III Zlot Zielarski – Sokolec 2016

logo zlotu

III Zlot Zielarski – Sokolec 2016

Kolejny Zlot Zielarski za nami i nie mogę oprzeć się z wrażeniu,

że każdy kolejny porusza coraz wrażliwsze struny i obszary.

Cokolwiek bym nie napisała – nie opiszę ani nie oddam tego bogactwa,

w jakie zanurzyłam się przez ten, pozornie krótki, czas…

Bogactwa ludzi, zdarzeń, przeżyć!

Powtórzę może po prostu swoje wcześniejsze podziękowania:

Kochani!

Nie da się wyrazić żadnym słowem w żadnym języku tego ogromu i mocy:

piękna, radości, spontaniczności, życzliwości, ufności i wzajemnego

dopełniania się,

jakie dane było nam wszystkim podczas zlotowych dni!

Czarodziejko Inez,

dziękuję za ten cudowny i coraz cudowniejszy pomysł!

(tylko Ciebie wymieniam z imienia, bo ani miejsca ani pamięci mi nie wystarczy na spisanie wszystkich).

Ale chcę po prostu powiedzieć: DZIĘKUJĘ!!!!

Wszystkim i za wszystko!

Góry Sowie - Agnieszka Jeske

Fot. Agnieszka Jeske

Góry Sowie, nie tak groźne i majestatyczne jak Tatry, nie tak rozłożyste jak Bieszczady, mniej skaliste i strome niż Pieniny i Gorce – swoim niezrównanym klimatem zauroczyły mnie. Pozwoliły doświadczyć nagłych załamań pogody, płynących mgieł, obecności owiec… zaś skrzaty, Elfy i Koboldy miały pole do popisu w ich urokliwej ciszy…

Góry Sowie K.Kalemba

Fot. Krzysztof Kalemba

Pierwsze to było moje spotkanie zielarskie, gdzie swoją uwagę, kierowaną na rośliny, mogłam poświęcić niemal w całości na ich omawianiu przez innych i widzeniu innymi oczyma! Dane mi było przeżywać z Wami pasje i zaangażowanie, odszukiwanie nazw roślin, ich wyglądu i występowania; smakować i podziwiać smakołyki, napoje, maceraty, octy, mydła i kremy, fermentacje takie i inne, destylacje, zastosowania na 1000 i 1 sposobów!

Mogłam brać udział w podróżach dalekich i bliskich, słuchać cudownych wykładów, dotykać wraz z wieloma sercami tematów lekkich jak piórko i stawiających spore wyzwania! Dane mi było też doświadczyć Waszego udziału w mojej własnej, nie tylko roślinnej „bajce” – i cudownej reakcji na nią! Spotkać się z ludźmi, żyjącymi podobną do mej własnej pasją, doświadczać ciszy, opowieści, harmonii, dynamiki i spokoju…

CUDu Życia…

Dziękuję to dużo za mało –

ale nie wiem jak inaczej

ten ogrom wdzięczności wyrazić!

Własnych fotek nie mam, bo nie robiłam, pozwolę sobie zatem zamieścić dla pamięci kilka użyczonych obrazów. Ich autorom – także bardzo dziękuję!

Inez - Tusia Jałowiecka

Fot. Tusia Jałowiecka

13334298_1123552181027559_2135210683_o

Fot. Jacek Damaziak

grupowe

Razem, chociaż nie w komplecie…

Fot….. (autor proszony o przypomnienie się)

Kilka kadrów z moich spotkań z Wami

Opowieści o runach – i ruchu

13321045_1123552137694230_524018907_o

Fot. Jacek Damaziak

słowo o runach J.Piotrowski

Fot. Jerzy Piotrowski

Czarowanie żadanic

czarowanie żadanic - J.Piotrowski

Fot. Jerzy Piotrowski

P5289240

Motanka/ żadanica otrzymana w prezencie tuż przed Zlotem

od Asi Bednarz z Natule

fot. Mariusz Szczypciak

O Kadzidłach i kadzeniu

fot. Dorota Sowa

Fot. Dorota Sowa

Medytacja „zielska”

Władysław Podkowiński W ogrodzie

Nikt jej nie uwieczniał fotograficznie,

pozwalam sobie zilustrować obrazem

„W ogrodzie” W. Podkowińskiego

Dziękuję, Przyjaciele!!!

Wiodące zdjęcie wpisu: Dorota Natura Życia

Wiosennie raz jeszcze

Na początek wypada chyba przeprosić za kolejne „powtórki’!

 Z nadzieją, że komuś jednak przydatne…. 

***

Jak co roku w podobnym mniej więcej czasie „na scenę”

wkroczyła wiosna!

Wraz z nią zaś początek naszego szerokiego użytkowania darów Natury,

mniej lub bardziej ujarzmionej.

Tę „oswojoną”, ogrodową, sadowniczą i polną w większości znamy

i wiemy jak z jej zasobów korzystać.

A co z dziką częścią roślinnego świata?

Dla wielu nadal tajemniczą i nieznaną?

Dla chcących ją zgłębiać pozwolę sobie zamieścić kilka sugestii…

Rozpoczynanie przygody z dzikimi roślinami bardzo ułatwi wszystkim trening dwóch umiejętności:

uważności i cierpliwości.

Ta pierwsza, czyli uważność, niezbędna jest by zacząć dostrzegać. Patrzeć tak, by widzieć. W tym, co zwykle jest dla nas tylko mniej lub bardziej zielonym (lub kolorowym) tłem, zauważyć różnorodność form, barw, faktur, ich wzajemne przenikanie. Innymi słowy – bogactwo Natury i jego poszczególne skarby.

Ten etap jest w zasadzie prosty. O ile tylko mamy wolę i chęć, by patrząc – widzieć, bardzo szybko opanujemy tę umiejętność. Wystarczy czasem nawet jeden, a z pewnością kilka spacerów w jakikolwiek zielony teren. Może być nawet trawnik przed blokiem wielkiego miasta!

No ale… jak to zrobić?

Wyjdź przed dom: na trawnik/ do parku/ na łąkę, pole, do lasu – gdziekolwiek.

Zatrzymaj się w miejscu, gdzie wkoło ciebie jest „zielono” i….

po prostu patrz!

DSCF1414

Fot. Ewa Ślęczek – Bodzentyn

Zobacz różnorodność i bogactwo. Przyjrzyj się uważnie, spostrzegaj różne kształty, kolory, odcienie i ich wzajemne relacje. Nie tylko pod nogami, także wokół siebie i ponad głową – krzewy i drzewa to też cenne rośliny! Jeżeli takich „spacerów uważności” zaplanujesz więcej, z kolejnych dniach zobaczysz także zmiany – często bardzo subtelne.

Dla niepewnych siebie lub chcących potrenować – przydatne może być ćwiczenie,

które opisywałam TUTAJ.

Na takim, początkowym etapie, nie musimy nawet wiedzieć CO widzimy,

nie ma potrzeby nazywania ani dokładnej klasyfikacji roślin.

Najważniejszym zadaniem na początek

jest dostrzec, że SĄ!

Świat roślin warto poznawać nie tylko wzrokiem. Dotykaj, powąchaj.. Tylko ze smakowaniem trzeba się wstrzymać do momentu, kiedy już wiemy „co jest czym”! I tu wkracza na scenę druga umiejętność zielarza – praktyka, z własnego doświadczenia wiem, że dużo trudniejsza do opanowania – cierpliwość!

Cierpliwości tak prawdę mówiąc „nauczyć się” nie da. Ale… da się ją wytrenować. Zresztą sama Natura zadba o to, byśmy tę cierpliwość posiedli! Żadne poganianie z naszej strony nie zmusi naturalnego cyklu do zmian – pozostaje jedynie przystosować się do nich!

Jak już wspominałam kiedyś, nasz brak cierpliwości szkodliwy i męczący jest jedynie dla nas samych. Jego owocami są: stres, emocjonalna presja, często – nieprzemyślane, mylne lub niepotrzebne zbiory….

Naprawdę – nie warto się niecierpliwić!

Kolejny cenny sprzymierzeniec w zbiorach roślin to brak oczekiwań. Nawet jeżeli mamy pomysł co chcemy odnaleźć i zebrać – nie przywiązujmy się do tych planów. Pozwólmy sobie (i Naturze) na improwizację, niespodzianki, a nawet brak zbiorów. Każda wyprawa w świat roślin dostarczy nam skarbów – nawet taka, z której wrócimy z pustymi rękami. Co, mówiąc nawiasem, zdarza się bardzo rzadko! Jeżeli uczymy się poznawać rośliny, warto mieć pod ręką aparat fotograficzny (albo szkicownik!) i uwieczniać okazy na miejscu, tam, gdzie rosną. Zarówno nam samym jak i innym łatwiej będzie klasyfikować gatunki widziane „w Naturze” niż zerwane i pokazane osobno. Przy okazji unikniemy niepotrzebnego niszczenia…

gwiazdnica

Gwiazdnica w „towarzystwie”

Z kolei dla wszystkich mających już za sobą doświadczenia „zielarskie”

mała podpowiedź…

Przygotowując się do kolejnego sezonu obfitości w Naturze warto zrobić mały (albo i większy) remanent. Sprawdzić czego z potrzebnych w codzienności surowców mamy nadmiar, czego pozostało „akurat w sam raz”, czego zaś zabrakło? Łatwiej będzie dopasować plany na kolejny rok do własnych potrzeb.

Z pewnością też w nowym sezonie pojawią się nowinki jeszcze nam nie znane, albo takie, których nie poznaliśmy dokładniej. To żelazna reguła, nawet po latach pracy z roślinami! Liczmy się z tym, planując zbiory, maceraty, wyroby, przetwory, itp. Nie jest trudno ulec pokusie „wszystko ze wszystkiego”, szybko zaś okazuje się, że połowa albo i więcej się nam dubluje! Albo zwyczajnie nia mamy co zrobić z przygotowanymi zapasami… Piszę to oczywiście dla osób, które swoje zbiory przeznaczają dla siebie i bliskich.

Bywa czasem tak, że znajdujemy wyjątkowo bogate stanowisko rośliny, którą znamy i cenimy.

Jak chociażby łąka pełna kwiatów mniszka

P1210227

Nie ulegajmy złudzeniu,

że jeżeli nie zbierzemy (i nie przerobimy) ich wszystkich,

to one się „zmarnują”!

W Naturze nic się nie marnuje, nie ma takiej możliwości! Nie jesteśmy jedynymi użytkownikami tego bogactwa. Rośliny rosną, kwitną i owocują, podobnie jak zwierzeta żyją własnym rytmem, niezależnie od tego, czy ludzie są w pobliżu, czy ich nie ma. Ba, z punktu widzenia naturalnego cyklu, obecność czlowieka często bywa niszcząca. O czym wszyscy doskonale wiemy – nie trzeba byłoby dziś tworzyć obszarów chronionych ani otaczać ochroną kolejnych gatunków, gdybyśmy umieli szanować Naturę od wieków.

Z drugiej strony – Życie jest zmianą, cyklem. Upieranie się by wszystko pozostawało stale w stanie niezmienionym jest równie utopijne jak na przykład oczekiwanie, że wiosenne kwiaty będą kwitły aż do zimy… Albo, że nasze dzieci nie dorosną. Albo że…. (można tak długo!).

Wracając jednak do praktyki – zbierajmy (mniej więcej) tyle, ile nam realnie potrzeba. I bądźmy świadomi, iż ten cudowny Świat wokół nas jest bogaty, zmienny i pelen możliwości. Każdy surowiec możemy uzupełnić lub zastapić innym, o ile naprawdę nam na tym zależy. Przynajmniej do późnej jesieni… W miarę poznawania różnorodności i możliwości roślin zdobędziemy nie tylko cenne, wartościowe składniki naszych potraw, kosmetyków, octów, maceratów, nalewek itp.

Z każdą kolejną wyprawą po naturalne dobro odnajdziemy więcej doświadczenia, radości, spokoju i własnej satysfakcji. Nauczymy się dokładnie tego, od czego powinniśmy zaczynać: uważności i cierpliwości!

Nie tylko wobec Natury – także wobec siebie samych i otaczającego świata. Takiego, jakim jest!

20140424_164128

Łąki nowohuckie; fot. Ewa Ślęczek

Im rychlej odnajdziemy w sobie otwartość na ten,

pozamaterialny wymiar zielarskiej przygody,

tym więcej z niej skorzystamy.

Czego wszystkim bez wyjątku poszukiwaczom,

zbieraczom, wytwórcom i „zielarzom”

z całego serca życzę w kolejnej odsłonie piękna i bogactwa Natury….

W ikonie wpisu – fot. Ewy Ślęczek 

O oddechu słów kilka

Spiro, ergo sum

Oddech.

Można o nim napisać to samo, co kiedyś napisałam o roślinach:

jest taką oczywistością, że nie dostrzegamy go!

Oddychamy automatycznie i odruchowo. Zazwyczaj nie mamy nawet świadomości tego faktu!

Zarazem oddech jest potrzebą, której braku nie doświadczamy (poza ekstremalnymi sytuacjami). Zdarza się nam być głodnym, spragnionym, sennym, ale oddychamy zawsze. Ten cykl rozpoczyna się z pierwszym oddechem noworodka i trwa całe życie…

Wiem, piszę oczywistości. Ale warto je sobie przypomnieć! Gdyż oddychanie jest czynnością, której nasz organizm wprawdzie sam „pilnuje”, ale może być przez każdego z nas w pełni kontrolowany. Uważnie i świadomie…

Od wieków świadome kontrolowanie oddechu było i jest

jedną z kluczowych metod osobistego rozwoju.

Jego jakość jest równie ważna dla ciała jak i dla ducha.  Oddech jest naszym łącznikiem z ciałem, emocjami, duchowością, świadomością, Życiem. We wszystkich bez wyjątku kulturach łączony jest z ideą „Ducha”. Jest Jego wyrazem, nośnikiem, wyobrażeniem.

Jest też cudownym „barometrem” naszych emocji, a zarazem sposobem na ich rozpoznanie i regulację.

Bardzo łatwo zrobić prosty eksperyment:

Wygospodarujmy sobie kilka – kilkanaście minut. Usiądźmy spokojnie i obserwujmy swój oddech. Taki, jaki jest, bez żadnych ingerencji…

Kiedy już wsłuchamy się we własne oddychanie, spróbujmy oddychać szybciej. Bardzo prędko zaobserwujemy zmiany: serce bije prędzej, mięśnie się napinają, mamy poczucie niepokoju, pośpiechu. Własnie wywołaliśmy u siebie stan podniecenia/ niepokoju, może strachu?

Z kolei uspokójmy swój oddech. Zwalniając go, oddychajmy głębiej, pełniej. I znowu zmiany pojawią się bardzo szybko: uspokajamy się, ciało się rozluźnia, serce zwalnia, być może pojawi się radość, śmiech… a może żal? Z pewnością zaś wyciszenie.

Oczywiście te same mechanizmy działają „odwrotnie”. Kiedy czujemy silne emocje, zachowując świadomość i kontrolę oddechu, możemy nad nimi panować, zmieniać je.

Tak, to jest właśnie aż takie proste – wystarczy zwykła obserwacja.

Plus trochę ćwiczeń…

To tylko jedna, najbardziej elementarna korzyść ze świadomego oddychania. Jest ich nieporównanie więcej, napisano o tym zresztą całe tomy! Oddech, jak już wspomniałam, jest istotą Życia, łącznikiem świata fizycznego (ciała) z tym bardziej subtelnym (umysł, duch).  Łączy nas też z bogactwem Natury i jej przebogatym cyklem.

Dziś, z okazji Światowego Dnia Oddechu,

spróbujmy być świadomym Jego potęgi!

Kto wie, co nam to przyniesie??

Kilka lat doświadczeń ze świadomym oddechem daje mi poczucie, iż to oddech właśnie, a nie intelektualny rozwój, jest kluczem do BYCIA! Stąd początkowa trawestacja kartezjuszowej maksymy… Zaś dla wzbogacenia wrażeń – link do pięknego, chociaż króciutkiego filmu:

z7242415P

Oddech planety

Czas świętowania

Miło jest świętować!

Mieliśmy w minionych dniach sporo okazji do świętowania.

Okazji różnych i w różnym stopniu –  dla każdego odmiennym –  znaczących.

Taki wspólny, jednoczący wielu czas świętowania przynosi przebogatą, cudowną, magiczną energię. Nieocenioną dla każdego z nas i dla świata….

Może by zatem przedłużyć ów

Czas świętowania???

Dzień po dniu, na cały rok, na każdy kolejny dzień, godzinę, minutę, chwilę???

Odnajdujmy codzienne okazje do wdzięczności,

świętujmy je i wyrażajmy tę swoją wdzięczność – tak, jak dyktuje serce!

IMG_1252

***

W ramach własnego wkładu w ten pomysł – świętuję!

Kilka dni temu z radością odkryłam,

że mam już okrągły tysiąc przyjaciół, obserwujących blog  

„Zielicha”!

Nie jest to zapewne wiele dla wytrawnych blogerów, ale dla mnie – miła niespodzianka! Z tej okazji po raz kolejny  „wzięłam się za bary” z tajnikami internetowych zawiłości i udało mi się się udostępnić

„Zielnik pierwszej pomocy”,

moją pierwszą i, jak do tej pory jedyną, poważniejszą publikację zielarską. Mam szczerą nadzieję, że nie pozostanie osamotniona, na razie zaś link do e-booka zainteresowani znajdą pod zdjęciem okładki w pasku bocznym bloga.

okładka poprawiona copy

***

Wszystkim obserwującym wyrażam ogromną, serdeczną wdzięczność

z nadzieją,

że treści zawarte w blogu są przydatne,  

sprawiają Wam przyjemność i stanowią dla Was inspirację!!!

***

Tu zaś pozwalam sobie wrzucić króciutki fragmencik tekstu „Zielnika”:

„Porady praktyczne

Pogotowie roślinne

Znajdując się w otoczeniu mniej lub bardziej dzikiej przyrody, wielu ludzi ma poczucie zagubienia, bezradności i braku zaspokojenia najbardziej, ich zdaniem, elementarnych potrzeb. Wprawdzie telefonia komórkowa wiele zmieniła, dając jakąś namiastkę kontaktu z cywilizacją (a często realną pomoc), ale i telefon może zawieść. Nie mówiąc już o braku zasięgu na przykład. Ewentualnie braku telefonu, co wbrew pozorom nie jest niemożliwe. Nawet w dzisiejszej rzeczywistości…

Warto zatem wiedzieć, jak zapobiegać temu wyobcowaniu. Odbudowywać poczucie przynależności i bezpieczeństwa w naturalnym otoczeniu. Natura jest naszym środowiskiem, czy tego chcemy czy nie. Umiejętność korzystania z jej potencjału to nie nowość, a powrót. Bardzo nam potrzebny we współczesnych realiach!

A rośliny to ogrom możliwości. Gdzie i które z nich zastosować? Często natychmiast, doraźnie? W jaki sposób?

W czasie obozów, wyjazdów, pobytu nad wodą, w lesie, wakacji w gospodarstwach agroturystycznych, podczas wycieczek i „zielonych szkół” – potencjał Natury mamy w zasięgu ręki. Porady tu zawarte dotyczą sytuacji awaryjnych, ale nie tak znowu rzadkich, jak ukąszenia owadów, oparzenia (w tym słoneczne), stłuczenia, zranienia, zwichnięcia i nadwyrężenie mięśni lub stawów, bóle brzucha czy głowy, zatrucia pokarmowe, kolki, nudności, „skoki” ciśnienia tętniczego i wiele innych. Zanim znajdziemy lub doczekamy się na jakąkolwiek pomoc fachową – można zapobiec pogorszeniu, a często wręcz uniknąć konieczności leczenia konwencjonalnego! W jaki sposób, postaram się pokazać.

Nie omówię oczywiście ani wszystkich możliwych przypadłości, ani całego potencjału roślin w tym zakresie! Ale zamieszczone tu porady z pewnością umożliwią pomoc, przynajmniej w zakresie podstawowym.”

A to – na co jest ???

Nie po raz pierwszy dostrzegam, ba, w zasadzie stale widzę tendencję, która jest dla mnie… nieco zabawna (nie obrażając nikogo!). Niby wiem skąd się to bierze i dlaczego tak jest, ale nie zmienia to faktu, że zjawisko jest nieco nielogiczne. Delikatnie mówiąc…

Tym zjawiskiem są pojawiające się nieodmiennie pytania „na co to jest?”, „do czego używać?”, „jak to działa?” i inne tego typu, pojawiające się nieodmiennie, kiedy mowa o roślinach dziko rosnących. Szczególnie w naszym, rodzimym klimacie.

Mam oczywiście na myśli te jadalne…

Budzi to we mnie refleksję:

jak bardzo daleko odeszliśmy w naszym myśleniu od bliskości z Naturą, wiedzy naszych, niezbyt przecież odległych, przodków i codziennej świadomości bogactwa, jakie nas otacza!

pokrzywa

A przecież rośliny, jak przed wiekami, stanowią nieodłączną część codzienności, o czym już pisałam wcześniej – chociażby tutaj!

Nie tylko ja zresztą… dla przykładu:  Inez, Gosia, Kasia Miłochna, druga Małgosia; a są i inni ….

Tyle, że sformalizowaliśmy owo użytkowanie, ograniczyliśmy do „wybrańców”, jakby zapominając o reszcie. Często znacznie łatwiej dostępnej, a nierzadko dla nas cenniejszej.

Obraz 044

Wyobrażam sobie czasem  taką scenę:

wchodzi klient do sklepu warzywnego (ewentualnie jest na targowisku) i kupując, dajmy na to, marchew, pietruszkę, kapustę, seler, do tego na przykład jabłka i śliwki dopytuje się u sprzedawcy: „a na co to?”; „a jak to działa?” – lub podobnie… Tak sobie myślę, że sprzedający miałby dziwną minę i jeszcze dziwniejsze mniemanie o umyśle owego klienta!

A zapewniam, ze byłoby o co pytać – i co odpowiadać!

Jasne, oczywiście, wiem skąd, dlaczego i z jakich przyczyn mamy taką, a nie inną sytuację. Cały ten wpis nie jest też oczywiście namawianiem do niefrasobliwości i braku rozeznania na polach, łąkach, w lesie czy ogrodzie! Rośliny użytkowe trzeba znać, umieć je odróżnić i nie lekceważyć ani mocy części z nich, ani potencjalnych zagrożeń!

SONY DSC

Ale jeżeli rozmawiamy o tych jadalnych, nadających się do codziennego spożywania lub na przetwory – cóż, nie dajmy się zwariować! Nie wszystko musi od razu być „na coś”, często coś jest zwyczajnie smaczne i wartościowe.

 Pamiętajmy o tym! 

Ot, taka.. mała dygresja przy okazji kolejnych pytań „na co???” 

 

Konserwacja ziół sposób 5: cukier i miód odc III

Kontynuując fantazje na temat słodkości…

Kolejne sezonowe

przepisy, przepisy, przepisy… 

kwiat cz bzu copy

Syrop z kwiatów czarnego bzu

Pora wyrobu – pełnia kwitnienia (czerwiec)

15 – 20  szt baldachów kwiatu bzu (zależnie od  wielkości)
1 – 2 łyżeczki kwasku cytrynowego lub sok z 1 – 1,5 cytryny,
1,5 – 2 kg cukru lub miodu
1 l wody
Kwiaty zbierać w pełni rozwinięte, w suche, słoneczne dni. Oczyścić z żyjątek układając na jasnym podkładzie.
Całe baldachy włożyć do kamiennego garnka lub słoja.
Wodę przegotować, dodać sok z  cytryny/ kwas, przestudzić. Kwiaty zalać zimną, przegotowaną, zakwaszoną wodą.
Osłonić płótnem, ściereczką lub gazą, tak przykryte odstawić na 2 doby (48 godz)
Ważne! Nie należy przedłużać czasu macerowania kwiatów – szybko ulegają zepsuciu. Przy wysokich temperaturach czasem wystarczy nieco krótszy okres – nie mniej jednak niż 36 godz.
Po wymacerowaniu zlać, odcisnąć przez płótno. Podgrzać, ale nie więcej niż do ok. 70 – 80 stopni Stopniowo wsypywać cukier lub dodawać miód – ile się rozpuści. Zwykle wystarcza 1,5 kg.
Zlać gorące do sterylnych naczyń, najlepiej szklanych. Przechowywać w chłodzie.

Musujący napój z kwiatów czarnego bzu

 Pora wyrobu – pełnia kwitnienia  (czerwiec)
12 – 15 szt baldachów kwiatu bzu,
50 – 70 dkg cukru,
skórka i sok z 1 cytryny,
2 łyżki octu winnego,
4,5 l wody
Kwiaty zbierać w pełni rozkwitu, w suche, słoneczne dni. Oczyścić jak wyżej.
Ułożyć w naczyniu kamiennym, szklanym lub emaliowanym o poj. min. 5 l.
Wodę zagotować, dodać skórkę i sok z cytryny, ocet, rozpuścić cukier (ilość dopasować do upodobań). Dobrze ciepłą (prawie gorącą) wodą z dodatkami zalać kwiaty, odstawić na 24 godziny.
Po tym czasie zlać, przecisnąć przez płótno, rozlać do sterylnych, szczelnie zamykanych naczyń.
Uwaga! Nie nalewamy do pełna!!!
 Przechowywać w chłodnym, ciemnym pomieszczeniu. Zaczyna musować po 5 – 6 dniach,  pełną jakość osiąga po 10 – 14 dniach.
Można przechowywać dłużej w ciemnym, chłodnym miejscu.
Z kwiatami czarnego bzu można pofantazjować na różne sposoby,  przygotowując z nich wiele ciekawych i smacznych potraw, jak chociażby kwiaty w cieście
róża kwiat

Surowa konfitura z róży

Pora wyrobu – czas pełni kwitnienia (czerwiec, lipiec)

1 l płatków róż, najlepiej cukrowej stulistnej,

ok.30 dkg cukru,

kilka łyżeczek soku z cytryny (lub odrobina wody)

Świeżo zebrane płatki wsypać do donicy (makutry), skropić sokiem lub wodą, nakryć. Po ok.1 godzinie (lub nieco dłużej – płatki powinny być wyraźnie wilgotne) ucierać pałką, dosypując cukier.
Dobrze utarta konfitura nie może być włóknista, zbrylona ani zbyt rzadka. Dla poprawy gęstości można dosypać odrobinę cukru. Ucierania trwa ok.1 godz, czasem nieco dłużej.
Uwaga! Smak będzie mniej gorzkawy, jeżeli pozbawimy płatki białych końcówek.
Kolor wzmacnia i wydobywa dodatek soku z cytryny, poprawia też smak i aromat. Lepiej zatem użyć cytryny niż wody.
orzech_wloski_741
Fotografia ze strony „Moje drzewa”

Bezalkoholowa wersja orzechówki

czyli:

Konfitura z młodych orzechów włoskich

Pora wyrobu – (czerwiec,lipiec)
0,5 kg zielonych, jeszcze miękkich owoców orzecha włoskiego,
0,5 l wody,
0,5 – 1 kg cukru
Owoce umyć, osuszyć, pokroić w ćwiartki lub plasterki, zależnie od wielkości. Zasypać w słoju 1/3 ilości cukru, pozostawić na 5 – 8 godz.
Kiedy wyraźnie puszczą sok z wody i reszty cukru ugotować syrop, na wrzący wsypać owoce wraz w wytworzonym sokiem. Trzymać na małym ogniu ok. 15 min, odstawić. Podobnie postąpić jeszcze dwu – trzykrotnie, w kolejne dni. Jeżeli trzeba, wodę uzupełniać, ale minimalnie, na tyle, by cukier nie osadzał się na ściankach naczynia.
Uwaga! Sok z młodych orzechów jest trwałym barwnikiem, naczynie po nim będzie pociemniałe. Takie przebarwienie bardzo trudno usunąć!

Gorącą konfiturę przełożyć do małych słoiczków, zakręcić, szybko ostudzić.

 

Proponowane przepisy są, jak zwykle sprawdzone,

ale  stanowią zarazem sugestię i zachętę do tworzenia własnych kompozycji i eksperymentów

A jest to naprawdę proste!!!

Oto pomysł z dnia dzisiejszego, powstały z potrzeby chwili oraz „tego, co pod ręką”:

Shake „Szaleństwa panny Ewy”

(nazwany od imienia autorki pomysłu)

Mrożone jagody, truskawki, banan i jogurt zmiksowane razem i uzupełnione odrobiną syropu z czarnego bzu.

Szybko, prosto, wyśmienite, finezyjne wręcz w smaku danie deserowe  – jak widać nic trudnego! 

Strachy na Lachy czyli czego tu się bać?

Opory i niepewność. Lęk i obawy. Brak zaufania wobec własnych pomysłów, blokady na chęć próbowania i eksperymentów…

Cały ten bagaż problemów i zahamowań dotyczy nie tylko ziół. Odnośnie zielarstwa ten temat już poruszałam w tekście „Czy na co dzień?”, przewija się on także przez inne wpisy.

Dlaczego? Bo jest istotny!

Istotne jest jak dalece i do jakiego stopnia potrafimy uruchomić własną kreatywność, odwagę i swobodę. Spokój, z jakim podchodzimy do nowinek… Beztroskę, dzięki której dane jest nam nie przejmować się czy coś się uda, czy nie.

W świecie zielarstwa prozdrowotnego ten sposób myślenia jest bardzo znaczący i potrzebny.

Powodów jest kilka:

  • wszystko, co użytkowe w codzienności, jest łatwo dostępne w postaci „gotowców”; możemy każdej chwili pójść do przeładowanych towarem sklepów i wybrać; jedzenie, napoje, kosmetyki przywykliśmy otrzymywać w postaci gotowej lub przynajmniej półproduktów, z dołączoną „instrukcja obsługi”;
  • rośliny rodzime nauczyliśmy sie traktować albo jako nieprzydatne zielsko, albo – surowiec leczniczy; opcja użytkowania codziennego niemalże zanikła, co powoduje, że każdy „pomysł na” wydaje się nowatorski, rewelacyjny, odkrywczy…i trudny do realizacji
  • konsekwencją powyższego jest obawa przed ich używaniem i oczekiwanie dokładnych przepisów i receptur – a one często po prostu NIE ISTNIEJĄ!
  • nie mamy albo mamy bardzo niewiele starych, tradycyjnych wzorców; te zaś, które sie zachowały, są niełatwe do odnalezienia
  • współczesność oferuje nam dostęp do surowców i produktów, o które nie tak dawno jeszcze było bardzo trudno lub nie było ich na rynku wcale (jak np masła shea czy kakaowe, olej kokosowy, arganowy, laurowy, foremki z silikonu, czy choćby blendery)

To wszystko powoduje, że z jednej strony surowców i półproduktów oraz pomocy „technicznych” mamy dostatek, wrecz nadmiar. Z drugiej – odwykliśmy od samodzielności, wykonywania, a tym bardziej kreowania czegokolwiek. Nawet w tak prostych działaniach jak kulinarne, cóż dopiero o kosmetyce mówić!

Pozbywajmy sie tych nawyków, obaw i lęków. Oporów, które hamuja naszą kreatywność, inicjatywę, chęć zabawy. Pozwólmy sobie na próby – i błędy. Nie wszystko musi nam wyjść „na medal”, może się zdarzyć, że jakiś pomysł nie wypali, nie da oczekiwanych efektów, że rezultat okaże się inny niż planowaliśmy.

CÓŻ TO ZA PROBLEM???

Nie mamy obowiązku zawsze być perfekcyjni – zaś ciekawość, chęć nowości, eksperymentowanie i nowe próby daja mnóstwo radości! Budują też naszą pewność siebie i zaufanie do własnych możliwości – a to akurat cechy, które pomogą nam w każdej dziedzinie życia.

Ileż niespodzianek nas czeka jeżeli tylko uwolnimy się od „jedynie słusznych” oczekiwań!

Nie tylko w eksperymentach i zabawach z ziołami i surowcami naturalnymi!

Każdy bez wyjątku pomysł, przepis czy recepta zostały wymyślone, zaproponowane przez kogoś. Jakiegoś człowieka, identycznego z nami samymi. Współcześnie czy nie to już nie ma większego znaczenia! Różnicą jest jedynie to, że „ten ktoś” zaryzykował, odważył się, podjął wyzwanie…

Możemy zrobić dokładnie to samo!!!

Uwaga!!!

Nie zajmujemy się leczeniem!!!

Nie podejmujemy zatem celowych działań leczniczych i prób tworzenia mieszanek leczących,

o ile nie mamy wiedzy wystarczającej do ich komponowania!

Pozostałe zasady są proste:

  • wszelkie inne działania, służące zdrowiu, stałemu, regularnemu użytkowaniu roślin opierajmy na tych surowcach, które znamy
  • w działaniach kuchennych bazujmy na znanych sobie przepisach i potrawach, modyfikując je przez dodatek roślin „nietypowych”
  • kosmetycznie zapoznajmy się ze „sposobami bazowymi” – np wyrobu mydła, kremu, kul kapielowych – na tyle, na ile czujemy się na siłach i mamy ochotę
  • wszelkie modyfikacje powyższych metod traktujmy jako zabawę, wyzwanie, eksperyment; co nam wyjdzie to wyjdzie, wszystko będzie przydatne, chociażby jako doświadczenie!
  • NIE używamy w tego typu próbach roślin trujących i o mocnym działaniu leczniczym; reszta (znacznie bogatsza!) pozostaje do naszej dyspozycji…

Z szacunku dla Natury

Zajmuję się wiedzą zielarską i pracą z (i pomiędzy) roślinami już ponad ćwierć wieku. Zaś znajomość i przyjażń z Naturą zawarłam kolejne ćwierć wieku wcześniej…

Wszystkie te lata nauczyły mnie kilku naprawdę bardzo prostych, a często trudnych do zaakceptowania dla współczesnego człowieka prawd i zasad.

Natura bowiem, której tak wiele zawdzięczamy, włącznie z własnym istnieniem i życiem osobistym, jakby nie pasuje do naszego świata. Do sposobu myślenia i działania, w którym wyrastamy i do którego przywykliśmy. A może raczej to nasze nawyki do niej nie pasują?

Natura uczy cierpliwości. Spokoju w oczekiwaniu. Obserwacji, uważności, troski.

Uczy szacunku do innych istot żywych i ich, odmiennego często od naszych oczekiwań (czy też wymagań), trybu/ cyklu życia.

Pomaga dostrzec rytm klimatu, zapisany w każdej żywej istocie do konkretnego klimatu przypisanej.

Uświadamia ich potrzeby, ściśle powiązane z innymi. W niesamowitym, harmonijnym, powtarzalnym, a jednak stale zmiennym,

tańcu Wielkiego Koła Życia…

Nauczyłam się przez te lata ze spokojem czekać na kolejny rok, nową wiosnę, lato, jesień – czas obfitości.

Nauczyłam się, że zima jest porą odpoczynku. Regeneracji. Wytchnienia przed kolejnym sezonem aktywności.

4 pory roku Mucha

„Cztery pory roku” A. Mucha – źródło internet

Przywykłam, że zbiór określonego „surowca” (liści, kwiatów, ziela, owoców, nasion, korzeni) ma swój, powtarzalny co roku, a jednak każdego roku jedyny „czas i miejsce”. Nauczyłam się, że każde z ziół ma swoich „zastępców”: rośliny/ części roślin o podobnym działaniu i potencjale, a odmiennej biologii. Dzięki temu nigdy podczas sezonu nie trzeba się martwić, że „coś mi uciekło”!

Nie zdążyłam? Nie sprzyjała pogoda? Nie było warunków? Nie szkodzi – będzie coś innego – za jakiś czas…

Stało się czymś oczywistym, że nie ma sensu zbiór czegokolwiek w nadmiarze, ponad rzeczywiste potrzeby. Susz, soki, syropy, przetwory itp przygotować warto „do kolejnego sezonu”. Ewentualnie z niewielkim zapasem, żeby mieć się czym podzielić…

Niczemu też nie służy „dublowanie funkcji” wyrobów. Cudowne są zabawy i eksperymenty, ale w codziennym użytkowaniu wystarczają jeden – dwa kremy, ulubione szampony czy mydełka. Maści rozgrzewajace lub wspomagające gojenie, peelengi, toniki, płyny dezynfekujące – na tyle, by były pod ręką. W przeciwnym razie, nawet jeżeli mamy kogo obdarować (ja długo nie miałam), większość wyrobów traci wartość zanim zdołamy je zużyć. Podobnie rzecz ma się z suszeniem wszystkiego „jak leci”, robieniem kilku różnych preparatów odpornościowych, wyciągów olejowych kilkunastu gatunków itd itp. Szybko dane mi było się przekonać, że jest to prosta droga do zaśmiecania domu, konieczności wyrzucania rzeczy już nieprzydatnych i zarazem marnowanie surowców…

Przez wiele lat owo codzienne zielarstwo było dla mnie wielka pasją, przygodą, „sposobem na siebie”. Długo też byłam w nich osamotniona. Mało kto traktował wiedzę o rodzimych roślinach dziko rosnących jako coś cennego. Lub chociażby przydatnego. A jeżeli już w ogóle – to w postaci fitoterapii, którą jakiś czas zresztą się zajmowałam.

do bloga

Dziś jest inaczej. Cieszy mnie to, cieszy ogromnie!

Czego wyraz daję stale, w tym i tutaj: linki, odnośniki, popularyzacja…

To wspaniałe i bezcenne, że ucywilizowany świat nareszcie CHCE widzieć

bogactwo i potęgę Natury!!!

Ostatnio jednak zaczął mi cicho, a teraz jakby głośniej, dzwonić ostrzegawczy dzwoneczek…

Może nie mam racji. Może przesadzam i trochę panikuję. Ale mam takie odczucie…

Współczesny sposób myślenia jest nam dobrze znany. I rozrasta się.

„Dużo, szybko, niecierpliwie, byle prędzej;

wszystko, co się da, jak najwięcej, bez ograniczeń” .

Taka zasada nie daje się przenosić w świat Natury i jej rytmu. A przede wszystkim – nie powinna! Głównie dlatego, że jest niszcząca.

Tę prawdę też zresztą dobrze znamy…

Jest nas, Ziołomaniaków, coraz więcej. Cudownie! Wspaniale! Tylko przyklasnąć!

Nie rozrasta się jednak, niestety, baza, z której możemy czerpać. Raczej przeciwnie… Przynajmniej na razie.

Baczmy zatem, by naszej wiedzy o roślinach, ich możliwościach, potenacjale, stosowaniu, towarzyszyła Mądrość. Szacunek. Uważność i troska. Czyli to wszystko, czego sama Natura jest najlepszą nauczycielką.

Las, łąka, pole czy ogród to nie supermarket. To, czego nie „wykupimy” lub (z naszego punktu widzenia) „przedatuje się” – nie zostanie wyrzucone ani zmarnowane! Służy bowiem nie tylko nam. W takiej czy innej postaci – znajdzie swoje zastosowanie. Zarazem zaś – nikt nie „dowiezie towaru”. Sami musimy zadbać, by „producenci” mieli się dobrze!

Pory zbioru roślin i ich części wynikają nie tylko z potencjału, jaki mają dla nas. Są ważne także dla nich samych i innych ich „użytkowników”.

Jesteśmy piękną i wartościową cząstką Wielkiego, Cudownego, Harmonijnego Cyklu. Pamiętajmy, czerpiąc z ogromnych zasobów Natury dla zadbania o siebie,

by o jakość i harmonię tego cyklu dbać równie uważnie!

Pozwolę sobie zacytować fragmenty z własnego tekstu

„Zielarstwo – wiedza czy dar”

SONY DSC

„Las, łąka, ugory – to laboratorium istnieje przecież nadal! Bliskie, znane, swojskie, codzienne. Tajemnicze, o tyle tylko, o ile przyroda sama swych tajemnic broni. I o ile zapominamy lub lekceważymy wiedzę naszych przodków, przywaloną stertami śmieci, reklam, ignorancji… pseudonauki.

Wstęp do niego jest otwarty. Dla każdego. I nadal, jak przed wiekami, chętnie daje schronienie ludziom. Zmęczonym, znerwicowanym, szukającym oazy ciszy mieszkańcom wielkich miast, których przybywa tu coraz więcej. I tym, którzy z tej ziemi i jej tradycji wyrośli, zakorzenieni w czasie głębiej, niż zdają sobie sprawę. W progi tego właśnie laboratorium zapraszam wszystkich, których zmęczył pośpiech, ogłuszył zgiełk, przejadły się plastikowe smakołyki. Zapraszam, prosząc jednocześnie o szacunek. Pokorę. Wrażliwość. To, znacznie bardziej niż niedostępne instytuty badawcze – jest Sanktuarium!”

Moje ziół rozumienie czyli „z czym się to je?”

Jak rozumiem słowo, którym określam swoją pracę, czyli zielarstwo?

Zielarstwo najczęściej utożsamiane jest z ziołolecznictwem i jako takie, postrzegane obecnie bardzo często jako wiedza unikalna, wręcz tajemna. Najczęściej – zapomniana. Szczególnie w wersji europejskiej, wliczając w to znajomość rodzimych roślin.

Albo odwrotnie, jeżeli ulegamy współczesnemu pędowi do zgłębiania wszelkich tajemnic – jest traktowane jako materiał do badań stricte naukowych. Farmakognozja, czyli zagłębianie się w tajniki składu biochemicznego roślin, coraz staranniejsze poznawanie ich możliwości leczniczych, to zadanie z pewnością fascynujące. W ogólnym rozrachunku zaś – przydatne. Ale zielarstwo liczy sobie setki tysięcy lat i doskonale radziło sobie, jako dziedzina wiedzy i praktyki, bez aż tak szczegółowych informacji…

Zielarstwo bowiem jest czymś znacznie więcej niż na oko się wydaje. Łączy w sobie elementy badzo różnych (we współczesnym rozumieniu) dziedzin nauki, będąc zarazem nieodłączną składową codzienności. Nawet jeżeli nie uświadamiamy sobie tego, nasza powszechna wiedza na temat roślin, chociażby spożywczych, to także zagadnienia „zielarskie”.

Najogólniej można przyjąć, że jest to wiedza botaniczna, uzupełniona znajomością oddziaływania roślin na organizm człowieka.

W zakresie kulinarnym dojdą to tego kwestie smaku, zapachu, przyprawiania potraw, ich dekorowania i temu podobne. W obszarze kosmetyki także istotny jest zapach, ale również szerokie zastosowanie roślin do pielęgnacji ciała. W kwestiach działań doraźnych najsilniej zwrócimy uwagę na sposoby szybkiego stosowania metod zielarskich i ich skuteczności w zakresie np usuwania lub łagodzenia skutków urazów. Natomiast dopiero leczenie za pomocą ziół schorzeń poważniejszych, szczególnie przewlekłych, nazwać można „ziołolecznictwem”. Ten obszar zielarstwa stawia wyzwania największe, wymaga najwięcej doświadczenia z roślinami – ale także wiadomości z zakresu fizjologii, patologii, anatomii i, co najtrudniejsze – diagnozowania.

Jest też zielarstwo, pojmowane jako wiedza o stosowaniu roślin, ściśle związane z innymi metodami terapii naturalnych, jak chociażby oddech, ruch, oddziaływanie koloru czy zapachu. Nie da się oddzialić od tej umiejętności naturalnych właściwości roślin (barwnych i pachnących) ani organizmu ludzkiego (dynamika, oddech, emocje itd). Toteż zielarstwo w żadnym razie nie może traktować schorzeń czy też po prostu potrzeb organizmu wybiórczo! Człowiek jest mniej lub bardziej harmonijną całością zarówno na poziomie biologii jak psychiki, ściśle przecież ze sobą powiązanych. Rośliny zaś i uzupełniające je metody nie ograniczają swego wpływu do jednej tkanki czy też organu – zawsze zachowują różnorodność działania, jakiś, w różnym stopniu występujący, wachlarz możliwości. Ta cecha powoduje, iż stosowanie roślin zawsze jest kompleksowe, przynajmniej w pewnym zakresie. Oczywiście o ile stosujemy naturalny materiał roślinny, a nie pozyskane z niego związki. Różnica jest mniej więcej taka jak między zażyciem aspiryny, a wypiciem naparu z kory wierzbowej…

W ten sposób pojmowane, współczesne zielarstwo staje się w dużym stopniu sztuką – sztuką łączenia różnorodnych aspektów codzienności i nauki. A także włączenia Natury z całym jej bogactwem w zurbanizowany i przesycony techniką świat współczesnego człowieka. Bowiem człowiek, mimo swych niezaprzeczalnych osiągnięć, nadal pozostaje, jak wieki temu, częścią Natury. I nic tu nie zmieni ani nie pomoże tworzenie coraz bardziej zlożonej cywilizacji technicznej. Przeciwnie, rozwój i zaawansowanie wielu technologii staje się dla nas groźne, zgubne wręcz – zaś pomocy możemy oczekiwać tylko w środowisku, które nas ukształtowało – czyli w Naturze właśnie..Jest zatem współczesne zielarstwo czymś w rodzaju antidotum na technologizację, pośpiech, stres, zanieczyszczenia, wpływ promieniowania (różnego pochodzenia) i wszelkie inne utrudnienia, które paradoksalnie, chcąc sobie ułatwiac życie, stawia człowiek własnemu organizmowi.

Czy trudno się tego nauczyć? Nie ziolołolecznictwa, zaawansowanej wiedzy o leczeniu – ale zielarstwa na poziomie codziennej użyteczności? Szeroko pojętej profilaktyki? Zapobieganiu skutkom cywilizacji, która i tak nas otacza? Cóż – nie ma takiej wiedzy, której nie można posiąść, jeżeli tylko naprawdę tego chcemy. Zaś proste działania kulinarne lub kosmetyczne nie wymagają zaawansowanych umiejętności…

Tytułowe „z czym się to je” można odczytać symbolicznie, albo całkowicie dosłownie. Jak się niebawem okaże…