Owocobranie cz. II

Jutro Przesilenie, początek astronomicznej Zimy –

i świętowane na wiele sposobów odrodzenie słońca.

Zatem ostatni to wpis „jesienny”… w tym roku.

CD

Rokitnik_zwyczajny_owoce_jesien3

fot. Internet

  • Rokitnik

Owoce tej jakże cennej rośliny na wiele lat zupełnie zniknęły z naszej kuchni (i apteczki), chociaż pamięta się o nich na wschodzie, w tym za naszą wschodnią granicą. Dziko rosnący rokitnik nie występuje na całym obszarze kraju, głównie na wschodzie właśnie i na północy. Bywa natomiast sadzony jako roślina ozdobna. W wielu regionach (np w Pieninach) dziczeje i można go znależć także poza uprawami. Jeszcze niedawno dziko rosnący był pod całkowitą ochroną, obecnie zmieniono to na częściową.

Rokitnik jest rośliną dwupienną, co oznacza, że owoce wydaje tylko jego żeńska wersja, w obecności męskiej (co umożliwia zapylenie). Jeżeli chcemy go uprawiać, trzeba wziąć to pod uwagę.

Jako bliski krewny oliwki, dostarcza bardzo wartościowego oleju, nie tylko do celów kulinarnych. Olej rokitnikowy jest olejem spożywczym, ale też bardzo cennym suplementem (lub lekiem) o unikalnym składzie. A także – kosmetykiem lub składnikiem kosmetyków. 

Owoce rokitnika mogą pozostawać na krzewach aż do wiosny (o ile nie zjedzą ich ptaki) i na ogół utrzymują sporą część swojej wartości. Jest jednym z nielicznych owoców, które nie tracą zawartej w nich witaminy C i to ani pod wpływem dłutrwałych mrozów (do wiosny), ani wysokich temperatur podczas przetwarzania. Owoce rokitnika zawierają też sporo pektyn, dzięki czemu doskonale nadaje się na galaretki i dżemy. W gruncie rzeczy nadają się do wszelkich wyrobów, zaś ich łagodny i lekko kwaskowaty smak powoduje, że mogą być także wytrawne.

Praktycznym utrudnieniem w użyciu rokitnika jest trudność zbioru owoców. Krzew jest mocno kolczasty, zaś rokitnikowe kuleczki dość miękkie i nieco opornie dają się odrywać od gałązek. Trzeba się z tym liczyć…

Bogactwo zastosowań owoców rokitnika: kulinarnych, kosmetycznych, prozdrowotnych i leczniczych jest, jak wspomniałam na wstępie, tradycyjnie znane i „od zawsze” doceniane na wschodzie. Jest tam zresztą znacznie bardziej dostępny. Zachęcam zatem do poszukiwań źródeł i przepisów u naszych wschodnich sąsiadów.

sliwa-tar_0221

fot. użyczona

  • Tarnina

Tarnina jest dziką śliwą, co zresztą dość łatwo poznać po wyglądzie owoców. Gorzej nieco ze smakiem, chociaż przy dobrych chęciach można go uznać za „śliwkowy”, tyle, że praktycznie pozbawiony słodyczy. Tarniny sa kwaśne i cierpkie, nawet zupełnie dojrzałe i po przemrożeniu.

Dojrzewają zresztą, jako się rzekło, bardzo późno, nie wcześniej niż w październiku. Najlepszy czas zbioru to okres, kiedy są już dojrzałe, ale jeszcze jędrne. Jak wszystkie śliwy bowiem tarnina ma sporą pestkę, którą należy usunąć, szczególnie jeżeli zamierzamy zrobić nalewkę.

Z punktu widzenia wartości leczniczej za bardziej przydatne uważa się kwiaty tego krzewu. Owoce, mające działanie lekko przeciwbiegunkowe, przeciwzapalne i ściągające, stosuje się rzadzej i raczej w mieszankach, w postaci suszonej.

Kulinarnie tarnina nadaje się do przerobu w takim samym zakresie jak śliwki, trzeba tylko liczyć się z jej naprawdę wyrazistym smakiem, nie dla każdego do zaakceptowania w postaci „czystej”. Często zatem tarninę wykorzystuje się raczej jako dodatek, niż surowiec bazowy.

Jeżeli chcemy pokusić się o wyroby z samej tarniny konieczne jest ich posłodzenie, wyraźnie mocniejsze niż w przypadku innych odmian śliwek. Nawet powidła, robione zwykle bez dodatku cukru, w przypadku tarniny muszą być dosładzane!

Bardzo wartościowa jest natomiast tarnina jako smakowy dodatek do innych późnojesiennych wyrobów. Mozna ją łączyć w kompozycje z np mało wyrazistymi w smaku owocami głogu i łagodnymi owocami uprawnymi, jak słodkie jabłka, dynia albo cukinie lub kabaczki.

Ciekawy efekt daje wytrawna nalewka tarninowa, słodzona minimalnie, bardziej dla podkreślenia innych odcieni smakowych!

Krzewinki

Jesienne owoce to również niepozorne, kojarzone raczej z letnimi zbiorami czarnych jagód, krzewinki. Rośliny lasów raczej niż pól lub łąk, oraz terenów podmakających.

1024px-Vaccinium_vitis-idaea_20060824_003

fot. z Wikipedii

  • Borówka brusznica

Borówki czerwone, w niektórych regionach znane jako brusznice lub gogodze, są w naszych regionach niewiele mniej rozpowszechnione niż te czarne. Zapomina się jednak o wartości ich owoców…

Brusznica ma smak lekko mączysty, przypominający tym owoce głogu. Jej cierpkawe owoce dojrzewają bardzo często dwukrotnie w ciągu roku. Pierwszy zbiór przypada w okresie podobnym do borówki czarnej, po czym ponownie zakwita i owocuje w pażdzierniku. Dlatego można ją zaliczyć do owoców jesiennych. Łodygi i liście brusznicy są zimozielone. W wielu regionach kraju, na równi z barwinkiem i bukszpanem, wykorzystuje się je do dekoracji koszyczków wielkanocnych. Wartość liści i ziela jako rośliny zielarskiej najwyższa jest wiosną. Owoców – późnym latem i jesienią. 

Owoce i ulistnione łodyżki brusznicy mają mocniejsze niż czarna jagoda działanie regulujące na jelita, w tym jelito grube. Zatem owoce tej krzewinki w kulinarnych zastosowaniach doskonale nadają się jako dodatek do potraw mięsnych i tłustych. Tak też przez wieki były wykorzystywane.

To brusznica właśnie, a nie używana dziś zastępczo galaretka z porzeczek ani nawet żurawiny, była bazowym składnikiem sosu Cumberland, używanego do dziczyzny. I nie tylko do niego…

zurawina

fot. z Wikipedii

  • Żurawina

Owoców żurawiny nie trzeba, jak sadzę, przedstawiać ani przypominać. Zyskały sobie stałą, w pełni zasłużoną pozycję w kulinarnym i zdrowotnym wykorzystaniu owoców. Mniej znany jest fakt, że także liście tej krzewinki działają regulująco, oczyszczająco i bakteriobójczo na drogi moczowe.

Liście jednak, jak to liście, mimo iż zimozielone, zbiera się wiosną. Późna jesień, a często i zima, to czas owoców żurawiny…

Krzewinki tej rośliny z wyglądu dałoby się pomylić z czerwoną borówką – obie są zimozielone, jak już wspomniałam i mają kuliste, czerwone owoce. Różnią je zasadniczo obszary występowania: borówka lubi tereny suche i piszczyste, żurawina, jak da się wnioskować z nazwy (błotna), jest typową rośliną mokradeł i terenów bagnistych. No i w żaden sposób nie da się pomylić smaku! Żurawina jest po prostu kwaśna, ten smak dominuje w niej zdecydowanie. Zarówno właśnie ciekawy smak jak i szeroki zakres użytkowy są z pewnością powodem popularności żurawiny. Wyrabiać można z niej wszystko, od soku, win, dżemów,galaretek i kisielu po wytrawne dodatki do mięs i ryb. 

Warto może wspomnieć, że coraz częściej można spotkać się z uprawami żurawiny wielkoowocowej, rośliny dziko rosnącej w Ameryce Północnej. Sprowadzona została ze względu na łatwość uprawy właśnie i owoce wyraźnie większe niż rodzima żurawina błotna. To z niej produkuje się ogromną wiekszość żurawinowych wyrobów dostępnych w sprzedaży. Zakres działania i sposoby przetwarzania są dla obu gatunków identyczne.

Nasiona i inne

400_300_fototapeta_galeria-flash_jesiennie---zoledzie-wsrod-lisci-papierowe_200544

fot. internet

Jesienne, późnojesienne i zimowe pożytki to nie tylko owoce mniej lub bardziej miękkie i soczyste. To również, na przykład, owoce jałowca i jemioły, których zbiór przypada właśnie zimą. Te drugie (jemioła) wyłącznie do zastosowań leczniczych!!!

No i rzecz jasna nasiona – wszelkie orzechy, żołędzie, kasztany: jadalne lub zwane kasztanami nasiona kasztanowca zwyczajnego (na kosmetyki), mak, zboża…. i wiele innych.

Późnych pożytków zielarskich jest w naszej florze jak widzać sporo. Jeżeli dodać do tego wszystkie mniej lub bardziej egzotyczne, od migdałów, winogron (rodzynek)  i fig po ananasy lub mango – lista robi się bogata!

I właśnie owo bogactwo, różnorodność i szczodrość Natury po raz kolejny chciałam podkreślić

 w tym ostatnim tej jesieni wpisie!

Jako uzupełnienie link do artykułu już niegdyś przeze mnie napisanego: „Owoce bez konserwantów”, (ze strony Natmed)

Reklamy

Sosnowe szaleństwa czyli cuda wyobraźni

O roli i wadze wyobraźni w codziennym stosowaniu roślin zamierzałam napisać już nieraz.  Styczniowa akcja „Cała Polska widzi szyszki”, wspólne dywagacje na temat sosny, jodły i innych iglaków stały się świetną (chociaż nie pierwszą) okazją do rozwinięcia tego tematu.

Pomysłowość, inwencja, odwaga w eksperymentach – te cechy niezwykle przydają się w obcowaniu z Naturą i korzystaniu z jej bogactwa. Są cudownym, niezastąpionym towarzyszem w zielarskiej przygodzie. Nowe pomysły, rozwiązania, metody, dają równie wiele radości same w sobie, co ich rezultaty! Chociaż zdarza się, że efekty są zupełnie bezużyteczne… Ale to nie szkodzi! Zawsze da się „spróbować raz jeszcze”, coś zmienić, ulepszyć, zmodyfikować.  Taki proces sam w sobie jest świetną zabawą,  zaś efekty końcowe – często przerastają najśmielsze oczekiwania. Co nieco już o tym wspominałam w innych wpisach – dziś chciałabym siegnąć po przykłady.

Istotne jest to, że nie musimy znać dokładnie i na wylot danej rośliny,

by móc ją przerobić

na 1000 i 1 różnych „cudeniek”

Konsupcyjnych, kosmetycznych, przyprawowych: do wyboru do koloru!

 

Ostatnia uwaga dotyczy, rzecz jasna, wykorzystania prozdrowotnego ziół. Nie wolno pod żadnym pozorem traktować w ten sposób ich stosowania leczniczego! Nawet w przypadku leczenia niezbyt ciężkich schorzeń!!! Absolutnie nie używamy również do takich zabaw roślin trujących!!!

 

Bywa i tak, że nowatorskie i odkrywcze z naszego punktu widzenia pomysły lub przepisy są w istocie reaktywacją bardzo starych metod lub rozwiązań. W niczym nie umniejsza to ich wartości! Sięganie po naturalny potencjał rodzimej przyrody jest na tyle zaniedbane, że wręcz trzeba szukać głęboko wstecz – w historii i tradycji.

zbior sosny wersja X w

Zbiór wiosennych pędów sosnowych w wersji „średniowiecznej” 

Tak stare, że stało się nowe – to bardzo częste zjawisko w każdym w zasadzie aspekcie wiedzy zielarskiej.

Nikt z pewnością nie jest w stanie wymyślić wszystkich możliwych zastosowań, ani dla jednej rośliny, ani nawet tylko jednej jej części. Wspólnymi siłami natomiast da się stwarzać przebogatą, zróżnicowaną ofertę, „bazę pomysłów”. Do wykorzystania w postaci gotowej – albo jako inspirację dla kolejnych prób i zabaw… Do czego szczerze zachęcam, podsuwając garść pomysłów, zgodnie z tytułową inspiracją – sosnowych i „leśnych”

Szyszki i nie tylko…

Leśne inspiracje – kosmetyczne

Sosnowe wariacje – smakowite na słodko, smakowite na słono

Zabawa „na całego”

Maść – prastare, a nowe…

To zaledwie kilka sugestii!

Dodatkowo zaś:

 

„Maść choinkowa” wedle nieco bardziej historycznej receptury:

15 dkg smalcu/ łoju; ok. 1 łyżki żywicy świerkowej; 10 szczytowych gałązek świerku ( z pączkami) ok 10 cm każda; garść igieł sosnowych

Wykonanie – identycznie jak w  jak w opisie współczesnym: tłuszcz roztopić, podgrzać w nim żywicę – do rozpuszczenia oraz gałązki/ igły – do etapu odbarwienia; odcedzić, zastudzić. Maść uzyskuje delikatny żywiczny zapach i lekko zielonkawe zabarwienie…

fot maść świeca

Maść choinkowa na bazie łoju w „otulinie” sosnowych igiełek

Zapachy  – w rozważaniach „leśnych”, szczególnie zimowych, nie może zabraknąć zapachu! O kadzeniu i pomysłach na nie bedzie jeszcze nieraz – z pewnością nie tylko na moim blogu.

Jak widać powyżej, uzyskanie ciekawych efektów nie jest skomplikowane.  Wystarczy „opatulenie” gałązkami iglaków pojemniczka na świecę. Bardziej to wprawdzie efekt wizualny niż zapachowy (zapach jest bardzo nikły), jednak uroczy.

Ale i to nie wszystko…

Dla sporządzenia kadzidła zazwyczaj niezbędne są specyficzne składniki, urzadzenia (kadzielniczka), określone działania…  Nieodłącznym elementem kadzenia jest zawsze dym – czasem niepożądany. Różne zioła, w tym jodłę i jałowiec, można wykorzystać do klasycznego kadzenia – ale nie tylko!

Kompozycja zapachu z jałowcem i jodłą

Potrzebne bedą:

płaski garnek 2 – 4 l ; garść soli (najlepiej morskiej); kilkanaście szyszkojagód jałowca; 1 – 2 gałązki tegoż; igliwie (ok. 2 szklanki) lub 3 – 4 małe gałązki jodły; woda – 2/3 garnka

Do garnka wlewamy wodę, wrzucamy wszystkie wonne dodatki – jagody jałowca dobrze jest pognieść  – sól i gotujemy mniej wiecej 10 min od zawrzenia wody, pod przykryciem. Zapach unoszący sie z odkrytego garnka rozpłynie się po całym pomieszczeniu, dając cudowny efekt inhalacji, oczyszczenia i subtelnej woni lasu! Można taki „inhalator” pozostawić, zeby powoli stygł – para bedzie unosić się z niego jeszcze długo, nawet jeżeli temperatura wyraźnie spadnie…

Jeżeli chcemy mieć efekt zapachowy dłużej, można wykorzystać podgrzewany dzbanuszek (jak do grzańców) lub czajniczek na herbatki. Dopasowujemy wówczas oczywiście ilość odwaru do pojemności naczynia…

 

Serdecznie zachęcam do wielu różnych eksperymentów, prób,  szukania rozwiazań – tych bardzo starych lub bardzo nowych, łączenia ich ze sobą, słowem: niepowtarzalnych „spotkań z Naturą” w zabawie!