgotnym płótnie:

Młode liście  malin, jeżyn i poziomek zbieramy w proporcji mniej więcej 1 : 1 : 1. Można je umyć pod bieżąca wodą, zachowanie idealnej suchości nie jest tu konieczne. Przy zbiorze należy bardzo uważać by na liściach nie było śladów po owadach (jajeczka, oprzędy) albo ślimakach!!!

Następnie pozwalamy liściom nieco „podwiędnąć”. Rozsypujemy je w 2 – 3 warstwach na sicie lub w tekturowym pudle i pozostawiamy. Zależnie od temperatury więdnięcie potrwa 2 do 5 godz.

Kolejnym krokiem jest rolowanie/ zgniecenie liści. Optymalnie jest rolować je dłońmi, ale jeżeli mamy bardzo dużą porcję, albo jeżynę wyraźnie już kłującą, można włożyć je pomiędzy warstwy płótna i lekko pognieść wałkiem. Musi to być jednak delikatny nacisk – liście nie powinny być zmiażdżone, a jedynie „puszczające sok”.

Tak przygotowane liście rozsypujemy na czystym płótnie niezbyt grubą, najwyżej podwójną warstwą i lekko skrapiamy wodą. Nie maja być mokre tylko zwilżone! Ja wykorzystuję do tego celu zraszacz do kwiatów.

Następnie zawijamy wszystko wraz z płótnem trochę jak  naleśnik lub krokiecik: boki zawijamy do środka i rolujemy całość dość luźno, ale szczelnie. Spryskujemy też powierzchnię płótna, by było wilgotne, podobnie jak wcześniej liście. Odkładamy w spokojne i raczej ciepłe (ale nie gorące!) miejsce.

Taki pakiecik pozostawiamy na 3 do 5 dni.  Czas trwania procesu zmian liści zależy od temperatury (im cieplej tym szybciej) oraz wilgotności. Przez cały czas trzeba pilnować, by płótno było lekko wilgotne! 

 Do zawiniętych liści warto zajrzeć  po 3 dniach – zwykle już po tym czasie są wyraźnie zmienione, zbrązowiałe i zaczynają słodko pachnieć zapachem zbliżonym do róży. To znak, ze proces można zakończyć. Jeżeli jednak są wciąż raczej zielone i robią wrażenie tylko przywiędłych, pozostawiamy je nadal w wilgotnym płótnie. Najpóźniej  po 5 dniach fermentowanie kończymy.

Rozwijamy wówczas „pakunek” i suszymy liście, najlepiej w podwyższonej temperaturze. Bardzo dobrze sprawdzają się tu suszarki, chociaż nasze babcie kładły taką porcję po prostu na ciepłym piecu…. (osłoniętą od kurzu suchą ściereczką).

Zalecana przy obróbce innych herbat temperatura 100 stopni jest jak najbardziej wskazana i jeżeli mamy taką możliwość, najlepiej tak właśnie przefermentowane liście wysuszyć!

Przechowujemy je w szczelnych pudełkach lub szklanych pojemnikach.

Wyraźny podczas fermentowania, przyjemny, często kwiatowy zapach znika przy suszeniu. Bez obaw, zaparzenie herbaty uwolni go znowu!

Uwaga!!!

Do konserwowania tą metodą nie nadają się liście o wysokiej zawartości garbników, tanin i innych substancji gorzkich!  

Podany tu sposób jest metodą „chałupniczą” i nie nadaje się do stosowania przy przetwarzaniu roślin leczniczych! 

Życzę wszystkim smacznych i udanych eksperymentów herbacianych

Ponieważ proces jest nieco zapomniany, zaś zaleceń w tym temacie niewiele, pozwolę sobie podkreślić, że wszelkie eksperymenty w tym kierunku podejmujemy na własną rękę – i ryzyko! Ryzykujemy wprawdzie tylko tym, ze zamiast smacznej, pachnącej herbatki uzyskamy nie nadający się do spożycia wyrób o podejrzanym wyglądzie i/ lub zapachu, tym niemniej jest to jakieś tam „ryzyko” i trzeba je wziąć pod uwagę…

Przy czym nie zrażajmy się absolutnie ewentualnym niepowodzeniem – jak wiadomo, praktyka czyni mistrza!

Reklamy

Kalendarium 2015 cz. I

Kolejny sezon się zapełnia

003

Ustalone są już terminy cyklu zielarskiego w Dobrym Miejscu 

10259818_616385688449991_1956885314612563980_n

Dobre Miejsce Alfredówka

„Wiosna czarodziejka” 2014 – fot. archiwum

Kontakt, informacje, zgłoszenia: Dobre Miejsce

***

Terminy wiosenne w

 Szkole  Wrażliwości Kapkazy:

 * 17 – 19 kwiecień

* 1 -3  maj

* 29 – 31 maj

616111_363838223710208_1228280734_o

Magiczny świat Szkoły Wrażliwości 

fot = facebook

Kontakt, informacje, zgłoszenia: Kapkazy Szkoła Wrażliwości

albo 

Zielicha

***

 

23 i 24 maja planowane spotkanie z odtwórcami w

Ogrodzieńcu

DSC00101

***

W początkach czerwca , na pewno 6.06, będę na

Zlocie zielarskim w Puszczy Goleniowskiej

z warsztatem otwartym przy ognisku wraz z Kasią Miłochną z Miejskiej Kniei oraz własnym

„Spotkaniem z magią ziół”

(16,30 – 18,00)  dla kilkuosobowej grupy.

Cdn

Impresja z brzozą w tle

Brzozowo, o brzozie i na temat brzozy napisano już wiele, ja sama zresztą także.

Ale brzoza należy do tych drzew – ziół, o których da się w nieskończoność i jakoś temat wyczerpać się nie chce…  Jest obecna wszędzie, charakterystyczna i zarazem pospolita tak bardzo, że prawie niedostrzegana.

I, jak to często bywa, oraz jak słusznie na innych blogach już podkreślono – jeżeli coś jest aż tak dostępne, łatwo zapominamy, że tak bardzo jest cenne!

Zaproponowana na luty zabawa

„Cała Polska widzi brzozę”

staje się dobrym pretekstem, by przypomnieć sobie, u progu nadchodzącego przedwiośnia, o tej cennej i wszechstronnie szczodrej roślinie.

Brzoza osłania, chroni, opiekuje się. Nadaje się do wspomagania zdrowia, oczyszczania, leczenia, rekultywacji gruntów, doładowywania energetycznego… Od prawieków była bezcennym surowcem użytkowym.

Drewno, wysoko kaloryczne,   dawało i daje przytulne ciepło w domach (chatach, ziemiankach).

Kora – surowiec na pojemniki, kubki, miski, a także opatrunki usztywniające.

Giętkie gałązki służyły (i służą) jako miotły, surowiec do wyplatania ozdobnych koszy i przedmiotów domowych, ale mogą być też składnikiem wartościowej herbatki. 

Wartości brzozy nie sposób przecenić, zatem uczmy się ją kochać i używać jej cennych surowców!

Pączki, liście, brzozowy sok czyli oskoła…  O tym wszystkim już w różnych miejscach wspomniano, często niejednokrotnie. Jeszcze innymi, o których trochę mniej jest informacji, są brzozowe bazie, czyli kwiaty, żywica i łyko.

Brzozowe bazie, podobnie jak blisko spokrewnionych z nią olszy i leszczyny, są jadalne. Nadają się na przyjemne w smaku, witalizujące herbatki. 

Uwaga! Spora zawartość pyłku powoduje, że moga być alergenem,

zatem najpierw trzeba sprawdzić jak reagujemy na ten surowiec. 

fsdfwerwefc

źródło – internet

Brzozowa żywica, podobna w składzie do oskoły, była od wielu wieków i w wielu rejonach używana jako guma do żucia. Dająca, poza miłym, żywicznym posmakiem, efekt oczyszczania dziąseł i jamy ustnej.  Oprócz wspomnianych w linku znalezisk takie zastosowanie brzozowej żywicy potwierdzają tradycje indiańskie.

Łyko było i jest surowcem wielorakiego zastosowania, od spożywczych po… wyrób butów. Łapcie z łyka lub łyka i skóry były najbardziej rozpowszechnionym rodzajem obuwia codziennego we wschodniej Europie. Jeszcze w XIX i XX w w niektórych wsiach spotykało się takie buty. Własnego wyrobu, tanie i na tyle trwałe, że opłacało się je wyplatać. Dziś łyko wraca do łask jako surowiec do wyplatnia, nie tyle już butów, co innych drobnych przedmiotów użytkowych. Jestem szczęśliwą posiadaczką pięknej pochwy na nóż z brzozowego łyka, otrzymanej od przyjaciół, dla których prowadziłam pogadankę o ziołach podczas VI Konwentu Survival „Back in Time” 2014.

10517424_10205003144783397_5278275064947281684_o

Kaletka z pasków brzozowego łyka- wyrób: Cyprian Świątek

No i wreszcie – jest brzoza rośliną magiczną.

O jej potencjale energetycznym, bardzo człowiekowi przyjaznym mówi się sporo i nie bez przyczyny. Przytulanie się bo brzóz, siedzenie pod nimi, powoduje wyciszanie i rozpraszanie lęków i stresu. Tak proste, a tak bardzo cenne w dzisiejszej, napędzanej pospiechem rzeczywistości…

Celtowie, Słowianie, ludy nordyckie, uważali brzozę za symbol opieki i macierzyństwa. To jej przypisana jest jedna z run nordyckiego Starego Futharku

 Berkannan 

berkano6

Ze strony „Magia run”

Tym samym jest symboliczną formą wyrażenia Bogini – Matki, opiekunki i rodzicielki.

Nordycka Frigg, słowiańska Makosz, germańska Nerthus to imiona, których pamięć zachowała się do dziś. Celtycka Danu/ Anu/ Dana, związana z kultem wody równiez była łączona z brzozą – drzewem w horoskopie Celtów wyjątkowym…

Podobnie jak grecka Afrodyta/ rzymska Wenus, mniej nieco „macierzyńskie”, ale kobiece – z pewnością!

Brzoza jest jedną z pierwszych w długim korowodzie roślin użytkowych w każdym kolejnym sezonie zielarskim.

Czy na co dzień?

003Jak to nierzadko bywa, temat wpisu nieco się zmienił w stosunku do wstępnego planu…

Pisałam o suszeniu roślin, kolejne powinny być teoretycznie inne sposoby ich konserwacji. Tymczasem z różnych stron i źródeł (i różnymi drogami ) przypomniało o sobie pytanie na tyle częste, iż uznałam je za warte rozważenia….

Otóż wielokrotnie słyszę, czytam, spotykam sie z zapytaniem:

Jak często można pić zioła?

Czy można codziennie?  Ile, jeżeli tak? 

Czy robić przerwy? Ewentualnie – kiedy i jakie?

Cóż – jak na wiele innych pytań związanych z ziołami, na te również nie ma jednoznacznej ani kompleksowej odpowiedzi, ponieważ zależy ona od definicji słowa „zioła” oraz celu, w jakim chcemy ich używać. Postaram się jednak rozważyć ten temat – i podsunąć kilka prostych wskazówek do własnego wykorzystania.

Na początek może słów kilka o historii – oraz  semantyce. Otóż lat temu… kilkaset w Europie, jak wszędzie na świecie, piło się różne napoje. To raczej oczywiste.  Europejskimi napojami codziennymi, poza bardzo popularnym piwem, w niektórych regionach winem, wodą oraz sokami, były „herby” – czyli napary z roślin, oczywiście  rodzimych: mięty, lipy, maliny, czarnego bzu, rumianku, poziomki, macierzanki, krwawnika, pokrzywy, dziurawca, mniszka, dzikiej róży i wielu, wielu, bardzo wielu innych. Były łatwo dostępne i zbierane, a z czasem także  kupowane, właśnie w celu popijania „herbatek”. Czyli – naparów z ziół (roślin)… Jako że słowo „ziele” tłumaczy się z łaciny na „herba”

Używane dziś polskie określenie „herbata” powstało z połączenia słów „herba” oraz zapożyczonych z chińskiej wymowy „tê” lub „chá”, nazw napojów z krzewu herbacianego (agielskie „tea„); dosłownie można przetłumaczyć to jako: „ziele tê”.

Zastosowania lecznicze ziół stanowiły osobny rozdział, temat do badań, rozważań i „poznawania” dla osob specjalizujących się w tematach terapii – zielarzy, aptekarzy, wiedźm, wiedzących… lekarzy. „Lekarskie” stosowanie roślin wymagało (i nadal wymaga) nieco innego niż do codziennego użytku preparowania i dawkowania.

Nie były znane na naszym kontynencie rośliny rodzaju Camellia sinensis, Coffea L., Theobroma cacao L., Aspalathus linearis czy też wielu innych egzotycznych. Poza stosunkowo niewielką ilością gatunków przyprawowo-zapachowych,  tzw „korzeni” (imbir, kurkuma, gałka muszkatołowa, cynamon, z czasem goździki), nie znano ich. Nie używano – a już na pewno nie  na co dzień – ich liści, kwiatów ani owoców (nasion).  Zostały „odkryte” i zaczęto je spowadzać  dopiero PO fali wielkich odkryć geograficznych. W różnych latach i z różnych kontynentów. Warto też pamietać, że wszystkie one, bez wyjątku, swoją karierę w Europie zaczynały jako rośliny lecznicze, zalecane do terapii, w małych dawkach i wedle ścisłych receptur!

Rozszyfruję może tajemniczo brzmiące łacińskie nazwy:

Camellia sinensiskrzew herbaty chińskiej (rodzina Camelia, herbatowate)

Coffea L. – Kawowiec (rodzina marzanowate)

Theobroma cacao L. – kakaowiec właściwy (rodzina ślazowate)

 Aspalathus linearisczerwonokrzew, rooibos (rodzna bobowate)

Jak widać napoje, takie jak kawa, kakao, różne gatunki herbaty, uznawane dziś za podstawę codziennego użytkowania, nie są w świecie roślin wyjątkami. Również, podobnie jak te rodzime – są ziołami! I jako przybysze z dalekich stron, przez czas dłuższy za takowe były uznawane. W odróżnieniu od roślin rodzimych, których używało się „na codzień”…

 

IMG_1169

fot. Archiwum własne

Czasy sie zmieniają, obyczaje – także. Dziś napoje takie jak herbata (w bardzo różnych odmianach i gatunkach), kawa czy kakao są dla nas codziennymi towarzyszami. Poszły natomiast w zapomnienie i odstawkę rośliny rodzime. Mało tego, odwrotnie niż nasi przodkowie – w nich, a nie gatunkach egzotycznych – poszukujemy „potencjału zielarskiego”. Co w wolnym tłumaczeniu oznacza – leków… Bo tak właśnie, jako fitoterapię, nauczyliśmy się postrzegać zielarstwo! 

Dużo częściej też i z dużo wiekszą swobodą posługujemy się egzotycznymi przyprawami różnego pochodzenia i zastosowań. Dotyczy to także wielu warzyw (włoszczyzna, ziemniaki, dynie), zbóż (kukurydza, ryż), owoców (cytrusy, banany, ananasy). Po pierwsze – łatwiej obecnie je zdobyć, po drugie – przestały być fascynującą (i bardzo kosztowną!) nowinką, po trzecie zaś – podobnie jak w przypadku kawy czy herbaty – nie postrzegamy ich jako „ziół”, czyli leków…

Czy to nasze postrzeganie zmienia w jakikolwiek sposób potencjał roślin?  OTÓŻ – NIE!  One są, podobnie jak w czasach historycznych, tak samo wartościowe jako „leki”. I odwrotnie – rośliny rodzime nadal, poza potencjałem leczniczym, zachowały ten „codzienny”, można by rzec – profilaktyczny… prozdrowotny.

Jak więc odpowiedzialnie odpowiedzieć na pytania o częstotliwość, ilości i regularność „picia ziół”?

Jeżeli na co dzień i bez zbędnych wahań pijamy różne herbaty, kawy, a nawet napoje mało mające wspólnego z jakością zdrowia (gazowane, energetyki, ba, nawet wody mineralne z dodatkiem stabilizatorów), to wątpliwości w kwestii mięty, rumianku, pokrzywy, róży, lipy, lawendy, dziurawca – itd itp – stają sie zupełnie nieuzasadnione! Urozmaicenie diety o te herbatki nikomu nie przyniesie szkody, raczej pożytek.

Oczywiście należy podkreślić wyraźne rozróżnienie pomiędzy herbatką dla wzbogacenia diety (regulacji, stabilizacji, wspomagania), a terapią jako taką. Ale terapia ziołowa to proces. Złożony, określony czasem, dawkowaniem i często specyficznym preparowaniem lub obróbką konkretnych roślin… Oczywiście, są i takie, których nie używa się na codzień i lekką ręką. Ale dotyczy to roślin i surowców z każdego obszaru i klimatu – nie tylko tych rodzimych! I raczej nie należą do nich te z „listy codziennej”…

Niewiele  spośród powszechnie znanych roślin określanych jako zielarskie nie nadaje się do częstego użytkowania.  Większość, w niewielkich dawkach, jako napary, dodatki przyprawowe, smakowe, urozmaicające posiłki –  są po prostu pożyteczne.

Najwięcej obaw i oporów w stosunku do dzikich roślin rodzimych wynika z braku wiedzy, traktowania ich wyłącznie jako „leków” oraz po prostu… zapomnienia.  Jeszcze niespełna sto lat temu mięta, maliny, lipa, rumianek (i znowu – lista jest długa) były stałym elementem codzienności. Jako napoje, jako przyprawy, składniki potraw… Nikogo to nie dziwiło – i nie przerażało! Nikt też nie miał wątpliwości czy to jest bezpieczne…


10259818_616385688449991_1956885314612563980_n

 fot. – warsztaty w „Dobrym Miejscu”

Reasumując

Nie próbujmy sami i według zaleceń z prasy, internetu czy telewizji stosować ziół leczniczo. Nie ma to wielkiego sensu – i realnie może zaszkodzić. Ale nie przesadzajmy też w drugą stronę. Jest bardzo wiele roślin, których częste, a nawet codzienne stosowanie, wyjdzie na pożytek nam samym i naszym rodzinom. Warto kierować się tu własnym gustem, smakiem, preferencjami, potrzebami organizmu i po prostu zdrowym rozsądkiem. Jeżeli mamy obawy przed zbyt długim stosowaniem tych samych naparów – zmieniajmy je! Mniej szkody przyniesie codzienna herbatka ziołowa niż kilka razy dziennie pita kawa, mocna herbata lub kupne napoje!

Zdrowia życząc wszystkim, zachęcam do prób. Warto!