Wiosennie raz jeszcze

Na początek wypada chyba przeprosić za kolejne „powtórki’!

 Z nadzieją, że komuś jednak przydatne…. 

***

Jak co roku w podobnym mniej więcej czasie „na scenę”

wkroczyła wiosna!

Wraz z nią zaś początek naszego szerokiego użytkowania darów Natury,

mniej lub bardziej ujarzmionej.

Tę „oswojoną”, ogrodową, sadowniczą i polną w większości znamy

i wiemy jak z jej zasobów korzystać.

A co z dziką częścią roślinnego świata?

Dla wielu nadal tajemniczą i nieznaną?

Dla chcących ją zgłębiać pozwolę sobie zamieścić kilka sugestii…

Rozpoczynanie przygody z dzikimi roślinami bardzo ułatwi wszystkim trening dwóch umiejętności:

uważności i cierpliwości.

Ta pierwsza, czyli uważność, niezbędna jest by zacząć dostrzegać. Patrzeć tak, by widzieć. W tym, co zwykle jest dla nas tylko mniej lub bardziej zielonym (lub kolorowym) tłem, zauważyć różnorodność form, barw, faktur, ich wzajemne przenikanie. Innymi słowy – bogactwo Natury i jego poszczególne skarby.

Ten etap jest w zasadzie prosty. O ile tylko mamy wolę i chęć, by patrząc – widzieć, bardzo szybko opanujemy tę umiejętność. Wystarczy czasem nawet jeden, a z pewnością kilka spacerów w jakikolwiek zielony teren. Może być nawet trawnik przed blokiem wielkiego miasta!

No ale… jak to zrobić?

Wyjdź przed dom: na trawnik/ do parku/ na łąkę, pole, do lasu – gdziekolwiek.

Zatrzymaj się w miejscu, gdzie wkoło ciebie jest „zielono” i….

po prostu patrz!

DSCF1414

Fot. Ewa Ślęczek – Bodzentyn

Zobacz różnorodność i bogactwo. Przyjrzyj się uważnie, spostrzegaj różne kształty, kolory, odcienie i ich wzajemne relacje. Nie tylko pod nogami, także wokół siebie i ponad głową – krzewy i drzewa to też cenne rośliny! Jeżeli takich „spacerów uważności” zaplanujesz więcej, z kolejnych dniach zobaczysz także zmiany – często bardzo subtelne.

Dla niepewnych siebie lub chcących potrenować – przydatne może być ćwiczenie,

które opisywałam TUTAJ.

Na takim, początkowym etapie, nie musimy nawet wiedzieć CO widzimy,

nie ma potrzeby nazywania ani dokładnej klasyfikacji roślin.

Najważniejszym zadaniem na początek

jest dostrzec, że SĄ!

Świat roślin warto poznawać nie tylko wzrokiem. Dotykaj, powąchaj.. Tylko ze smakowaniem trzeba się wstrzymać do momentu, kiedy już wiemy „co jest czym”! I tu wkracza na scenę druga umiejętność zielarza – praktyka, z własnego doświadczenia wiem, że dużo trudniejsza do opanowania – cierpliwość!

Cierpliwości tak prawdę mówiąc „nauczyć się” nie da. Ale… da się ją wytrenować. Zresztą sama Natura zadba o to, byśmy tę cierpliwość posiedli! Żadne poganianie z naszej strony nie zmusi naturalnego cyklu do zmian – pozostaje jedynie przystosować się do nich!

Jak już wspominałam kiedyś, nasz brak cierpliwości szkodliwy i męczący jest jedynie dla nas samych. Jego owocami są: stres, emocjonalna presja, często – nieprzemyślane, mylne lub niepotrzebne zbiory….

Naprawdę – nie warto się niecierpliwić!

Kolejny cenny sprzymierzeniec w zbiorach roślin to brak oczekiwań. Nawet jeżeli mamy pomysł co chcemy odnaleźć i zebrać – nie przywiązujmy się do tych planów. Pozwólmy sobie (i Naturze) na improwizację, niespodzianki, a nawet brak zbiorów. Każda wyprawa w świat roślin dostarczy nam skarbów – nawet taka, z której wrócimy z pustymi rękami. Co, mówiąc nawiasem, zdarza się bardzo rzadko! Jeżeli uczymy się poznawać rośliny, warto mieć pod ręką aparat fotograficzny (albo szkicownik!) i uwieczniać okazy na miejscu, tam, gdzie rosną. Zarówno nam samym jak i innym łatwiej będzie klasyfikować gatunki widziane „w Naturze” niż zerwane i pokazane osobno. Przy okazji unikniemy niepotrzebnego niszczenia…

gwiazdnica

Gwiazdnica w „towarzystwie”

Z kolei dla wszystkich mających już za sobą doświadczenia „zielarskie”

mała podpowiedź…

Przygotowując się do kolejnego sezonu obfitości w Naturze warto zrobić mały (albo i większy) remanent. Sprawdzić czego z potrzebnych w codzienności surowców mamy nadmiar, czego pozostało „akurat w sam raz”, czego zaś zabrakło? Łatwiej będzie dopasować plany na kolejny rok do własnych potrzeb.

Z pewnością też w nowym sezonie pojawią się nowinki jeszcze nam nie znane, albo takie, których nie poznaliśmy dokładniej. To żelazna reguła, nawet po latach pracy z roślinami! Liczmy się z tym, planując zbiory, maceraty, wyroby, przetwory, itp. Nie jest trudno ulec pokusie „wszystko ze wszystkiego”, szybko zaś okazuje się, że połowa albo i więcej się nam dubluje! Albo zwyczajnie nia mamy co zrobić z przygotowanymi zapasami… Piszę to oczywiście dla osób, które swoje zbiory przeznaczają dla siebie i bliskich.

Bywa czasem tak, że znajdujemy wyjątkowo bogate stanowisko rośliny, którą znamy i cenimy.

Jak chociażby łąka pełna kwiatów mniszka

P1210227

Nie ulegajmy złudzeniu,

że jeżeli nie zbierzemy (i nie przerobimy) ich wszystkich,

to one się „zmarnują”!

W Naturze nic się nie marnuje, nie ma takiej możliwości! Nie jesteśmy jedynymi użytkownikami tego bogactwa. Rośliny rosną, kwitną i owocują, podobnie jak zwierzeta żyją własnym rytmem, niezależnie od tego, czy ludzie są w pobliżu, czy ich nie ma. Ba, z punktu widzenia naturalnego cyklu, obecność czlowieka często bywa niszcząca. O czym wszyscy doskonale wiemy – nie trzeba byłoby dziś tworzyć obszarów chronionych ani otaczać ochroną kolejnych gatunków, gdybyśmy umieli szanować Naturę od wieków.

Z drugiej strony – Życie jest zmianą, cyklem. Upieranie się by wszystko pozostawało stale w stanie niezmienionym jest równie utopijne jak na przykład oczekiwanie, że wiosenne kwiaty będą kwitły aż do zimy… Albo, że nasze dzieci nie dorosną. Albo że…. (można tak długo!).

Wracając jednak do praktyki – zbierajmy (mniej więcej) tyle, ile nam realnie potrzeba. I bądźmy świadomi, iż ten cudowny Świat wokół nas jest bogaty, zmienny i pelen możliwości. Każdy surowiec możemy uzupełnić lub zastapić innym, o ile naprawdę nam na tym zależy. Przynajmniej do późnej jesieni… W miarę poznawania różnorodności i możliwości roślin zdobędziemy nie tylko cenne, wartościowe składniki naszych potraw, kosmetyków, octów, maceratów, nalewek itp.

Z każdą kolejną wyprawą po naturalne dobro odnajdziemy więcej doświadczenia, radości, spokoju i własnej satysfakcji. Nauczymy się dokładnie tego, od czego powinniśmy zaczynać: uważności i cierpliwości!

Nie tylko wobec Natury – także wobec siebie samych i otaczającego świata. Takiego, jakim jest!

20140424_164128

Łąki nowohuckie; fot. Ewa Ślęczek

Im rychlej odnajdziemy w sobie otwartość na ten,

pozamaterialny wymiar zielarskiej przygody,

tym więcej z niej skorzystamy.

Czego wszystkim bez wyjątku poszukiwaczom,

zbieraczom, wytwórcom i „zielarzom”

z całego serca życzę w kolejnej odsłonie piękna i bogactwa Natury….

W ikonie wpisu – fot. Ewy Ślęczek 

Gongi, podróże i stara brzoza

Znów bardzo dawno nie odzywałam się na „kartach” bloga.

Cóż… dla form i grzeczności: ponownie przepraszam!

Z automatycznych rejestrów wynika, że jest czytywany, toteż od kilku dni myślę, że pora sobie przypomnieć o tej formie komunikacji – i zarazem przypomnieć o sobie. A przy okazji coś niecoś wyjaśnić.

Tytuł tego wpisu nie przypadkowo stanowi nawiązanie do baśni o krainie Narnii… Dziś nie będzie o jesiennych pożytkach ziołowych, dziś będzie o jesiennej magii. A magia to przecie domena bajek, czyż nie?

A zatem:

Moje milczenie tutaj wynika z prostego faktu: jestem w podróży…

Niewiele ma ta podróż wspólnego z czasem ani przestrzenią (chociaż w jej ramach przemierzyłam niemało kilometrów!); jest głęboko osobista. I to właśnie, ten jesienny „czas dojrzewania” sprawia, że nie mam zbytnio głowy (ani nawet ochoty), by stwarzać blogowe wpisy! Cykle się powtarzają, ale nigdy nie są takie same. Natura już wielokrotnie mnie tego uczyła – i uczy nadal!

Jesień zawsze sprzyja refleksji i zbiorom. Zbieram zatem pieczołowicie bogate „owoce” wieloletnich poszukiwań, przetwarzam, opisuję… Pracuję, jak wielokroć wcześniej, bez gotowych przepisów ani receptur. Nie mam zatem pojęcia CO tak naprawdę uzyskam!

Wiem tylko, że będzie to (a raczej – jest!) cenne…

brzoza wczesna

Jedna z moich podróży przez czas i przestrzeń przywiodła mnie niedawno do pięknych, ciekawych wrażeń, pięknych, ciekawych ludzi, doświadczania siebie, oddechu, dźwięku i…. do prastarej brzozy. Przy okazji: brzoza na załączonej fotografii nie jest stara, ma zaledwie około 20 lat! To młodziutkie dziewczę jeszcze. Tamtej, wiekowej, majestatycznej, omszałej, pochylonej lekko nad ogromnym głazem, nie miałam jak uwiecznić. Brzóz rosło w okolicy sporo i wiele z nich bardzo okazałych. Ta jednak przywołała mnie niemal natychmiast. Rosła tuż pod balkonem pokoju, w którym spędziłam dwie noce. Była, jak wszystkie brzozy, opiekuńcza, macierzyńska, kobieca. Przepojona magią – również jak wszystkie brzozy.

Kolejne poznane urokliwe miejsce: Zagroda Ojrzanów i naprawdę magiczny czas: warsztaty z Arapatą.  Głęboko osobiste spotkanie z kulturą z dalekich stron, tak egzotyczną, odmienną, a tak zarazem tak bliską. Z samą prowadzącą, niezwykłą, wrażliwą, świadomą Istotą. Z grupą niesamowitych, doświadczających siebie kobiet. Wszystko nasycone pięknym rezonansem gongów (dziękuję Kamilo!!!), radością tańca, oddechu, ciszą wspólnego milczenia…

Prastara brzoza była mi tam strażniczką, powiernicą, nauczycielką, dawczynią. Przewodniczką w kolejne rejony znanego przecież świata… 

Nie po raz pierwszy spotkałam w życiu takie matrony. Pamięć cofnęła mnie o kilka lat wstecz i przywiodła do wspomnień z uroczego, chociaż krótkiego epizodu, któremu także patronowały prastare brzozy. Tam pełniły wartę przy leśnym źródełku zamienionym w studnię. Tutaj? Czyjeś wrażliwe oko dostrzegło wyjątkowość miejsca. Na głazie u stóp drzewa umieszczono piękne, srebrzyste naczyńko o eleganckim kształcie sosjerki, jakby czekające na wiosenne zbiory brzozowego soku…

Powróciły tez z mroków niepamięci, a raczej odległych wspomnień, ukochane przyjaciółki – brzozy z dzieciństwa…

Tym razem zaś ta leciwa opiekunka ułatwiła usuwanie dokuczliwych, starych drzazg, rozplątywanie zapętlonych od lat kłębuszków pamięci, docieranie do zapomnianych, piekących zranień… Wylewanie tamowanych łez. Jak na brzozę przystało, wspomogła mnie łagodnie, kojąco i oczyszczająco. U jej stóp w skoszonej trawie odnalazłam listki młodej bylicy…

Magia roślin.

Faktem jest, że nauczyć się jej nie da!

Da się ją wyłącznie poczuć!

 

pień brzozy

Można przeczytać opasłe tomiszcza na jej temat (co nie oznacza, że łatwo je zdobyć!). Można szukać i poznawać różnorodne tradycje i kultury. Można (i warto) odnajdować coraz to nowe wzorce, techniki i metody.

Ale kluczem jest zawsze doświadczanie!

Magiczna, nomen omen, chwila,

kiedy pozornie nagle,

bez powodu i zrozumiałej przyczyny,

WIEM!

To jest, między innymi, „jesienny owoc” jaki przypomniał mi o sobie nie tak dawno… i którym dzielę się z radością!

Na razie tylko na piśmie, co zaś z nim uczynię? Jeszcze nie wiem!

003

Zdjęcie w ikonie wpisu pochodzi z tegorocznego Zlotu Zielarzy, wykonała je Ola Domowa. Dziękuję!!!

Medialnie

Nareszcie ujarzmiłam ten, zawiły dla mnie, temat: udostępnianie filmu… A zatem spóźnione, ale jest! Z ogromną wdzięcznością dla Aleksa Berdowicza i jego wielkiej pasji!

 

 

 

 

 

Moda na zioła?

Kolejny raz apeluję,

szczególnie do zbieraczy i pasjonatów młodych (niekoniecznie wiekiem!)

o coś, o czym pisałam już wielokrotnie:

CIERPLIWOŚCI!!!  

Jako ta „zaprawiona w bojach” pozwolę sobie na kilka uwag :)

Kiedy zaczynałam pracę z roślinami i zbieranie wiedzy o nich, własną, że tak to określę, zielarską przygodę,

 NIE BYŁO takich jak dziś kursów, szkoleń, możliwości…

Poza wprawkami z dzieciństwa i to z ludźmi nie mającymi naukowej wiedzy botanicznej, jak np moja Babcia – zielarka lub Dziadziuś – pasjonat, moje przygotowanie do poznawania roślin to był 1 semestr botaniki podczas studiów. Nie istniała farmakognozja, nie było opracowań biochemicznych ani rozlicznych „jedynie słusznych” diet.

Była za to tradycja i pamięć o wiedzy i doświadczeniu pokoleń. I od nich zaczynałam…

Tak sobie często myślę, że miałam sporo szczęścia! To, co wiem i umiem dziś, aż do wiedzy terapeutycznej, to własna praca i praktyka. Trwająca przez lata…. Tomy książek, godziny na łąkach, polach, w lasach i nad wodami, setki rozmów, poszukiwań, prób i błędów, poznawania Natury – i siebie!

Z konieczności spokojnie, powoli, bez presji i sztucznego wyścigu, chociażby z samą sobą!

***

Dziś „na oko” jest łatwiej, można te wiedzę gromadzić  szybciej. Mamy internet, kursy, spisy, materiały (w tym obcojęzyczne), badania itd itp. Z jednej strony to wszystko ułatwia start – z drugiej, cóż, wielość możliwości, czasem sprzecznych informacji i danych, powoduje zamęt.

W dodatku większość nowych pasjonatów ziół chce mieć informacje od A do Z „na już”, teraz, zaraz, natychmiast!  Wieloletnie nawyki myślowe pchają nas do pośpiechu, gromadzenia, korzystania ze wszystkiego naraz…

Tak się nie da! 

Gotowe pomysły, gotowe rozwiązania, przepisy są oczywiście przydatne, ale pokażcie mi proszę panią domu, która po przeczytaniu książki kucharskiej umie perfekcyjnie gotować! Albo dziecko zdolne napisać pełne, zgrabne zdania, jedynie po zapoznaniu się z alfabetem!!!

003

Proces nauki z samej swojej natury jest stopniowy, etapowy. Wymaga czasu i ćwiczeń. Skupienia uwagi na poszczególnych elementach wiedzy – z czasem coraz liczniejszych….

Natura nam nie ucieknie. Jak pisałam już kiedyś – czego nie zbiorę w bieżącym roku, znajdę za rok. Lub zastąpię czymś innym…

Tu może ktoś zaoponować: ale trzeba wiedzieć, czym!

Teoretycznie – tak! Jednak jeżeli traktujemy rośliny zbierane z dzikich stanowisk „po prostu”, używamy ich na co dzień, gromadzimy na zimę dla wzmocnienia i wspomożenia organizmu, to owa wybiórczość (co na co) staje się nieważna! A przynajmniej – mniej istotna…

Leczenie zaś przy pomocy ziół i preparatów zielarskich czegokolwiek – to naprawdę wiedza i umiejętność dla znawców!!!! 

Stopniowe przyzwyczajenie do odmienności jest zresztą korzystne dla nas.

Czy dziecku, które odstawiamy od piersi, podajemy od razu w zamian pełny obiad? NIE! Powoli i etapami wzbogacamy mu dietę o inne pokarmy, pozwalając na przyzwyczajenie się do „nowinek”. Odmienny sposób odżywiania z włączeniem dzikich roślin dla większości z nas jest nie mniejszą „nowinką”. Warto o tym pamiętać.

To jedna strona medalu. Druga jest taka, że nie mamy najczęściej żadnego pojęcia o tym, co tak naprawdę nam zasmakuje, przyda się, a nawet posłuży… Oduczyliśmy się słuchać swego ciała, badać delikatnie i z miłością jego potrzeby. Stopniowo – nie naraz! Przypomina mi się prastara anegdotka o ciężkim kacu i przekonaniu, że „to ten grzybek zaszkodził” ;) (W innych wersjach – śledzik…)

Jeżeli nasz organizm zareaguje nieoczekiwanie,

nie odgadniemy CO było przyczyną,

fundując mu cały zestaw nowinek.

Z tym wszystkim warto połączyć świadomość, że Natura, dając, potrzebuje szacunku i umiaru z naszej strony!

„Primum non nocere” – „Po pierwsze nie szkodzić”!

Ta zasada dotyczy nie tylko przysięgi Hipokratesa i leczenia ludzi, ale także wszelkiego życia i jego harmonii wokół nas!

A w każdym razie – powinna!

***

O rany… No i wyszedł mi elaborat „pouczający”. Proszę o wybaczenie każdego, kto poczuł się dotknięty lub urażony; nie miałam takiego zamiaru!

Ale tak właśnie, niestety, wygląda często w moich oczach współczesna „moda na zioła”…

Cieszy mnie ona ogromnie – tym niemniej wielokrotnie brakuje w niej umiaru i stonowania.

Łagodności. Radosnego odkrywania Natury – i siebie w Niej i z Nią. 

Cierpliwości właśnie!

Której wszystkim pasjonatom z całego serca życzę!!!! 

Podobne wpisy: „Z szacunku do Natury” ;„A to na co jest?”; „Czy na co dzień?”; oraz artykuł

II Zlot Zielarski

Z miłości do roślinności

Trzy magiczne dni w magicznym miejscu i wśród magicznych ludzi!  

Mogłabym napisać po prostu: „moje klimaty” – bo tak było!

Ale byłoby to uogólnienie i spłycenie tego, co spotkało mnie (a i wiele innych osób, było na sporo ponad 200!!!) oraz co dane mi było przeżyć  podczas

II Zielarskiego Zlotu w Wycince Wolskiej!

Tego, czego doznałam, doświadczyłam, z czym miałam cudowną okazję po prostu

„Pobyć” TU I TERAZ

Wiele osób opisało już to zdarzenie, zamieszczenie zaś podziękowań wszystkim, którym chciałabym, oraz opis wszystkich wydarzeń zajęłyby długaśny wpis. Nie byłam zresztą wszędzie ani nie poznałam wszystkich – zadanie „awykonalne” :) Nie robiłam też własnych zdjęć, mam zatem tylko te podarowane (dziękuję!)

11420401_994403523937706_274016428_o

Fot. Katarzyna Miłochna i Artur

Działo się mnóstwo, nie tylko ziołowo, ale najcenniejsza w moim odczuciu była piękna, radosna, życzliwa atmosfera i fakt, że ludzie z tak różnych światów zebrali się wspólnie. Dla świętowania codziennego cudu obecności i Natury!

Wszystkim zatem:

organizatorom, gospodarzom, uczestnikom obecnym i nieobecnym,

stokrotne DZIĘKUJĘ!

DSC_0767

fot. Ola domowa

Dodatkowo

z całego serca dziękuję uczestniczkom moich warsztatów „Magia Ziół”

za cudowną, płynącą między nami energię siły i Miłości!

***

Oraz urzekającym koniom i ich opiekunkom … za cierpliwość do ludzi! 

11402289_697980580348523_2917621202866477287_o

fot. Lilia Matuszkiewicz

one year later

Dzisiejszy wpis jest nieco… nietypowy.

Powstał dokładnie 1 rok temu.

Nie pamiętałabym o nim, gdyby nie facebook, pokazujący „historię wpisów”.  Co ciekawe, nigdy do tej pory nic takiego nie „robił” – dziś rano po raz pierwszy pojawiło mi się przypomnienie notatki.  Sprzed roku właśnie.

Tekst nie dotyczy ziół, pracy z nimi, rozpoznawania ani niczego takiego. Jest zapisem moich własnych wrażeń, rozwoju, sposobu postrzegania. Zapisałam go na istniejącym wówczas blogu, którego nie udało mi się kontynuować.

Zaintrygowało mnie to, przeczytałam – i postanowiłam go przypomnieć…

Jest dla mnie cennym „memento” procesu, jaki płynie we mnie podobnie jak w Naturze – zmiennie, w różnym tempie i odsłonach, a jednak cyklicznie!

Dziś także miałam okazję obserwować irysy (tym razem na grządkach)

i podziwiać ich nieskazitelne formy i barwy…

Teraz, po roku, zakończyłabym taki tekst nieco inaczej, ale uznałam, że zachowam jego dawniejszą formę.

A zatem ( after one year)

021

Moja dzisiejsza notatka z „niecodziennika”:
„Dane mi było przed chwilą dostrzec najpiękniejsze misterium Życia
Spoglądając nieco bezmyślnie w ekran komputera (który nadal jest mi kompanem, chociaż nieco inaczej…) dostrzegłam kątem oka ruch tam, gdzie się go raczej nie spodziewałam. W bukiecie stojących obok na stole irysów…. Jeden z płatków właśnie się poruszył! Jeden ze stulonych do tej pory kwiatów nabrał na tyle energii, by zacząć rozchylać płatki – rozkwitnąć w pełni!
Do pełni jeszcze mu daleko, tempo zaś owego rozchylania w moim, ludzkim postrzeganiu jest mniej niż ślimacze… Ale co z tego?


Poczułam – i czuję – wielką radość! Spoglądam co chwila na rozkwitający kwiat i widzę, jak minimalne przesunięcia, delikatne poruszenia zmieniają go, etap po etapie, w pełni rozchylony, elegancki, szlachetny kształt szafirowego Irysa! Ten ruch jest tak słabiutki, że gdybym nie skupiała na nim uwagi, z pewnością by mi umknął…
Snuje mi się refleksja… Po co rozwija się kwiat? Nie dla mnie przecież i nie dla ludzkich oczu w ogóle…Czy spoglądam na niego czy nie – rozchyli się. Fakt, że to widzę (dostrzegłam) jest tylko maleńkim elementem mojego własnego postrzegania, a nie przyczyną rozwoju kwiatu!
Gdyby ten irys rósł na łące, rozwinięcie kwiatów zapewniłoby mu zainteresowanie ze strony owadów, a co za tym idzie – owocowanie. Ale nie rośnie na łące. Nie „rośnie” w ogóle, został zerwany i przyniesiony przeze mnie do domu, aby cieszyć oczy swym urokiem i pięknem… ulotnym jak motyl. Rozwija się jednak, zachowuje swą wspaniałą energię życia, rozchyla płatki i przybiera kształt pełnego kwiatu. Teraz, po około godzinie od chwili ,kiedy dostrzegłam wyraźniejszy ruch, jest już prawie w pełni wykształcony. Przy okazji tej obserwacji widzę, jak inne, na sąsiednich łodyżkach, także osiągają swoje doskonałe piękno – zaś tuż obok jeszcze inne tracą je, więdną, obumierają… Ten cykl trwa nieprzerwanie. Po co rozwija się kwiat? Po co więdnie?
A może zamiast „po co” powinnam zapytać – dlaczego?
Z tym pytaniem, zachwycona misterium życia w moim flakonie, pozostaję na dziś… szczęśliwa, że dane mi było go doświadczyć!”


Ikona wpisu – zdjęcie zapożyczone ze strony „Plant Gallery – Encyklopedia Roślin”

Kiedy zacząć? Wiosenne pożytki

Wiosna bywa chyba najbardziej wyczekiwaną porą roku.

Przynajmniej w warunkach klimatu umiarkowanego.

brzoza wczesna

Doskonale pamiętam, jak będąc początkującą poszukiwaczką ziół, a nawet i wcześniej, dzieckiem jeszcze, z nosem przy ziemi i wytężoną uwagą śledziłam każdy, nawet najmniejszy ślad zieleni. Przyglądałam sie pąkom drzew, pierwszym listkom i kwiatom z nie mniejszą uwagą niż ptasim harcom wokół gniazd, za to z większą niecierpliwością. Skubałam miniaturowe listeczki, „piórka” krwawnika, ssałam pączki brzóz, lipy, nawet wierzby, chociaż gorzkie…

Całe to moje napięcie i wyczekiwanie najmniejszym stopniu nie miało wpływu na rytm i cykl Natury.

Miało natomiast i po latach to widzę wyraźnie, wpływ na mnie samą! Widzę również jak wiele dała mi lekcja cierpliwości i zaufania, odbierana rok po roku mojej zielarskiej przygody.

Naturalnych zmian poganiać ani zmusić do niczego się nie da. Nie zbiorę i nie przetworzę liści przed ich rozwinięciem, kwiatów, dopóki nie zakwitną, owoców czy nasion… Nie uda mi się niczego zdobyć przed czasem – ani po czasie.

Z wieloletniego doświadczenia wyniosłam cenne nauki dla siebie i szacunek dla Dawczyni – Przyrody.

Pisałam już o tym TUTAJ.

Zbyt wczesne, w bardzo młodych fazach wzrostu zbieranie roślin, mnie samej być może dawało trochę surowca i satysfakcji – ale wielu roślinom utrudnia rozwój i opóźnia go. Bardzo trudno też wiele gatunków rozpoznać, nie mówiąc już o wysiłku wkładanym w zbiory. Niewspółmiernym często do korzyści z nich.

Teraz to już wiem i bez niepokoju ani nadmiernej presji czekam z radością na kolejne „odsłony”, rok po roku przecież te same, chociaż nie zawsze w dokładnie identycznym terminie!

To nie oznacza, że bardzo wczesna wiosna i przedwiośnie nie mają swoich „pożytków”!

Jest ich wprawdzie niezbyt wiele, ale sporo z nich ma unikalną wartość i w późniejszych okresach już ich nie będzie. Są i takie, po które warto sięgać już teraz, mimo, że będą dosstępne i później. Chociażby dla urozmaicenia stołu i wzmocnienia/ oczyszczenia organizmu.

SONY DSC

Kwiaty magnolii

źródło internet

Surowce wyłącznie wczesnowiosenne:

  • Soki drzew – klonu, jawora i brzozowy  (oskoła)

  • Ziarnopłon wiosenny

  • Kwiat podbiału

  • Ziele miodunki plamistej

  • Kwiat forsycji

  • Kwiat magnolii

    • kwiaty (bazie) leszczyny, olchy, wierzby

  • Pączki wybranych drzew i krzewów

    • Czosnaczek (liść)

    • Czosnek niedźwiedzi

(i kilka/ kilkanaście innych)

szczawik

Listki szczawiku zajęczego

Surowce wartościowe od wczesnej wiosny:

  • Mlodziutka pokrzywa

  • Mlode liście krwawnika

  • Listki mniszka

  • Młode jasnoty

  • Gwiazdnice

    • Szczawik zajęczy i szczaw polny

    • Pędy przytulii

To oczywiście też jeszcze nie wszystko, w dodatku pora na konkretne zbiory jest różna w różnych regionach. Tym niemniej wymienione wyżej rośliny są cennymi wiosennymi skarbami, po które warto sięgać już w porze „wybudzania” Natury z zimowego snu…

Jak to wszystko zagospodarować, by dało nam pożytek i radość?

Poza oczywistą radością samego zbioru, spaceru, poszukiwań?

O sokach drzew, szczególnie brzozy było już tyle w różnych miejscach i blogach, w tym w moim, że nie będę się przy niej zatrzymywać…

 Ziarnopłon: dość mało rozpowszechniona w zbiorach roślina, której okres pozyskiwania jest stosunkowo krótki – do zakwitnięcia. Jadalne są listki, bardzo wartościowe odżywczo (witaminy, w tym C, łatwo przyswajalne minerały), drobne, ale zwykle rosnące wręcz „dywanowo”. Ziarnopłon będzie użytkowy jeszcze późnym latem, jako bulwki. Dr. Różański podaje bardzo cenne informacje o ziarnopłonie (link)

Podbiał, miodunka: urocze rośliny, kwitnące wcześnie i wnoszące w przedwiosenna szarzyznę barwy i radość. Najlepiej nadają się do spożycia „od ręki” lub na syropy

Forsycja i magnolia: egzotyczne piękności, ubarwiające wiosnę swymi urokliwymi kwiatami, znane i popularne na tyle, że warto i o nich pamiętać. Forsycje nieco upowszechniły opowieści o niej i akcje w rodzaju „Cała Polska widzi forsycję”; o magnolii mówi się niewiele, a również jest bardzo cennym surowcem, chociaż raczej leczniczym niż profilaktycznym.

Kwiaty, w umiarkowanych ilościach, są jadalne.

Bazie i pączki drzew i krzewów: zawsze trzeba pamiętać, by te akurat surowce zbierać bardzo oszczędnie! Warto je znać, warto wspomagać się ich potencjałem, ale miejmy świadomość, ze są to pożytki niezbędne do prawidłowego rozwoju i harmonii również dla Natury! W ramach ciekawostki warto wspomnieć, że wartość pączków liściowych znana była już przed wiekami, na długo zanim powstała dziedzina o mądrej nazwie „gemmoterapia”

Dla przykładu „wiekowy”  przepis:

 Maść topolowa

 łyżkę świeżo zmiażdżonych pączków topoli zmieszać z 2 łyżkami niesolonego smalcu i smażyć tak długo, aż wilgoć z pączków zupełnie wyparuje, po czym jeszcze w stanie ciepłym przecisnąć zawartość przez płótno; zastudzić

Pisze o niej też dr. Różański:

„W dawnej medycynie stosowana była maść topolowa […] Maść topolowa nadaje się do leczenia stanów zapalnych skóry, do smarowania urazów, oparzeń ( w tym oparzeń słonecznych), obrzęków okołostawowych. Pomocna do smarowania i masażu przy nerwobólach i bólach mięśni, po kontuzjach sportowych
h i intensywnym treningu (dla przyspieszenia ustępowania wysięków i zakwasów). Także po ciężkiej pracy fizycznej (np. w ogrodzie) maść topolowa przyniesie ulgę w cierpieniach.”

Czosnek niedźwiedzi i podobny do niego w smaku i zapachu czosnaczek to kolejne atrakcje wiosny – może nie tak wczesnej jak pączki lub sok brzozowy, ale są to zdecydowanie rośliny sezonowe. W zasadzie każda z nich zasługuje na osobny wpis, wspomnę tylko zatem, że są jadalne, smaczne i, szczególnie czosnek niedźwiedzi, bardzo wartościowe jako zamienniki czosnku. Zarówno w smaku jak i zakresie działania.

Pozostałe wymienione – a i sporo nie wymienionych – rośliny warto wykorzystywać po prostu do spożycia. Nie ma potrzeby zbierać ich w dużych ilościach, nie trzeba również pilnować proporcji ani składu takich „miksów” spożywczych. Nie zajmujemy się w ten sposób żadnym leczeniem – są to najłatwiejsze z możliwych działania prozdrowotne, do których zachęcam od początku istnienia mojego bloga!

I wszelkimi innymi metodami:

warsztaty, Kurs Profilaktyki Zielarskiej, wykłady, pogadanki, spotkania… 

mix sałatkowy

 Mix sałatkowy: gwiazdnica, pokrzywa, przytulia

fot. Ewa Ślęczek; mix: Zielicha

W zestawieniach spożywczych kierujmy się dostępnością roślin, własnym gustem, smakiem i … rozsądkiem. Po raz kolejny zachęcam do uruchomienia wyobraźni i polotu! Wykorzystać można mnóstwo znanych przepisów kuchennych (jajecznice, twarogi, masła, pasty, sałatki, jogurty, nadzienia, soki, zielone shake’i  – itd itp), albo komponować zupełnie nowe.

Garść gotowych przepisów, w tym kosmetycznych, w kolejnym wpisie.

Na razie zaś:

cudownej wiosny wszystkim!!!

fiołek wonny

źródło internet

Z szacunku dla Natury

Zajmuję się wiedzą zielarską i pracą z (i pomiędzy) roślinami już ponad ćwierć wieku. Zaś znajomość i przyjażń z Naturą zawarłam kolejne ćwierć wieku wcześniej…

Wszystkie te lata nauczyły mnie kilku naprawdę bardzo prostych, a często trudnych do zaakceptowania dla współczesnego człowieka prawd i zasad.

Natura bowiem, której tak wiele zawdzięczamy, włącznie z własnym istnieniem i życiem osobistym, jakby nie pasuje do naszego świata. Do sposobu myślenia i działania, w którym wyrastamy i do którego przywykliśmy. A może raczej to nasze nawyki do niej nie pasują?

Natura uczy cierpliwości. Spokoju w oczekiwaniu. Obserwacji, uważności, troski.

Uczy szacunku do innych istot żywych i ich, odmiennego często od naszych oczekiwań (czy też wymagań), trybu/ cyklu życia.

Pomaga dostrzec rytm klimatu, zapisany w każdej żywej istocie do konkretnego klimatu przypisanej.

Uświadamia ich potrzeby, ściśle powiązane z innymi. W niesamowitym, harmonijnym, powtarzalnym, a jednak stale zmiennym,

tańcu Wielkiego Koła Życia…

Nauczyłam się przez te lata ze spokojem czekać na kolejny rok, nową wiosnę, lato, jesień – czas obfitości.

Nauczyłam się, że zima jest porą odpoczynku. Regeneracji. Wytchnienia przed kolejnym sezonem aktywności.

4 pory roku Mucha

„Cztery pory roku” A. Mucha – źródło internet

Przywykłam, że zbiór określonego „surowca” (liści, kwiatów, ziela, owoców, nasion, korzeni) ma swój, powtarzalny co roku, a jednak każdego roku jedyny „czas i miejsce”. Nauczyłam się, że każde z ziół ma swoich „zastępców”: rośliny/ części roślin o podobnym działaniu i potencjale, a odmiennej biologii. Dzięki temu nigdy podczas sezonu nie trzeba się martwić, że „coś mi uciekło”!

Nie zdążyłam? Nie sprzyjała pogoda? Nie było warunków? Nie szkodzi – będzie coś innego – za jakiś czas…

Stało się czymś oczywistym, że nie ma sensu zbiór czegokolwiek w nadmiarze, ponad rzeczywiste potrzeby. Susz, soki, syropy, przetwory itp przygotować warto „do kolejnego sezonu”. Ewentualnie z niewielkim zapasem, żeby mieć się czym podzielić…

Niczemu też nie służy „dublowanie funkcji” wyrobów. Cudowne są zabawy i eksperymenty, ale w codziennym użytkowaniu wystarczają jeden – dwa kremy, ulubione szampony czy mydełka. Maści rozgrzewajace lub wspomagające gojenie, peelengi, toniki, płyny dezynfekujące – na tyle, by były pod ręką. W przeciwnym razie, nawet jeżeli mamy kogo obdarować (ja długo nie miałam), większość wyrobów traci wartość zanim zdołamy je zużyć. Podobnie rzecz ma się z suszeniem wszystkiego „jak leci”, robieniem kilku różnych preparatów odpornościowych, wyciągów olejowych kilkunastu gatunków itd itp. Szybko dane mi było się przekonać, że jest to prosta droga do zaśmiecania domu, konieczności wyrzucania rzeczy już nieprzydatnych i zarazem marnowanie surowców…

Przez wiele lat owo codzienne zielarstwo było dla mnie wielka pasją, przygodą, „sposobem na siebie”. Długo też byłam w nich osamotniona. Mało kto traktował wiedzę o rodzimych roślinach dziko rosnących jako coś cennego. Lub chociażby przydatnego. A jeżeli już w ogóle – to w postaci fitoterapii, którą jakiś czas zresztą się zajmowałam.

do bloga

Dziś jest inaczej. Cieszy mnie to, cieszy ogromnie!

Czego wyraz daję stale, w tym i tutaj: linki, odnośniki, popularyzacja…

To wspaniałe i bezcenne, że ucywilizowany świat nareszcie CHCE widzieć

bogactwo i potęgę Natury!!!

Ostatnio jednak zaczął mi cicho, a teraz jakby głośniej, dzwonić ostrzegawczy dzwoneczek…

Może nie mam racji. Może przesadzam i trochę panikuję. Ale mam takie odczucie…

Współczesny sposób myślenia jest nam dobrze znany. I rozrasta się.

„Dużo, szybko, niecierpliwie, byle prędzej;

wszystko, co się da, jak najwięcej, bez ograniczeń” .

Taka zasada nie daje się przenosić w świat Natury i jej rytmu. A przede wszystkim – nie powinna! Głównie dlatego, że jest niszcząca.

Tę prawdę też zresztą dobrze znamy…

Jest nas, Ziołomaniaków, coraz więcej. Cudownie! Wspaniale! Tylko przyklasnąć!

Nie rozrasta się jednak, niestety, baza, z której możemy czerpać. Raczej przeciwnie… Przynajmniej na razie.

Baczmy zatem, by naszej wiedzy o roślinach, ich możliwościach, potenacjale, stosowaniu, towarzyszyła Mądrość. Szacunek. Uważność i troska. Czyli to wszystko, czego sama Natura jest najlepszą nauczycielką.

Las, łąka, pole czy ogród to nie supermarket. To, czego nie „wykupimy” lub (z naszego punktu widzenia) „przedatuje się” – nie zostanie wyrzucone ani zmarnowane! Służy bowiem nie tylko nam. W takiej czy innej postaci – znajdzie swoje zastosowanie. Zarazem zaś – nikt nie „dowiezie towaru”. Sami musimy zadbać, by „producenci” mieli się dobrze!

Pory zbioru roślin i ich części wynikają nie tylko z potencjału, jaki mają dla nas. Są ważne także dla nich samych i innych ich „użytkowników”.

Jesteśmy piękną i wartościową cząstką Wielkiego, Cudownego, Harmonijnego Cyklu. Pamiętajmy, czerpiąc z ogromnych zasobów Natury dla zadbania o siebie,

by o jakość i harmonię tego cyklu dbać równie uważnie!

Pozwolę sobie zacytować fragmenty z własnego tekstu

„Zielarstwo – wiedza czy dar”

SONY DSC

„Las, łąka, ugory – to laboratorium istnieje przecież nadal! Bliskie, znane, swojskie, codzienne. Tajemnicze, o tyle tylko, o ile przyroda sama swych tajemnic broni. I o ile zapominamy lub lekceważymy wiedzę naszych przodków, przywaloną stertami śmieci, reklam, ignorancji… pseudonauki.

Wstęp do niego jest otwarty. Dla każdego. I nadal, jak przed wiekami, chętnie daje schronienie ludziom. Zmęczonym, znerwicowanym, szukającym oazy ciszy mieszkańcom wielkich miast, których przybywa tu coraz więcej. I tym, którzy z tej ziemi i jej tradycji wyrośli, zakorzenieni w czasie głębiej, niż zdają sobie sprawę. W progi tego właśnie laboratorium zapraszam wszystkich, których zmęczył pośpiech, ogłuszył zgiełk, przejadły się plastikowe smakołyki. Zapraszam, prosząc jednocześnie o szacunek. Pokorę. Wrażliwość. To, znacznie bardziej niż niedostępne instytuty badawcze – jest Sanktuarium!”

Pory zbioru

Ten tekst pojawiał się już w kilku „miejscach internetowych”, ale, będąc jego autorką postanowiłam udostępnić go także tutaj,

we własnej przestrzeni

Musisz ulepić w piątek,

we wrześniu, na nowiu,

małą lalkę…

(”Rada pani Girard, czarownicy”)

Początek tego rozdziału nie jest przypadkowy. Cytat z wiersza M. Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej łatwo nawiązuje do istniejących dość powszechnie, prawdziwych i nieprawdziwych, przekonań i mitów. O konieczności zbioru roślin – nie tylko w celach leczniczych – w ściśle wyznaczonych porach. I na jedynie słuszne sposoby. A także – przez osoby wybrane.

Jak we wszystkich mitach i legendach, tak i w tych prawda miesza się z baśnią, racjonalna potrzeba – z zabobonem. Nie sposób dostrzec celu i sensu zbierania roślin przez „nietkniętą dziewicę”, nie ma zresztą żadnych przesłanek, aby takowa miała jakikolwiek wpływ na ich działanie… Natomiast z pewnością ma znaczenie, i to duże, na przykład faza księżyca, towarzysząca rozwojowi, a co za tym idzie, porom zbioru poszczególnych roślin. Przy czym o taką harmonię dba już najczęściej sama Natura. Pory kwitnienia, dojrzałości do zbierania konkretnych roślin lub ich części przypadają zazwyczaj w najbardziej optymalnym „czasie księżycowym”. Nie ma to zjawisko więcej wspólnego z jakąkolwiek magią niż, dajmy na to, przypływy morza… Dotyczy zresztą nie tylko zbioru, ale i czasu wysiewu, pielęgnacji, przesadzania roślin zarówno zielarskich jak i w inny sposób użytkowych. Kalendarze biodynamiczne, lunarne, są najlepszą wskazówką – nie tylko dla początkujących. Ich dostępność zapewnia łatwość stosowania wspomnianej wiedzy.

Czym jeszcze kierować się, wychodząc na „spotkania z ziołami”?

Uwagę zbieracza ziół zwracać powinna głównie pogoda. Potrafi płatać bardzo przykre figle, serwując zimno i deszcz na przykład w chwili optymalnej dla zbioru kwiatów. Kwiaty zaś zbiera się wyłącznie w suche, najlepiej słoneczne dni, zachowując tym samym wysoką zawartość nektaru i pyłków. I tak z banalnej pozornie przyczyny może umknąć możliwość wykorzystania którejś z roślin! Bo kwiaty na poprawę pogody czekać nie będą… Natura na szczęście jest zapobiegliwa i każda roślina ma zazwyczaj przynajmniej jednego„dublera” – o podobnym zakresie działania a innej biologii…W czas deszczowy nie zbieramy także roślin na susz, ponieważ mogą spleśnieć lub ulegać odbarwieniu.

Druga ważna wskazówka czasu zbioru to faza rozwoju interesującej nas części rośliny. Istotne jest, aby w zbieranym materiale zachować maksymalne stężenie substancji czynnych. Ich koncentracja zaś w poszczególnych częściach roślin kształtuje się różnie na różnych etapach rozwoju rośliny. I tak kolejno:

  • korzenie i kłącza zbiera się wczesną wiosną, przed etapem rozwoju naziemnych części roślin lub późną jesienią, po ich obumarciu,
  • korę drzew i krzewów w momencie pierwszego „ruszenia soków”; ważne, by był to czas bez silnych mrozów
  • paczki w chwili ich najsilniejszego napęcznienia (stają się wówczas lepkie, często błyszczące),
  • liście od momentu pełnego sformowania charakterystycznych kształtów do chwili, gdy stają się włókniste i twarde
  • kwiaty zbieramy na ogół w pełni kwitnienia
  • płatki z kwiatów w pełni rozwiniętych, nie więdnących
  • ziele (czyli górne pędy łodyg) w fazie rozkwitu pierwszych i kolejnych kwiatów na łodydze lub w pełnym rozkwicie
  • czas zbioru owoców jest bardzo zróżnicowany – od etapu zawiązków (np. orzech lub kasztan) po pełną dojrzałość; a nawet etap „przejrzenia”; wyznacznikiem jest przeznaczenie zbieranego materiału, czasem cechy charakterystyczne owocu
  • nasiona zbieramy wyłącznie w fazie pełnej dojrzałości.

Tyle zaleceń „fachowych”. Najważniejszą natomiast wskazówką dla amatora zbioru ziół wydaje się jego własny czas i ochota! Niewiele też osiągniemy, jeśli pobyt w lesie, polu czy na łące nie sprawi nam radości. Zielarz wyruszając na spotkania Natury nigdy do końca nie wie, co z tego spotkania wyniesie! Nawet wówczas, kiedy dokładnie zaplanował, czego i gdzie ma zamiar szukać…

Reasumując – samodzielne wyprawy zielarskie przynoszą satysfakcję i wymiar materialny, w postaci zebranych roślin. Ale ich prawdziwa wartość tkwi w nas samych.

Rośliny zebrane i nie przeznaczone do użytku „od ręki” trzeba po przyniesieniu do domu posegregować, oczyścić z dodatkowych „śmieci” (np źdźbła traw) i „zakonserwować”. To znaczy utrwalić ich wartość – leczniczą, kosmetyczną, kulinarną tak, by można było po nie sięgnąć w razie potrzeby. Sposobów na to jest wiele, kilka „najwygodniejszych” oraz mało znanych omowie w kolejnych wpisach.

Kolorowa uważność

 

 

Dziś trochę jakby mniej zielarsko, chociaż poszukiwanie i rozpoznawanie ziół jest wyśmienitym „treningiem uważności”! Do niej zaś właśnie, uważności tu i teraz, chciałabym zachęcić każdego.

„Świat człowieka jest kolorowy. Podobnie jak świat natury, z którego zresztą owo barwne bogactwo czerpiemy. Nieustannie otaczające nas barwy włączamy w rytm codzienności (którą, notabene, nie bardzo wiem dlaczego, nazywamy „szarą”), w symbolikę, sztukę i radość świętowania.”

To króciutki fragment mojego artykułu „Co nas otacza czyli widzieć więcej”. Cały można przeczytać TU , a na razie….

Popatrzmy kolorowo

Bardzo wiele w naszym życiu robimy rutynowo i bez uważności. Codzienność bywa pełna czynności i zajęć „automatycznych”! Często nawet nie mamy świadomości iż cokolwiek robimy! Dobrym obrazem takiego stanu rzeczy jest określenie „szara codzienność”…

Tyczasem codzienność bynajmniej nie jest szara; w każdym miejscu i czasie otacza nas różnorodność, zmienność – i kolory.

Istota koloru i jego znaczenia to osobny temat – bardzo warto natomiast barwność codzienności wykorzystać do prostych ćwiczeń, pozwalających wykształcić i zachować uważność. Nie od święta i w sytuacjach wyjątkowych, ale właśnie z dnia na dzień. Nie w miejscach i czasie specjalnym, tylko we własnym domu, pracy, na ulicy – wszędzie, gdzie jesteśmy!

Powstać może pytanie – po co? Cóż, uważność, wrażliwość na otoczenie, dokładne i staranne postrzeganie swoich czynności, a tym samym siebie, jest bezcennym doświadczeniem. Zarazem jest to idealny sposób, by zauważyć własne TU I TERAZ i zakotwiczyć się w nim!

Ćwiczenie, jakie chcę zaproponowac jest proste, dostępne w każdym miejscu i czasie i zwyczajnie – przyjemne…

Usiądź wygodnie albo tylko odpręż się na chwilę. Spowolnij swój oddech, bedąc świadomym przepływu powietrza przez Twoje ciało. To wspomoże koncentrację…

Teraz podejmij decyzję, że obserwujesz w swoim otoczeniu kolor czerwony,. Rozglądaj się uważnie po pokoju, biurze czy też ulicy i „wyłapuj” umysłem to, co ma czerwoną barwę! Nieistotne są kształty, wielkość przemiotów ani dokładny odcień – byle to, co dostrzegasz, było czerwone! Poświęć na to ćwiczenie 15 do 60 sekund…

Z kolei zacznij koncentrować się na żółtym. Żółtemu kolorowi także „podaruj” do minuty swojej uwagi…pamiętaj o oddechu!

Kolejny kolor do koncentracji to niebieski. I znowu od kilkunastu sekund do minuty poprzyglądaj się przemiotom o tej barwie. Oddychaj równo i spokojnie!

Podsumowaniem ćwiczenia niech bedzie staranna obserwacja zielonego! Zauważ przy okazji jak wiele i jak różnych zieleni istnieje wokół nas…. Poswięć zielonemu nie mniej czasu niż pozostałym kolorom! Nadal oddychaj spokojnie…

Teraz możesz wrócić do codziennych czynności. Czy nadal po tym ćwiczeniu zgadzasz sie z określeniem „szara codzienność”?

Z pewnością po tych maksimum 4 minutach dostrzegasz wiecej nie tylko barw, ale i kształtów, faktur.. Być może zauważyłeś przedmioty, miejsca, sprzęty, których od dawna nie „widziałeś”?

Spokojny, świadomy oddech pozwolił się wyciszyć – i wyostrzyć uwagę. Obserwowane kolory pomogły zapewne zobaczyć, jak wielka różnorodność, jakie BOGACTWO otacza cię wszędzie, gdzie przebywasz.

Jest w tym także pewien ‚haczyk”, o którym wspomniałam już wcześniej. Otóż oddychając i oddając się „poszukiwaniu koloru” jesteś zawsze TU I TERAZ. Czyli dokładnie w miejscu, w którym trzeba sie znaleźć, aby wykonać jakiekolwiek działanie!

Ćwiczenie warto powtarzać, niekoniecznie ograniczając się do kolorów „podstawowych” i zieleni.

Udanych obserwacji – i miłej zabawy!