Trójca na miarę zdrowia

Obok rozważań i przemyśleń, jakie z pewnością jeszcze się tu pojawią, chciałabym dzielić się także gromadzoną od lat wiedzą na temat praktycznego, użytkowego wykorzystania mocy Plemienia Roślin. W ramach tego proponuję dziś spotkanie z trzema roślinami. Znamy je wszyscy lub prawie wszyscy. Naszych, wcale niedalekich, przodków wspierały dobrze i skutecznie. Zapewniając smaczne jedzenie, wspieranie odporności, oczyszczanie organizmu i regulację jego ważnych funkcji, szczególnie wiosną. Zaś w przypadkach koniecznych służąc jako surowce lecznicze. Dziś najczęściej traktowane są jak uciążliwe „chwasty”, niszczone i usuwane gdzie się da! Przynajmniej przez sporą część społeczeństwa. Co, na szczęście, wyraźnie się zmienia! Mam nadzieję, że dzisiejsza opowieść będzie kolejnym przyczynkiem do tej zmiany.

Zatem przedstawiam Wam „Trójcę”, której spożywczych, profilaktycznych i wspierających organizm wartości nie sposób przecenić!

O leczniczych nie wspominając…

Pokrzywa – Mniszek – Podagrycznik

Oczywiście cennych, smacznych i wartościowych roślin jest w naszej florze znacznie więcej. Dziś jednak opowiem o tych trzech. Ich wykorzystanie przynosi ogromne korzyści, łatwo je rozpoznać, są wszechobecne i stanowią doprawdy nieoceniony „zespół”!

Pokrzywa

Jak wygląda, gdzie rośnie i jak ją rozpoznać nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Znamy tę Panią zwykle już od dzieciństwa. Nigdy nie spotkałam dziecka, które nie miałoby okazji się nią poparzyć! Z pewnością dla dzieci nie jest to miłe doświadczenie, ale dzięki temu bardzo szybko uczymy się, że pokrzywa… to pokrzywa! Każdy zatem wie jak ona wygląda, często też, z powodu „parzenia”, jej unikamy.

Z drugiej strony słyszę niejednokrotnie obiegowe zdanie „Poparzenie pokrzywą jest zdrowe”. Nie do końca to prawda, takie sformułowanie jest swego rodzaju skrótem myślowym. Poparzenie pokrzywą może być i przez wiele wieków było, stosowane do leczenia konkretnych schorzeń, bólów stawów, mięśni, artretyzmu, reumatyzmu itp. Nie ma natomiast samo poparzenie zdolności poprawy lub wspierania odporności dla osób zdrowych. Aby osiągnąć te efekty, trzeba pokrzywę stosować wewnętrznie!

Jej najbardziej przydatna w zadbaniu o ludzki organizm właściwość, to podnoszenie odporności, oczyszczanie tkanek, spora zawartość żelaza, poprawiająca skład krwi i łagodne wspieranie pracy nerek. Generalnie pokrzywę najczęściej traktowało się dawniej jako „ogólny regulator”, „ziele czyszczące krew” i ta zdolność faktycznie stanowi o jej wysokiej wartości odżywczej!

Pisałam już o niej nieraz, podając sporo informacji tak o jej działaniu jak i sposobach wykorzystania. Spożywczego, kosmetycznego, wspomagającego, leczniczego również. Udostępniam poniżej linki do artykułów i wpisów. Zainteresowanych pokrzywą zachęcam do lektury:

O liściach słów kilka

Smacznego wiosną

Kiedy zacząć, wiosenne pożytki

Niech pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem

 

Mniszek pospolity/ lekarski

    

Nazwa mniszek pospolity/ lekarski nie jest precyzyjna. Traktuje się ją jako nazwę zbiorową dla różnych gatunków i sekcji, trudnych do rozróżnienia, ale bardzo podobnych w zakresie działania. To tak, gwoli wyjaśnienia…

Wspominałam go już na moim blogu, podobnie jak poprzedniczkę, niejednokrotnie. Wszyscy go znamy, nie wyobrażam sobie, by ktoś żyjący w naszym klimacie, nie widział nigdy jego złocistych, kosmatych kwiatków! Często znany jest raczej pod nazwą „mlecz”, chociaż z rodziną mleczy łączy go jedynie częściowe zewnętrzne podobieństwo. Oraz biały mleczny sok, uwalniany przy zrywaniu. Poza tym jest to zupełnie inna roślina i inne ma też właściwości.

Mniszek, jako roślina wyjątkowo mało wymagająca i znosząca naprawdę niełatwe warunki, a zarazem nadająca się do jedzenia i cenna odżywczo, jest ze wszech miar godzien uwagi. Niezastąpione są jego działania w zakresie oczyszczania i wspomagania pracy wątroby, aż po przypadki regeneracji uszkodzonego organu. Bardzo dobrze reguluje wydzielanie i przepływ żółci. Wspiera też pracę trzustki, stymulując jej funkcje i dzięki temu wpływa w pewnym stopniu na poziom cukru. Zawarta głównie w liściach i łodyżkach goryczka powoduje, że jest też przydatny w procesie trawienia.

Oczywiście takie lecznicze efekty, wymagałyby konkretnych terapii. Jednak dodawanie mniszka do codziennych potraw pomaga nam regulować i wspierać organizm dokładnie w tych samych zakresach!

Kwiat i liść mniszka można zajadać na surowo, można też suszyć. Łodyżki, kruche i gorzkawe w smaku, pogryza się świeże, przy czym raczej jest to działanie wspomagające dla wątroby (lub lecznicze) niż służące odżywianiu!

Kwiat mniszka zbiera się w porze masowego kwitnienia, pod koniec kwietnia i w maju. Można go jak wspomniałam suszyć lub przerabiać. Do suszenia przeznacza się całe kwiaty albo wyskubane z koszyczków płatki. Nadają się na napary (herbatki), można je wykorzystać jako dodatek do różnych dań albo delikatną przyprawę. Świeże nadają się po prostu do jedzenia, dekoracji dań, smażenia w naleśnikowym (lub podobnym) cieście, parzenia jako napar. Robi się też z nich smaczne wino lub nalewki. Poniżej zaś jedna z propozycji syropu, zwanego „miodkiem z mniszka”:

Miodek z mniszka

Liście mniszka można zbierać, do jedzenia albo na susz, kiedy są młode. Często spotykam się z opinią, że „przed kwitnieniem”. To dość częsta zasada przy zbiorze liści, tak krzewów i kilku drzew (np lipy, czeremchy), jak i wielu roślin zielnych. W przypadku mniszka akurat rzecz ma się tak, że do jedzenia nadają się faktycznie liście młode! Natomiast rozeta liściowa tej rośliny wypuszcza kolejne liście nie tylko wiosną, ale praktycznie przez cały sezon. Można zatem zbierać je również po okresie intensywnego kwitnienia, zwracając uwagę na to, by były świeże i jasnozielone. Z upływem czasu, późnym latem i jesienią, będzie takich młodych liści oczywiście mniej, niż na początku sezonu. Będą też coraz twardsze i z mocniej wyczuwalną goryczą. Od nas samych zależy, czy uznamy je za nadające się do jedzenia, czy nie. Często lepiej takie późniejsze zbiory przeznaczyć na susz, który później, nawet przez całą zimę, można wykorzystywać jako dodatek, przyprawę do potraw.

Podagrycznik

       

   

Kolejno: poletko podagrycznika, zbliżenie liścia, porównanie różnych stadiów rozwinięcia młodych liści, roślina z kwiatami

foto z inetrnetu

W odróżnieniu od dwóch poprzednich roślin mniej znany i częściej sprawiający kłopoty przy rozpoznawaniu. Głównie dlatego, że o ile pokrzywa i mniszek (zwany mleczem) mają bardzo wyraźne cechy charakterystyczne, o tyle podagrycznik aż tak nie rzuca się w oczy. A jednak jest, równie jak poprzednicy, powszechny i wszechobecny! Bywa istną plagą i utrapieniem w ogrodach, rośnie bowiem szybko, w każdych niemal warunkach, jest silny i wyjątkowo trudno go wyplenić. Przez całą wiosnę jednak do odszukania są w zasadzie jedynie jego liście. Zakwita zwykle dopiero w czerwcu.

Przy czym to właśnie młode liście, jeszcze bez pędów kwiatowych, stanowią surowiec spożywczy i do codziennego użytku. Im młodsze, tym delikatniejsze i smaczniejsze. Kwitnący podagrycznik staje się gorzki, piekący, zaś jego pędy mają już zastosowanie wyłącznie lecznicze. Podobnie jak korzeń, który zbiera się późną jesienią lub wczesną wiosną.

Młode liście tej podagrycznika da się bez trudu odszukać nie tylko wiosną, nawet po zakwitnięciu pędów pojawiają się kolejne. Bardzo intensywnie odrastają też po skoszeniu lub zbiorze. 

Swą nazwę roślina zawdzięcza swemu potencjałowi leczniczemu. Leczono nim podagrę, dziś określaną jako dna moczanowa. Oraz inne schorzenia stawów, a także nerek i przemiany materii.

Właśnie potencjał oczyszczania nerek i usuwanie z organizmu złogów oraz zanieczyszczeń, a także regulowanie procesów trawiennych, stanowi o jego wysokich walorach jako rośliny spożywczej. Kilka wieków temu, zanim w naszym regionie pojawiły się warzywa znane jako „włoszczyzna”, młode liście podagrycznika stanowiły często warzywny dodatek. Do surówek, zup, sosów, potraw mięsnych i jarskich. Jest zresztą bliskim krewnym selera, pietruszki, marchwi, lubczyku, należącym do tej samej rodziny selerowatych. Jego smak i zapach przypomina wyraźnie smaki i aromaty wyżej wymienionych roślin.

Podagrycznik nadaje się do jedzenia na surowo, można go gotować, kisić, zasolić. Można suszyć. Nadaje się do zrobienia przetworów o pikantnym, wyrazistym smaku: przecierów, pesto itp. Podobnie jak pokrzywę czy lebiodę, warto przyrządzać go jak szpinak, wykorzystać na przykład jako nadzienie (naleśniki, pierogi), do zapiekanek… Robić z niego zupy. Pomysłów może być tyle samo, co w przypadku każdej innej jadalnej zieleniny.

Trzeba tylko liczyć się z jego dość intensywnym smakiem.

Radzę na początek po prostu wypróbować go jako dodatek, w niewielkich ilościach. Jeżeli smak podagrycznika jest dla nas zbyt intensywny, by jeść go jako samodzielną potrawę, użyjmy go do przyprawiania. Potraw pikantnych i słonych, ze słodkim smakiem nie komponuje się najlepiej.

Często słyszę pytanie jak rozpoznać podagrycznik. Celowo zamieszczam więcej niż jedno jego zdjęcie. Podaję też link do artykułu Łukasza Łuczaja z bardzo dobrym omówieniem porównawczym oraz fotografiami pokazującymi cechy charakterystyczne. Jeżeli mimo tego ktoś z czytających będzie miał problem lub wątpliwości, wtedy cóż… Najlepiej poprosić kogoś, kto umie go rozpoznać i wspólnie poszukać w terenie. Wtedy będzie można poznać nie tylko wygląd, ale też smak i zapach tej rośliny. To zaś z pewnością znacznie ułatwi jej identyfikację!

Jak rozpoznać podagrycznik wg Łukasza Łuczaja

***

Przekonałam się wielokrotnie o wysokiej wartości trojga opisanych bohaterów, pokrzywy, mniszka i podagrycznika, w działaniach profilaktycznych. Określając je jako „trójcę”, chcę podkreślić, że i jak skutecznie, wzajemne się uzupełniają.

Jeszcze jedna, ważna uwaga. Pisząc o „codziennym” użytkowaniu nie mam na myśli zjadania omawianych roślin dzień w dzień. Jak przy wszystkim, tak i tu  wskazany jest umiar!

Zachęcam raczej, aby pamiętać o nich tak, jak pamiętamy o warzywach, owocach i przyprawach, wybieranych do przygotowania posiłków. Różnorodnie.

Jak wspomniałam na początku, cennych, smacznych i wartościowych roślin jadalnych i przyprawowych jest wokół nas dużo, dużo więcej! Ale… od czegoś trzeba zacząć. Warto sięgnąć po te, które są łatwo dostępne, proste albo niezbyt trudne do rozpoznania, a przy okazji bardzo wartościowe. I łatwe do zagospodarowania.

Zachęcam do poszukiwań i eksperymentów. Powodzenia!

Zdjęcie wiodące wpisu: liście podagrycznika, znalezione w internecie

Owocobranie cz. II

Jutro Przesilenie, początek astronomicznej Zimy –

i świętowane na wiele sposobów odrodzenie słońca.

Zatem ostatni to wpis „jesienny”… w tym roku.

CD

Rokitnik_zwyczajny_owoce_jesien3

fot. Internet

  • Rokitnik

Owoce tej jakże cennej rośliny na wiele lat zupełnie zniknęły z naszej kuchni (i apteczki), chociaż pamięta się o nich na wschodzie, w tym za naszą wschodnią granicą. Dziko rosnący rokitnik nie występuje na całym obszarze kraju, głównie na wschodzie właśnie i na północy. Bywa natomiast sadzony jako roślina ozdobna. W wielu regionach (np w Pieninach) dziczeje i można go znależć także poza uprawami. Jeszcze niedawno dziko rosnący był pod całkowitą ochroną, obecnie zmieniono to na częściową.

Rokitnik jest rośliną dwupienną, co oznacza, że owoce wydaje tylko jego żeńska wersja, w obecności męskiej (co umożliwia zapylenie). Jeżeli chcemy go uprawiać, trzeba wziąć to pod uwagę.

Jako bliski krewny oliwki, dostarcza bardzo wartościowego oleju, nie tylko do celów kulinarnych. Olej rokitnikowy jest olejem spożywczym, ale też bardzo cennym suplementem (lub lekiem) o unikalnym składzie. A także – kosmetykiem lub składnikiem kosmetyków. 

Owoce rokitnika mogą pozostawać na krzewach aż do wiosny (o ile nie zjedzą ich ptaki) i na ogół utrzymują sporą część swojej wartości. Jest jednym z nielicznych owoców, które nie tracą zawartej w nich witaminy C i to ani pod wpływem dłutrwałych mrozów (do wiosny), ani wysokich temperatur podczas przetwarzania. Owoce rokitnika zawierają też sporo pektyn, dzięki czemu doskonale nadaje się na galaretki i dżemy. W gruncie rzeczy nadają się do wszelkich wyrobów, zaś ich łagodny i lekko kwaskowaty smak powoduje, że mogą być także wytrawne.

Praktycznym utrudnieniem w użyciu rokitnika jest trudność zbioru owoców. Krzew jest mocno kolczasty, zaś rokitnikowe kuleczki dość miękkie i nieco opornie dają się odrywać od gałązek. Trzeba się z tym liczyć…

Bogactwo zastosowań owoców rokitnika: kulinarnych, kosmetycznych, prozdrowotnych i leczniczych jest, jak wspomniałam na wstępie, tradycyjnie znane i „od zawsze” doceniane na wschodzie. Jest tam zresztą znacznie bardziej dostępny. Zachęcam zatem do poszukiwań źródeł i przepisów u naszych wschodnich sąsiadów.

sliwa-tar_0221

fot. użyczona

  • Tarnina

Tarnina jest dziką śliwą, co zresztą dość łatwo poznać po wyglądzie owoców. Gorzej nieco ze smakiem, chociaż przy dobrych chęciach można go uznać za „śliwkowy”, tyle, że praktycznie pozbawiony słodyczy. Tarniny sa kwaśne i cierpkie, nawet zupełnie dojrzałe i po przemrożeniu.

Dojrzewają zresztą, jako się rzekło, bardzo późno, nie wcześniej niż w październiku. Najlepszy czas zbioru to okres, kiedy są już dojrzałe, ale jeszcze jędrne. Jak wszystkie śliwy bowiem tarnina ma sporą pestkę, którą należy usunąć, szczególnie jeżeli zamierzamy zrobić nalewkę.

Z punktu widzenia wartości leczniczej za bardziej przydatne uważa się kwiaty tego krzewu. Owoce, mające działanie lekko przeciwbiegunkowe, przeciwzapalne i ściągające, stosuje się rzadzej i raczej w mieszankach, w postaci suszonej.

Kulinarnie tarnina nadaje się do przerobu w takim samym zakresie jak śliwki, trzeba tylko liczyć się z jej naprawdę wyrazistym smakiem, nie dla każdego do zaakceptowania w postaci „czystej”. Często zatem tarninę wykorzystuje się raczej jako dodatek, niż surowiec bazowy.

Jeżeli chcemy pokusić się o wyroby z samej tarniny konieczne jest ich posłodzenie, wyraźnie mocniejsze niż w przypadku innych odmian śliwek. Nawet powidła, robione zwykle bez dodatku cukru, w przypadku tarniny muszą być dosładzane!

Bardzo wartościowa jest natomiast tarnina jako smakowy dodatek do innych późnojesiennych wyrobów. Mozna ją łączyć w kompozycje z np mało wyrazistymi w smaku owocami głogu i łagodnymi owocami uprawnymi, jak słodkie jabłka, dynia albo cukinie lub kabaczki.

Ciekawy efekt daje wytrawna nalewka tarninowa, słodzona minimalnie, bardziej dla podkreślenia innych odcieni smakowych!

Krzewinki

Jesienne owoce to również niepozorne, kojarzone raczej z letnimi zbiorami czarnych jagód, krzewinki. Rośliny lasów raczej niż pól lub łąk, oraz terenów podmakających.

1024px-Vaccinium_vitis-idaea_20060824_003

fot. z Wikipedii

  • Borówka brusznica

Borówki czerwone, w niektórych regionach znane jako brusznice lub gogodze, są w naszych regionach niewiele mniej rozpowszechnione niż te czarne. Zapomina się jednak o wartości ich owoców…

Brusznica ma smak lekko mączysty, przypominający tym owoce głogu. Jej cierpkawe owoce dojrzewają bardzo często dwukrotnie w ciągu roku. Pierwszy zbiór przypada w okresie podobnym do borówki czarnej, po czym ponownie zakwita i owocuje w pażdzierniku. Dlatego można ją zaliczyć do owoców jesiennych. Łodygi i liście brusznicy są zimozielone. W wielu regionach kraju, na równi z barwinkiem i bukszpanem, wykorzystuje się je do dekoracji koszyczków wielkanocnych. Wartość liści i ziela jako rośliny zielarskiej najwyższa jest wiosną. Owoców – późnym latem i jesienią. 

Owoce i ulistnione łodyżki brusznicy mają mocniejsze niż czarna jagoda działanie regulujące na jelita, w tym jelito grube. Zatem owoce tej krzewinki w kulinarnych zastosowaniach doskonale nadają się jako dodatek do potraw mięsnych i tłustych. Tak też przez wieki były wykorzystywane.

To brusznica właśnie, a nie używana dziś zastępczo galaretka z porzeczek ani nawet żurawiny, była bazowym składnikiem sosu Cumberland, używanego do dziczyzny. I nie tylko do niego…

zurawina

fot. z Wikipedii

  • Żurawina

Owoców żurawiny nie trzeba, jak sadzę, przedstawiać ani przypominać. Zyskały sobie stałą, w pełni zasłużoną pozycję w kulinarnym i zdrowotnym wykorzystaniu owoców. Mniej znany jest fakt, że także liście tej krzewinki działają regulująco, oczyszczająco i bakteriobójczo na drogi moczowe.

Liście jednak, jak to liście, mimo iż zimozielone, zbiera się wiosną. Późna jesień, a często i zima, to czas owoców żurawiny…

Krzewinki tej rośliny z wyglądu dałoby się pomylić z czerwoną borówką – obie są zimozielone, jak już wspomniałam i mają kuliste, czerwone owoce. Różnią je zasadniczo obszary występowania: borówka lubi tereny suche i piszczyste, żurawina, jak da się wnioskować z nazwy (błotna), jest typową rośliną mokradeł i terenów bagnistych. No i w żaden sposób nie da się pomylić smaku! Żurawina jest po prostu kwaśna, ten smak dominuje w niej zdecydowanie. Zarówno właśnie ciekawy smak jak i szeroki zakres użytkowy są z pewnością powodem popularności żurawiny. Wyrabiać można z niej wszystko, od soku, win, dżemów,galaretek i kisielu po wytrawne dodatki do mięs i ryb. 

Warto może wspomnieć, że coraz częściej można spotkać się z uprawami żurawiny wielkoowocowej, rośliny dziko rosnącej w Ameryce Północnej. Sprowadzona została ze względu na łatwość uprawy właśnie i owoce wyraźnie większe niż rodzima żurawina błotna. To z niej produkuje się ogromną wiekszość żurawinowych wyrobów dostępnych w sprzedaży. Zakres działania i sposoby przetwarzania są dla obu gatunków identyczne.

Nasiona i inne

400_300_fototapeta_galeria-flash_jesiennie---zoledzie-wsrod-lisci-papierowe_200544

fot. internet

Jesienne, późnojesienne i zimowe pożytki to nie tylko owoce mniej lub bardziej miękkie i soczyste. To również, na przykład, owoce jałowca i jemioły, których zbiór przypada właśnie zimą. Te drugie (jemioła) wyłącznie do zastosowań leczniczych!!!

No i rzecz jasna nasiona – wszelkie orzechy, żołędzie, kasztany: jadalne lub zwane kasztanami nasiona kasztanowca zwyczajnego (na kosmetyki), mak, zboża…. i wiele innych.

Późnych pożytków zielarskich jest w naszej florze jak widzać sporo. Jeżeli dodać do tego wszystkie mniej lub bardziej egzotyczne, od migdałów, winogron (rodzynek)  i fig po ananasy lub mango – lista robi się bogata!

I właśnie owo bogactwo, różnorodność i szczodrość Natury po raz kolejny chciałam podkreślić

 w tym ostatnim tej jesieni wpisie!

Jako uzupełnienie link do artykułu już niegdyś przeze mnie napisanego: „Owoce bez konserwantów”, (ze strony Natmed)

Owoce jesieni

Aaaależ zaniedbałam bloga!!!! Przepraszam! Wszystkich!

Serdecznie!

5e8c379ffff87f0589d8842419105c00.media.300x238

***

Jesień z jej bogactwem owoców i nasion jest wciąż wyśmienitą porą

do „puszczenia wodzy” fantazji i kulinarnych (oraz kosmetycznych) doświadczeń.

Owoce jesieni uprawiane, „oswojone” przez ludzi, wszyscy doskonale znamy. Jabłka, gruszki, śliwki, orzechy, dynie i wszelkie ich pochodne, pomidory, ogórki, papryki  itd itp.

No i mamy owoce dzikie, które teraz, często po wiekach zapomnienia, wracają w obręb naszych zainteresowań.

Tu pozwolę sobie zacytować samą siebie:

Ważne!!!

Zanim zaczniemy stosować dzikie inspiracje kuchenne,

sprawdźmy jak reagujemy na każdą z roślin,

a także jak (i czy) nam smakują!!!

***

Wspólną cechą nieomal wszystkich dziko rosnących owoców jest to, że ich „masa użytkowa” jest wyraźnie mniejsza niż owoców hodowlanych. Czasami zatem niełatwo zgromadzić na tyle surowca, by sporządzać jedno smakowe przetwory (konfitury, dżemy, soki, powidła, przeciery itp). Jest to w pełni możliwe, jednak także bardziej pracochłonne… Ale i z taką trudnością można sobie poradzić!

Po pierwsze – wszystkie jadalne owoce dziko rosnące nadają się do suszenia. Można je później wykorzystywać do herbatek lub kompotów.

Można takie owoce także kandyzować – czyli obsmażać w cukrze. Zadanie pracochłonne, ale efekt – niesamowity! Surowca zaś nie trzeba wiele.

Można robić z nich jednosmakowe lub mieszane nalewki lub wina – ciekawe urozmaicenie zimowych zapasów.

Ważne! Nie robimy nalewek a owoców czarnego bzu ani bzu koralowego – chyba, że z ogrzanego wcześniej soku…

Można robić z owoców dzikich octy, jedno lub wieloskładnikowe.

Można w końcu uzupełniać czy też wzbogacać nimi wyroby z owoców bardziej mięsistych i objętościowych – jabłek, gruszek, śliwek, dyni,   a nawet kabaczków albo cukinii.

Każdy z gatunków dzikich doda do wyrobów swoje bogactwo, smak, zapach, nierzadko kolor. A to sprawia, że nasze wyroby będą bardziej urozmaicone, ciekawsze nawet „na oko” – no i znacznie cenniejsze odżywczo!

Jakiekolwiek wyroby lub przetwory decydujemy się zrobić,

szukamy zwykle przepisów.

Cóż, z tym bywa różnie… Kiedyś już wspominałam, że przepisy gotowe, takie „od A do Z”, na wyroby z owoców (i w ogóle surowców) dziko rosnących, dość trudno znaleźć. O ile zaś są, to często mocno zróżnicowane i nie zawsze spójne. Wynika to z prostego faktu, iż na wiele lat tego typu wyroby poszły „w odstawkę” (mówiąc trywialnie) i zapisów istnieje bardzo mało! Różnorodność istniejących pomysłów na tradycyjne potrawy zachowała się raczej jako elementy kuchni regionalnych lub historycznych – i tam najlepiej ich szukać. Z zastrzeżeniem, że niemało z nich nigdy nie miało na celu uzyskania wyrobów „zielarskich”, o działaniu leczniczym lub choćby profilaktycznym – stąd częste rozbieżności, nierzadko dziś postrzegane jako „błędy”.

Biorę to słowo w cudzysłów, bo często jest tak, że „sposoby na” z punktu widzenia tradycji znane i rozpowszechnione, negowane są dopiero od bardzo niedawna – na podstawie coraz bardziej zaawansowanych badań biochemicznych.

Tu powstaje istotne pytanie: co my sami uważamy za „błędne”?

Czego oczekujemy od naszych naturalnych (czyli własnego wyrobu) smakołyków lub kosmetyków? Czy bardziej zawierzymy tradycji i   przekazom sprzed wieków czy współczesnej nauce? Żadna z tych wersji nie jest „lepsza” ani „gorsza”. Po prostu różnią się zakresem wiedzy dostępnej w konkretnym czasie… oraz założeniami. I od tego, które z założeń uznamy za własne, zależy w gruncie rzeczy, jakie wersje wybierzemy. Oraz gdzie będziemy ich szukać…

Przy okazji warto zauważyć, że wyroby tradycyjne często zachowują w pełni „poprawność” biochemiczną, w drugą stronę zaś – nowo powstające przepisy lub koncepcje nie zawsze bazują na biochemii fitoterapeutycznej… To również zależy od celów, jakim maja służyć!

W kwestii samych przepisów zaś:

jestem przekonana, że każdy, kto kiedykolwiek robił domowe wyroby lub przetwory, wszystko jedno z jakich surowców, poradzi sobie i z tymi „zielarskimi”. Chociażby metodą prób i błędów!

Kto natomiast nie – cóż, będzie musiał faktycznie nauczyć się „od podstaw”. I znów – niezależnie od rodzaju owoców/ warzyw/ roślin…

Naprawdę istotne jest, jak wynika z moich wieloletnich doświadczeń,

nie tyle to jaki przepis wykorzystamy, co raczej:

na ile poznamy nowe surowce.

Ich charakterystyka w kolejnym wpisie.

***

jarząb

Jarząb szwedzki – owoce

Zaś żeby nie sprawdziło się powiedzonko, że „krowa, która dużo ryczy mało mleka daje”, wrzucam przepis „wieloczynnościowy”:

Masa jabłeczna lub dyniowa z owocami czarnego bzu (jarzębiny, kaliny),

do użycia do ciast, szarlotek, na galaretki, wypieki różne oraz jako samodzielny deser…

Proporcje: na 2 kg jabłek lub miąższu dyni

jabłka lub miąższ dyni 2 kg

owoce:

czarnego bzu 3 – 5 kiści

jarzębiny (jarzębu szwedzkiego, mączystego) 1/2 l

kaliny 1/4 lub 1/3 l

cukier lub (lepiej) miód ok. 30 dkg

odrobina wody, ewentualnie soku z cytryny

opcjonalnie dodatki smakowe: cynamon, goździki, inbir, gałka muszkatołowa itp (ja nie dodaję)

Wybrane dzikie owoce obać z szypułek, umyć.

Jarzębinę i/ lub kalinę lepiej przemrozić 12 – 24 godz (w zamrażalniku), po czym zblanszować i odcedzić.

Bzu nie ma potrzeby w żaden sposób przetwarzać.

Jabłka lub miąższ dyniowy pokroić w niewielką kostkę. Ogrzewać w sporym rondlu do uzyskania w miarę jednolitej konsystencji. W razie potrzeby odrobinę podlać wodą. Miazga powinna mieć strukturę gęstej masy, spadającej z łyżki płatami.

Do rozprażonej, gorącej masy dodać cukier/ miód, zamieszać starannie. Wsypać przygotowane owoce. Wymieszać, uważając (szczególnie z bzem!!!) by ich nie porozgniatać. Ogrzać jeszcze ok 10 – 15 min, przełożyć do sterylnych słoików.

Smacznego!!!

Medialnie

Nareszcie ujarzmiłam ten, zawiły dla mnie, temat: udostępnianie filmu… A zatem spóźnione, ale jest! Z ogromną wdzięcznością dla Aleksa Berdowicza i jego wielkiej pasji!

 

 

 

 

 

Moda na zioła?

Kolejny raz apeluję,

szczególnie do zbieraczy i pasjonatów młodych (niekoniecznie wiekiem!)

o coś, o czym pisałam już wielokrotnie:

CIERPLIWOŚCI!!!  

Jako ta „zaprawiona w bojach” pozwolę sobie na kilka uwag :)

Kiedy zaczynałam pracę z roślinami i zbieranie wiedzy o nich, własną, że tak to określę, zielarską przygodę,

 NIE BYŁO takich jak dziś kursów, szkoleń, możliwości…

Poza wprawkami z dzieciństwa i to z ludźmi nie mającymi naukowej wiedzy botanicznej, jak np moja Babcia – zielarka lub Dziadziuś – pasjonat, moje przygotowanie do poznawania roślin to był 1 semestr botaniki podczas studiów. Nie istniała farmakognozja, nie było opracowań biochemicznych ani rozlicznych „jedynie słusznych” diet.

Była za to tradycja i pamięć o wiedzy i doświadczeniu pokoleń. I od nich zaczynałam…

Tak sobie często myślę, że miałam sporo szczęścia! To, co wiem i umiem dziś, aż do wiedzy terapeutycznej, to własna praca i praktyka. Trwająca przez lata…. Tomy książek, godziny na łąkach, polach, w lasach i nad wodami, setki rozmów, poszukiwań, prób i błędów, poznawania Natury – i siebie!

Z konieczności spokojnie, powoli, bez presji i sztucznego wyścigu, chociażby z samą sobą!

***

Dziś „na oko” jest łatwiej, można te wiedzę gromadzić  szybciej. Mamy internet, kursy, spisy, materiały (w tym obcojęzyczne), badania itd itp. Z jednej strony to wszystko ułatwia start – z drugiej, cóż, wielość możliwości, czasem sprzecznych informacji i danych, powoduje zamęt.

W dodatku większość nowych pasjonatów ziół chce mieć informacje od A do Z „na już”, teraz, zaraz, natychmiast!  Wieloletnie nawyki myślowe pchają nas do pośpiechu, gromadzenia, korzystania ze wszystkiego naraz…

Tak się nie da! 

Gotowe pomysły, gotowe rozwiązania, przepisy są oczywiście przydatne, ale pokażcie mi proszę panią domu, która po przeczytaniu książki kucharskiej umie perfekcyjnie gotować! Albo dziecko zdolne napisać pełne, zgrabne zdania, jedynie po zapoznaniu się z alfabetem!!!

003

Proces nauki z samej swojej natury jest stopniowy, etapowy. Wymaga czasu i ćwiczeń. Skupienia uwagi na poszczególnych elementach wiedzy – z czasem coraz liczniejszych….

Natura nam nie ucieknie. Jak pisałam już kiedyś – czego nie zbiorę w bieżącym roku, znajdę za rok. Lub zastąpię czymś innym…

Tu może ktoś zaoponować: ale trzeba wiedzieć, czym!

Teoretycznie – tak! Jednak jeżeli traktujemy rośliny zbierane z dzikich stanowisk „po prostu”, używamy ich na co dzień, gromadzimy na zimę dla wzmocnienia i wspomożenia organizmu, to owa wybiórczość (co na co) staje się nieważna! A przynajmniej – mniej istotna…

Leczenie zaś przy pomocy ziół i preparatów zielarskich czegokolwiek – to naprawdę wiedza i umiejętność dla znawców!!!! 

Stopniowe przyzwyczajenie do odmienności jest zresztą korzystne dla nas.

Czy dziecku, które odstawiamy od piersi, podajemy od razu w zamian pełny obiad? NIE! Powoli i etapami wzbogacamy mu dietę o inne pokarmy, pozwalając na przyzwyczajenie się do „nowinek”. Odmienny sposób odżywiania z włączeniem dzikich roślin dla większości z nas jest nie mniejszą „nowinką”. Warto o tym pamiętać.

To jedna strona medalu. Druga jest taka, że nie mamy najczęściej żadnego pojęcia o tym, co tak naprawdę nam zasmakuje, przyda się, a nawet posłuży… Oduczyliśmy się słuchać swego ciała, badać delikatnie i z miłością jego potrzeby. Stopniowo – nie naraz! Przypomina mi się prastara anegdotka o ciężkim kacu i przekonaniu, że „to ten grzybek zaszkodził” ;) (W innych wersjach – śledzik…)

Jeżeli nasz organizm zareaguje nieoczekiwanie,

nie odgadniemy CO było przyczyną,

fundując mu cały zestaw nowinek.

Z tym wszystkim warto połączyć świadomość, że Natura, dając, potrzebuje szacunku i umiaru z naszej strony!

„Primum non nocere” – „Po pierwsze nie szkodzić”!

Ta zasada dotyczy nie tylko przysięgi Hipokratesa i leczenia ludzi, ale także wszelkiego życia i jego harmonii wokół nas!

A w każdym razie – powinna!

***

O rany… No i wyszedł mi elaborat „pouczający”. Proszę o wybaczenie każdego, kto poczuł się dotknięty lub urażony; nie miałam takiego zamiaru!

Ale tak właśnie, niestety, wygląda często w moich oczach współczesna „moda na zioła”…

Cieszy mnie ona ogromnie – tym niemniej wielokrotnie brakuje w niej umiaru i stonowania.

Łagodności. Radosnego odkrywania Natury – i siebie w Niej i z Nią. 

Cierpliwości właśnie!

Której wszystkim pasjonatom z całego serca życzę!!!! 

Podobne wpisy: „Z szacunku do Natury” ;„A to na co jest?”; „Czy na co dzień?”; oraz artykuł

O liściach słów kilka

Liście, liście, liście

Zbiór liści roślin – zdawać by się mogło, nic prostszego…

W tak prostym działaniu jednak również trzeba zachować podstawowe zasady i terminy, o ile chcemy mieć wartościowy surowiec, nie szkodząc przy okazji Naturze.

Liście to materiał bardzo zróżnicowany. Możemy je zbierać z roślin zielnych (jednorocznych i bylin), krzewów lub drzew.

O terminach zbierania roślin było już wcześniej: „Pory zbioru”, ale bardzo ogólnie….

Zbieranie liści jest poniekąd zadaniem na cały sezon zielarski,

przy czym:

 – liście drzew i krzewów zbieramy wyłącznie wiosną!

Najlepiej przed kwitnieniem, chociaż młode listki pojawiające się później na końcach pędów również są użytkowe. Ale jest ich znacznie mniej.

screen bez cz

Młodziutkie liście czarnego bzu – kwiatostan w pączku

Zasada „przed kwitnieniem” nie dotyczy  drzew i krzewów kwitnących zanim pojawią się liście lub równolegle z nimi – jak brzozy, leszczyna, jesion, dąb… 

liście brzozy

Młode liście brzozy

– liście roślin zielnych zbiera się po prostu młode.

Nie musimy restrykcyjnie przestrzegać wyłącznie „majowej” pokrzywy, wczesnowiosennych mniszków, babki, chrzanu i wielu innych. Ważne natomiast by były to faktycznie młode, jasnozielone liście… 

pokrzywa

Młoda pokrzywa

– Pędy drzew iglastych (igły to też liście!)

zbieramy od chwili gdy są już zielone do czasu, kiedy zaczynają  wyraźnie ciemnieć

odrosty sosny

Pędy sosny do zbioru

Bardzo dużo jest również zastosowań dla liści.

Oczywiście zastosowania są różne dla różnych gatunków!!!

Liście można między innymi:

  • suszyć,
  • kisić,
  • „fermentować” (określenie nieco mylące, ten proces jest w zasadzie utlenianiem enzymatycznym)
  • konserwować solą lub cukrem,
  • wykorzystać na syropy, maceraty lub tinktury alkoholowe,
  • wyroby tłuszczowe (maści, maceraty olejowe)…

Różne metody konserwacji omawiałam wcześniej

w serii : „Konserwowanie ziół” ; 

pojawią się też kolejne propozycje

 

Liści możemy używać

  • na surowo lub do gotowania jako zieleninę,
  • parzyć z nich napary lub odwary:
  • do picia,
  • kąpieli,
  • płukania włosów,
  • wyrobu toników lub bardziej złożonych kosmetyków
  • do mieszanek zapachowych (poduszeczki, wiązanki)
  • jako składniki kadzideł…

Zależnie od tego z jakich roślin pochodzą, liście mogą być użytkowe na co dzień (prozdrowotnie); jako leki; surowiec „magiczny” – jednogatunkowo lub w mieszankach.

 

 

To w gruncie rzeczy najbardziej wszechstronny „pożytek” z roślin,

nadający się do różnorodnej obróbki.

 

barszcz screen

Kalendarium 2015 cz. I

Kolejny sezon się zapełnia

003

Ustalone są już terminy cyklu zielarskiego w Dobrym Miejscu 

10259818_616385688449991_1956885314612563980_n

Dobre Miejsce Alfredówka

„Wiosna czarodziejka” 2014 – fot. archiwum

Kontakt, informacje, zgłoszenia: Dobre Miejsce

***

Terminy wiosenne w

 Szkole  Wrażliwości Kapkazy:

 * 17 – 19 kwiecień

* 1 -3  maj

* 29 – 31 maj

616111_363838223710208_1228280734_o

Magiczny świat Szkoły Wrażliwości 

fot = facebook

Kontakt, informacje, zgłoszenia: Kapkazy Szkoła Wrażliwości

albo 

Zielicha

***

 

23 i 24 maja planowane spotkanie z odtwórcami w

Ogrodzieńcu

DSC00101

***

W początkach czerwca , na pewno 6.06, będę na

Zlocie zielarskim w Puszczy Goleniowskiej

z warsztatem otwartym przy ognisku wraz z Kasią Miłochną z Miejskiej Kniei oraz własnym

„Spotkaniem z magią ziół”

(16,30 – 18,00)  dla kilkuosobowej grupy.

Cdn

Z wiosną!!!

Trzydziesty wpis na blogu przypadł na początek wiosny…

Nie planowałam tego ani też nie celowałam specjalnie.

Cieszę się jednak, że ów „mini jubileusz” wita tę właśnie porę roku!

Oczywiście kalendarzowy 1 dzień wiosny nie musi być jednoznaczny z eksplozją wiosenną wokół nas. Często w naszych warunkach klimatycznych nie bywa nią, pozostając nadal szarawym jeszcze przedwiośniem lub wręcz białą zimą!

Tym niemniej Wiosenna Równonoc, czyli 20 lub 21 marca to umowny, kalendarzowy i astronomiczny „próg”.

Moment przełomu.

Od tej daty ilość godzin światła słonecznego w ciągu doby przeważa i niezależnie od temperatur czy też pogody, budzi sie wkoło coraz więcej życia. Mamy też juz spokojną pewność, że, wraz z nasiloną aktywnością zwierząt, w tym rozśpiewanych ptaków, prędzej niż później pojawi się zieleń, kwiaty, barwy i ciepłe dni.

Od wieków była to okazja do świętowania odradzajacego sie, zmartychwstającego

ŻYCIA

z jego bogactwem, różnorodnością, szczodrością – i pięknem.

Bogatą i różnorodną paletą surowców na smakołyki, kosmetyki, wspomagajace zdrowie, a i lecznicze preparaty. Jeszcze nie kolorową, wciąż zieloną tylko ledwo ledwo, tym niemniej już użytkową.

Jare Gody, Ostara, Marzanna, Wielkanoc

cieszmy się wiosną, świętujmy ją, uhonorujmy każdy po swojemu i… korzystajmy z jej dobrodziejstw!

pokrzywa marzec

Konserwacja ziół sposób 5: cukier i miód odc. I

Konserwacja w cukrze/miodzie, syropy, soki

Podobnie jak proces kiszenia lub zasolenia, doskonałym konserwantem dla roślin zielarskich są miód lub cukier. Do takich, słodkich wyrobów, należą syropy, soki, konfitury, dżemy, marmolady, galaretki, a nawet wina. Na bazie cukru i miodu da się robić także żelki, cukierki (mniej lub bardziej lecznicze), czekolady i czekoladki… lody, ciasta.

Jak widać wybór jest bardzo bogaty

Wprawdzie jakość białego cukru, dostępnego obecnie w sklepach, pozostawia bardzo wiele do życzenia, tym niemniej niektórych przetworów bez użycia cukru zrobić się po prostu nie da! Można cukier biały zastępować brązowym lub melasą. W wielu przypadkach da się wykorzystać miód, chociaż ten ostatni, sam w sobie będąc surowcem leczniczym, zawsze nieco zmienia skład przygotowywanego wyrobu. Przy czym w przetworach codziennego użytku lub kosmetykach nie ma to większego znaczenia.

Miód nie jest polecany dla osób uczulonych na produkty pszczele!

Jeżeli decydujemy się na użycie miodu, pamiętajmy, iż nie powinien to być miód spadziowy. Wszystkie pozostałe nadają się jako dodatek do przetworów zielarskich. Najlepsze są łagodne miody kwiatowe, w tym np wielokwiatowy, lipowy, mniszkowy, rzepakowy itp

Aby zakonserwować zioła miodem często wystarczy

wymieszać z nim sok lub miazgę roślinną.

W proporcji 2/3 miodu na 1/3 roślin uzyskujemy wartościową mieszankę, rodzaj intensywnego syropu. Ten sposób warto zastosować do roślin, które nie jest trudno zebrać w większych ilościach.

  • pokrzywę, uzyskując doskonały „wzmacniacz” odporności, także dla dzieci,
  • babkę lancetowatą – dla ochrony i regulowania gardła
  • liście podagrycznika
  • kwitnące pędy i młode listki bluszczyku kurdybanka
  • liście podbiału lub liście i kwiaty ślazów

Podaję tylko przykłady – sugestie. Warto samemu sprawdzić jakie smaki komponują nam się z miodem i wypróbować, choćby niewielkie ilości. Tego typu maceraty miodowe są w miarę trwałe i zachowują większość potencjału roślin świeżych.

Konieczne jest przy robieniu takich mieszanek bardzo staranne rozdrobnienie roślin. Najlepiej je zemleć lub dokładnie rozetrzeć np w makutrze.

Do doraźnego lub szybkiego wykorzystania, mniej więcej na czas około miesiąca, można w podobny sposób – mieszając z miodem – zagospodarować świeże kwiaty mniszka, wiązówki, czarnego bzu, lipy itp. Przechowywać w lodówce, w niewielkich słoiczkach.

Dandelions_(mlecz)

 

Unikam tu zwykle omawiania leczenia . Jednakże syropy są tak powszechnie znane i używane, a zarazem na tyle proste do wykonania we własnym zakresie, że odejdę tym razem od powyższej zasady. Tym bardziej, że syrop może być użyty także jako dodatek smakowy – rodzaj soku. Najpopularniejsze przykłady to „miodek” z kwiatów mniszka lekarskiego, syropy z kwiatów lub owoców czarnego bzu, róży, mięty, lipy i wiele innych

Klasyczne syropy lecznicze robi się kilkoma metodami.

Najprostszy do wykonania i zarazem intensywny w działaniu syrop uzyskamy przez ugniecenie surowca roślinnegoz cukrem lub miodem. Ta metoda nadaje się do miękkich części roślin: kwiatów, liści, większości owoców. Jej zalety to prostota wykonania i efektywność. Wadą jest nieco mała trwałość takiego wyrobu: 2 – 3 miesiące w chłodnym,ciemnym miejscu.

Jak zrobić?

miodunka

(fot. z Kursu Zielarstwa; D. Wojczyk)

Syrop z … [XYZ] : 

* cukier lub miód plus:

  • kwiaty podbiału
  • liść babki lancetowatej
  • ziele miodunki plamistej
  • kwiat mniszka lekarskiego
  • liść podbiału
  • kwiat lipy
  • liście i kwiat ślazu
  • ziele mięty
  • ziele macierzanki
  • lub inne….

Rośliny, całe lub rozdrobnione, ugniatamy (ubijamy) w słoiczkach, przesypując cukrem lub polewając miodem. Znacznie zmniejszają objętość ,zatem zużyjemy surowca przynajmniej o połowię więcej niż przewidziane naczynie! W niektórych przypadkach – drugie tyle. Trzeba się z tym liczyć…

W bardzo podobny sposób robi się popularne syropy z młodych odrostów roślin iglastych:

  • sosny,
  • jodły,
  • świerka

Zebrane pędy dzielimy na mniejsze kawałki lub zgniatamy – łatwiej uwolnią sok. W naczyniu, podczas przesypywania cukrem, wystarczy je tylko lekko ubić – zawarte w nich żywice działają konserwująco.

Syropy – soki owocowe

Tę samą metodę, tylko raczej bez ugniatania, warto zastosować do wszystkich prawie owoców miękkich – jak maliny, borówki, porzeczki, truskawki, poziomki, jeżyny… Lub wielu innych.

Jedyny wyjątek to owoc czarnego bzu, który powinien być ogrzany do ok 50 – 70 stopni.

Syropy z roślin iglastych i soki owocowe są jednymi z niewielu wyrobów zielarskich, które mogą, powinny wręcz, być wystawione na słońce.

Bardziej złożona jest technika syropów robionych z maceratów.

Jak zrobić?

Trzeba najpierw uzyskać wodny macerat z materiału roślinnego.

Uwaga!

Czas macerowania jest różny dla różnych roślin i warto sięgnąć po konkretne zalecenia. Najkrótsze maceracje to ok godziny – półtorej, najdłuższe: 2 – 3 dni

Zalewamy surowiec wodą, wrzącą lub lekko przestudzoną, pozostawiamy do maceracji. Odcedzamy, dość mocno odciskając wodę. Najwygodniej cedzić porcjami przez płótno i wycisnąć każdą starannie. Czysty macerat ogrzewamy, dodając do niego cukier lub miód, zazwyczaj w proporcji ok 1 kg cukru lub ¾ l miodu na 1 l maceratu. Ogrzewamy do temperatury bliskiej wrzeniu, utrzymując ją dla odparowania wody (zagęszczenia). Syropy gotuje się powoli i na małym ogniu, unikajmy intensywnego wrzenia! Gęstniejący syrop bardzo łatwo, szczególnie pod koniec procesu, „ucieka ” z garnka, czyli po prostu kipi!!! Czego nikomu nie życzę ;)

Uzyskane syropy zlewamy na gorąco do wyparzonych niewielkich butelek lub słoiczków.

Przykładowy przepis:

podbial kwiaty

Syrop z podbiału

kwiaty podbiału lub (po ich przekwitnięciu) liście podbiału ok 1 l (lekko ugniecione w naczyniu)

woda 1/2 l

cukier 1/2 kg

opcjonalnie kilka kropel cytryny lub szczypta kwasku cytrynowego

Kwiaty lub rozdrobnione liście zalać wrzątkiem, raz zagotować. Odstawić pod przykryciem na 5 – 10 godz (można na całą noc) do macerowania. Po tym czasie odcedzić, wyciskając starannie. Zużyte rośliny wyrzucić. Płyn wlać do szerokiego garnka, ogrzać, dodając cukier. Doprowadzić do zawrzenia, pozostawić minimalne ogrzewanie, tak, by lekko „mrugał”, do zagęszczenia. Konsystencja powinna przypominać syrop na lukier („do nitki”). Pod koniec można dodać sok z cytryny lub kwasek. Gorący zlewamy do małych, wyjałowionych wcześniej słoiczków/ buteleczek.

Ten lub bardzo podobny proces wykonania da się zastosować do wszystkich syropów, produkowanych metodą na ciepło. Można robić je monotematyczne, lub modyfikować, łącząc np wartościowe rośliny wzmacniające/ poszerzające działanie, przykładowo:

syropy czyste:

  • podbiał (kwiat lub liście)
  • ziele pierwiosnka (Uwaga – roślina uczulająca! Należy sprawdzić)
  • liść babki lancetowatej
  • kwiat wiązówki błotnej
  • kwiat czarnego bzu
  • liść i/ lub kwiat ślazu
  • liść bluszczu hedery (Uwaga – mocny surowiec!) 

Lub mieszanki:

  • podbiał + tymianek (macierzanka) + kwiat lipy
  • kwiat dziewanny + ślaz + ziele mięty
  • kwiat lipy + liść podbiału + ziele oregano
  • kwiat wiązówki błotnej + kwiat czarnego bzu + płatki róży

Zachęcam do wypróbowania własnych pomysłów/ kompozycji!

Bardzo namawiam też do wykorzystania wersji „syropowej” nie tylko dla roślin typowo z syropami kojarzonych.

Syropy, czyli słodkie wyciągi z roślin, mogą doskonale posłużyć jako:

1. dodatek smakowy:

rumianek, lipa, mięta, czarny bez (kwiat), płatki róży, fiołków

2. wspomagajacy trawienie:

kwiat mniszka lekarskiego, owoc orzech włoskiego,

3. uspokajający:

ziele lub kwiat lawendy, kwiat lipy, rumianek, marzanka wonna, melisa

To tylko przykłady i propozycje. Zastosowań może być wiele, a zrobić je naprawdę nie jest trudno!

Uwaga! Podobnie jak przy wielu innych metodach zielarskich, proponowane przepisy często mniej lub bardziej różnią się od siebie. To nie znaczy na ogół, że jedne są lepsze od innych – zróżnicowanie wynika z tradycji, własnych doświadczeń, odnalezionych lub wypróbowanych receptur…

Wybierajmy te, do których mamy zaufanie – lub takie, które sami znamy!

Jako ze temat „słodkiego przetwórstwa” zielarskiego jest bardzo szeroki…

C.D.N.