Którędy do harmonii?

Zdjęcie wiodące: Jola Tąporowska

(dziękuję!)

Kultura, w której żyjemy obecnie my, ludzie cywilizowanej Europy ( i każdej z niej się wywodzącej), zagubiła zupełnie świadomość, że i jak bardzo jesteśmy jednością. Nie tylko my, jako ludzie, ale także jako część Natury. Nie pamiętając ani o wdzięczności, ani szacunku wobec odmienności, różnorodności Życia.

Przez ostatnie wieki kolejne pokolenia, korzystając z dobrodziejstw Natury, zamiast z Nią współpracować i współtworzyć, uczyły się coraz bardziej ją kontrolować. Oraz poddawać swoim, na ogół służącym wyłącznie konsumpcji, przeróbkom. Odrzucając kategorycznie to, co w ludzkim pojęciu było (i jest) mniej przydatne albo wręcz „szkodliwe”. Znajdując metody i sposoby na Jej „okiełznanie” (co i tak się nie udaje, ale to temat na inny temat), z czasem zaś – substytuty, sztuczne zamienniki Jej bogactw. Nie wszystkich oczywiście, ale bardzo wielu. Jeżeli dodamy do tego sztuczne konserwanty, wspomagacze i wypełniacze, tworzone w imię haseł: „więcej, prędzej, wygodniej”, otrzymamy obraz tego, co nas otacza dziś…

Zapominamy zarazem całkowicie o prostym fakcie:

Natura jest Jednością, harmonijną i spójną,

zaś Człowiek jest Jej częścią!

I tę prawdę bardzo dobrze widać dziś, po zaledwie niecałych dwóch wiekach ludzkich prób wyobcowania siebie z naturalnej wspólnoty. Zaprzeczania wręcz, że do niej należymy!

Nie jest moim celem ani zamiarem krytykowanie przeszłości ani poddawanie w wątpliwość wartości nauki, poznania, postępu… Nie widzę też sensu w jakimkolwiek wartościowaniu!

Warto natomiast ją po prostu przypominać…

i zacząć zmieniać perspektywę!

Fot. E. Ś.

Mamy jako Żyjące Istoty potężne Dary:

świadomość, zdolność kreacji i wolność wyboru.

***

Zawdzięczamy naszym umysłom bardzo wiele i nadal możemy,

ba, musimy z ich Mocy korzystać!

Róbmy to zatem mądrze, w porozumieniu i harmonii z tym,

co jest naszą naturalną Mocą, Mocą Serca.

Wybierając, jak przez wieki do tej pory, jedynie w myśl własnych, doraźnych korzyści i chłodnej logiki, tak naprawdę tworzymy sobie zimny i sztuczny świat.

Rozejrzyj się uważnie, drogi czytelniku,widać to gołym okiem. To, co nas otacza, z całym dobrodziejstwem inwentarza, jest naszą własną kreacją! Na każdym poziomie, fizycznym (materialnym), emocjonalnym, duchowym. Zarówno plusy jak i minusy dzisiejszej rzeczywistości zafundowaliśmy sobie i Ziemi my sami!

Zrazem każdy z nas jest częścią Natury, czy tego chcemy, czy nie. Przynajmniej w biologicznej, cielesnej części. Zatem jeżeli i dopóki żyjemy na planecie Ziemia, pozostajemy częścią Jej ekosystemu. Ekosystem zaś, jak zawsze, dąży do harmonii i równowagi. Zatem: coś za coś.

Może kilka przykładów, dla zobrazowania:

Żyje ci się wygodnie. Uzależniasz tę wygodę od stanu posiadania. Załóżmy, że płacisz za tę „własność” pieniędzmi. By je zarobić, zapracowujesz się codziennie, budując sobie narastający stres. Bojąc się utraty tego, co „masz”, albo pragnąc jeszcze więcej, nasilasz ów stres i obawy. W rozliczeniu nie masz ani sił ani ochoty na to, by cieszyć się codziennością, o którą zabiegasz. Jakość Twoich emocji stale pozostawia wiele do życzenia, prawda? Nie masz przypadkiem wrażenia, że jesteś przepracowany, przemęczony, że to wszystko na nic, i co Ty w ogóle z tego masz?

Żyjesz „higienicznie” i w kulcie młodego ciała. Usuwasz ze swojego otoczenia wszelkie potencjalne zagrożenia, izolując się od nich. Często zanim one się pojawią. Znów – żyjesz w strachu przed jakąś, zwykle niesprecyzowaną, chorobą, pozbawiając swoje ciało całej jego naturalnej ochrony i zdolności adaptacji. Efekt? Twoja odporność spada, zaś podatność na wszelkie czynniki chorobotwórcze jest wielokrotnie większa!

Oddychasz nieuważnie, byle jak. Nie zwracasz uwagi na swój oddech, bo i po co? On i tak stale płynie, organizm o to zadba. W zabieganym, pełnym stresu życiu, Twój oddech staje się najczęściej płytki, szybki, nawykowy. W rezultacie jesteś coraz bardziej niedotleniony, łatwiej ulegasz stresom i obawom. Spada Twoja odporność. Tracisz kontakt z własnymi emocjami i zdolność ich rozpoznania. Masz niższą tolerancję nie tylko na choroby, ale i na wpływ otoczenia. Cierpią Twoje relacje z bliskimi, współpracownikami, ludźmi w ogóle. Oddalasz się, zamykasz w sobie. Przyjemnie ci w takiej, zamkniętej samotności?

To jedynie trzy ciągi przyczynowo skutkowe, bardzo częste w naszym codziennym bytowaniu. Jest ich znacznie więcej. Każdy z nich naocznie i prosto pokazuje jak działają zależności pomiędzy Twoim ciałem, emocjami, umysłem. Każdy też w prosty sposób da się zmienić. Zmiana zaś zależy tylko i wyłącznie od Ciebie! Twojej woli i, krok po kroku, przepracowania nawyków…

Nie zmienimy z marszu i „od ręki” całego otaczającego świata. Nikt z nas nie ma też raczej na tyle sił i świadomości lub środków, by wpływać na sytuację globalną. Ale każdy, bez wyjątku, może zmieniać własne przyzwyczajenia i przekonania, dając przy okazji przykład innym!

Każdą zmianę zaczyna się od Siebie!

***

Dogadując się ze strachem i pozbywając poczucia braku,

budujesz sobie spokój, wewnętrzne bezpieczeństwo i zaufanie do Życia.

***

Pozwalając ciału na naturalność, dajesz mu siłę do rozwoju

i samoobrony wtedy, kiedy jest potrzebna.

***

Oddychając uważnie i świadomie, stajesz się zdrowszy, spokojniejszy,

bardziej przyjazny dla siebie i otoczenia.

***

Mając kontakt ze swoimi emocjami możesz je rozpoznawać,

porządkować, uczyć się je akceptować.

W rezultacie odnajdujesz wewnętrzną harmonię.

Tę, która jest nieodłącznym atrybutem Natury!

Fot. E.Ś.

Dokładnie w ten sposób, poszukując dróg i sposobów na łagodne, cierpliwe zmiany we własnym życiu, budujemy Nowy Świat. Nie sami, oczywiście. Ale zmiany w nas stają się szybko zauważalne dla otoczenia. I z reguły przyciągają tych, którzy również do zmiany tęsknią. Dzięki własnym doświadczeniom, możesz być im pomocny. Wspierać, pokazywać, pomagać. Dokładnie tak, poprzez stałą wymianę i wzajemne zależności, działa Natura. Wchodząc w osobisty obszar harmonii z Nią, pomagasz odbudować tę globalną. Wspierając i inspirując innych, przyspieszasz cały proces!

Pomagasz uzdrowić Jedność Wielkiego Kręgu Życia,

która jest po prostu faktem.

Tak, właśnie TY!

Szerokiej Drogi!

PS. Celowo i z rozmysłem piszę o ciele, emocjach i umyśle,

pomijając w tm wpisie temat Duchowości.

To intymna, osobista strefa, dla każego z nas indywidualna

i nie moją rolą ani prawem jest komukowiek czegokolwiek w tym obaszarze dyktować!

Z miłością

Trójca na miarę zdrowia

Obok rozważań i przemyśleń, jakie z pewnością jeszcze się tu pojawią, chciałabym dzielić się także gromadzoną od lat wiedzą na temat praktycznego, użytkowego wykorzystania mocy Plemienia Roślin. W ramach tego proponuję dziś spotkanie z trzema roślinami. Znamy je wszyscy lub prawie wszyscy. Naszych, wcale niedalekich, przodków wspierały dobrze i skutecznie. Zapewniając smaczne jedzenie, wspieranie odporności, oczyszczanie organizmu i regulację jego ważnych funkcji, szczególnie wiosną. Zaś w przypadkach koniecznych służąc jako surowce lecznicze. Dziś najczęściej traktowane są jak uciążliwe „chwasty”, niszczone i usuwane gdzie się da! Przynajmniej przez sporą część społeczeństwa. Co, na szczęście, wyraźnie się zmienia! Mam nadzieję, że dzisiejsza opowieść będzie kolejnym przyczynkiem do tej zmiany.

Zatem przedstawiam Wam „Trójcę”, której spożywczych, profilaktycznych i wspierających organizm wartości nie sposób przecenić!

O leczniczych nie wspominając…

Pokrzywa – Mniszek – Podagrycznik

Oczywiście cennych, smacznych i wartościowych roślin jest w naszej florze znacznie więcej. Dziś jednak opowiem o tych trzech. Ich wykorzystanie przynosi ogromne korzyści, łatwo je rozpoznać, są wszechobecne i stanowią doprawdy nieoceniony „zespół”!

Pokrzywa

Jak wygląda, gdzie rośnie i jak ją rozpoznać nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Znamy tę Panią zwykle już od dzieciństwa. Nigdy nie spotkałam dziecka, które nie miałoby okazji się nią poparzyć! Z pewnością dla dzieci nie jest to miłe doświadczenie, ale dzięki temu bardzo szybko uczymy się, że pokrzywa… to pokrzywa! Każdy zatem wie jak ona wygląda, często też, z powodu „parzenia”, jej unikamy.

Z drugiej strony słyszę niejednokrotnie obiegowe zdanie „Poparzenie pokrzywą jest zdrowe”. Nie do końca to prawda, takie sformułowanie jest swego rodzaju skrótem myślowym. Poparzenie pokrzywą może być i przez wiele wieków było, stosowane do leczenia konkretnych schorzeń, bólów stawów, mięśni, artretyzmu, reumatyzmu itp. Nie ma natomiast samo poparzenie zdolności poprawy lub wspierania odporności dla osób zdrowych. Aby osiągnąć te efekty, trzeba pokrzywę stosować wewnętrznie!

Jej najbardziej przydatna w zadbaniu o ludzki organizm właściwość, to podnoszenie odporności, oczyszczanie tkanek, spora zawartość żelaza, poprawiająca skład krwi i łagodne wspieranie pracy nerek. Generalnie pokrzywę najczęściej traktowało się dawniej jako „ogólny regulator”, „ziele czyszczące krew” i ta zdolność faktycznie stanowi o jej wysokiej wartości odżywczej!

Pisałam już o niej nieraz, podając sporo informacji tak o jej działaniu jak i sposobach wykorzystania. Spożywczego, kosmetycznego, wspomagającego, leczniczego również. Udostępniam poniżej linki do artykułów i wpisów. Zainteresowanych pokrzywą zachęcam do lektury:

O liściach słów kilka

Smacznego wiosną

Kiedy zacząć, wiosenne pożytki

Niech pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem

 

Mniszek pospolity/ lekarski

    

Nazwa mniszek pospolity/ lekarski nie jest precyzyjna. Traktuje się ją jako nazwę zbiorową dla różnych gatunków i sekcji, trudnych do rozróżnienia, ale bardzo podobnych w zakresie działania. To tak, gwoli wyjaśnienia…

Wspominałam go już na moim blogu, podobnie jak poprzedniczkę, niejednokrotnie. Wszyscy go znamy, nie wyobrażam sobie, by ktoś żyjący w naszym klimacie, nie widział nigdy jego złocistych, kosmatych kwiatków! Często znany jest raczej pod nazwą „mlecz”, chociaż z rodziną mleczy łączy go jedynie częściowe zewnętrzne podobieństwo. Oraz biały mleczny sok, uwalniany przy zrywaniu. Poza tym jest to zupełnie inna roślina i inne ma też właściwości.

Mniszek, jako roślina wyjątkowo mało wymagająca i znosząca naprawdę niełatwe warunki, a zarazem nadająca się do jedzenia i cenna odżywczo, jest ze wszech miar godzien uwagi. Niezastąpione są jego działania w zakresie oczyszczania i wspomagania pracy wątroby, aż po przypadki regeneracji uszkodzonego organu. Bardzo dobrze reguluje wydzielanie i przepływ żółci. Wspiera też pracę trzustki, stymulując jej funkcje i dzięki temu wpływa w pewnym stopniu na poziom cukru. Zawarta głównie w liściach i łodyżkach goryczka powoduje, że jest też przydatny w procesie trawienia.

Oczywiście takie lecznicze efekty, wymagałyby konkretnych terapii. Jednak dodawanie mniszka do codziennych potraw pomaga nam regulować i wspierać organizm dokładnie w tych samych zakresach!

Kwiat i liść mniszka można zajadać na surowo, można też suszyć. Łodyżki, kruche i gorzkawe w smaku, pogryza się świeże, przy czym raczej jest to działanie wspomagające dla wątroby (lub lecznicze) niż służące odżywianiu!

Kwiat mniszka zbiera się w porze masowego kwitnienia, pod koniec kwietnia i w maju. Można go jak wspomniałam suszyć lub przerabiać. Do suszenia przeznacza się całe kwiaty albo wyskubane z koszyczków płatki. Nadają się na napary (herbatki), można je wykorzystać jako dodatek do różnych dań albo delikatną przyprawę. Świeże nadają się po prostu do jedzenia, dekoracji dań, smażenia w naleśnikowym (lub podobnym) cieście, parzenia jako napar. Robi się też z nich smaczne wino lub nalewki. Poniżej zaś jedna z propozycji syropu, zwanego „miodkiem z mniszka”:

Miodek z mniszka

Liście mniszka można zbierać, do jedzenia albo na susz, kiedy są młode. Często spotykam się z opinią, że „przed kwitnieniem”. To dość częsta zasada przy zbiorze liści, tak krzewów i kilku drzew (np lipy, czeremchy), jak i wielu roślin zielnych. W przypadku mniszka akurat rzecz ma się tak, że do jedzenia nadają się faktycznie liście młode! Natomiast rozeta liściowa tej rośliny wypuszcza kolejne liście nie tylko wiosną, ale praktycznie przez cały sezon. Można zatem zbierać je również po okresie intensywnego kwitnienia, zwracając uwagę na to, by były świeże i jasnozielone. Z upływem czasu, późnym latem i jesienią, będzie takich młodych liści oczywiście mniej, niż na początku sezonu. Będą też coraz twardsze i z mocniej wyczuwalną goryczą. Od nas samych zależy, czy uznamy je za nadające się do jedzenia, czy nie. Często lepiej takie późniejsze zbiory przeznaczyć na susz, który później, nawet przez całą zimę, można wykorzystywać jako dodatek, przyprawę do potraw.

Podagrycznik

       

   

Kolejno: poletko podagrycznika, zbliżenie liścia, porównanie różnych stadiów rozwinięcia młodych liści, roślina z kwiatami

foto z inetrnetu

W odróżnieniu od dwóch poprzednich roślin mniej znany i częściej sprawiający kłopoty przy rozpoznawaniu. Głównie dlatego, że o ile pokrzywa i mniszek (zwany mleczem) mają bardzo wyraźne cechy charakterystyczne, o tyle podagrycznik aż tak nie rzuca się w oczy. A jednak jest, równie jak poprzednicy, powszechny i wszechobecny! Bywa istną plagą i utrapieniem w ogrodach, rośnie bowiem szybko, w każdych niemal warunkach, jest silny i wyjątkowo trudno go wyplenić. Przez całą wiosnę jednak do odszukania są w zasadzie jedynie jego liście. Zakwita zwykle dopiero w czerwcu.

Przy czym to właśnie młode liście, jeszcze bez pędów kwiatowych, stanowią surowiec spożywczy i do codziennego użytku. Im młodsze, tym delikatniejsze i smaczniejsze. Kwitnący podagrycznik staje się gorzki, piekący, zaś jego pędy mają już zastosowanie wyłącznie lecznicze. Podobnie jak korzeń, który zbiera się późną jesienią lub wczesną wiosną.

Młode liście tej podagrycznika da się bez trudu odszukać nie tylko wiosną, nawet po zakwitnięciu pędów pojawiają się kolejne. Bardzo intensywnie odrastają też po skoszeniu lub zbiorze. 

Swą nazwę roślina zawdzięcza swemu potencjałowi leczniczemu. Leczono nim podagrę, dziś określaną jako dna moczanowa. Oraz inne schorzenia stawów, a także nerek i przemiany materii.

Właśnie potencjał oczyszczania nerek i usuwanie z organizmu złogów oraz zanieczyszczeń, a także regulowanie procesów trawiennych, stanowi o jego wysokich walorach jako rośliny spożywczej. Kilka wieków temu, zanim w naszym regionie pojawiły się warzywa znane jako „włoszczyzna”, młode liście podagrycznika stanowiły często warzywny dodatek. Do surówek, zup, sosów, potraw mięsnych i jarskich. Jest zresztą bliskim krewnym selera, pietruszki, marchwi, lubczyku, należącym do tej samej rodziny selerowatych. Jego smak i zapach przypomina wyraźnie smaki i aromaty wyżej wymienionych roślin.

Podagrycznik nadaje się do jedzenia na surowo, można go gotować, kisić, zasolić. Można suszyć. Nadaje się do zrobienia przetworów o pikantnym, wyrazistym smaku: przecierów, pesto itp. Podobnie jak pokrzywę czy lebiodę, warto przyrządzać go jak szpinak, wykorzystać na przykład jako nadzienie (naleśniki, pierogi), do zapiekanek… Robić z niego zupy. Pomysłów może być tyle samo, co w przypadku każdej innej jadalnej zieleniny.

Trzeba tylko liczyć się z jego dość intensywnym smakiem.

Radzę na początek po prostu wypróbować go jako dodatek, w niewielkich ilościach. Jeżeli smak podagrycznika jest dla nas zbyt intensywny, by jeść go jako samodzielną potrawę, użyjmy go do przyprawiania. Potraw pikantnych i słonych, ze słodkim smakiem nie komponuje się najlepiej.

Często słyszę pytanie jak rozpoznać podagrycznik. Celowo zamieszczam więcej niż jedno jego zdjęcie. Podaję też link do artykułu Łukasza Łuczaja z bardzo dobrym omówieniem porównawczym oraz fotografiami pokazującymi cechy charakterystyczne. Jeżeli mimo tego ktoś z czytających będzie miał problem lub wątpliwości, wtedy cóż… Najlepiej poprosić kogoś, kto umie go rozpoznać i wspólnie poszukać w terenie. Wtedy będzie można poznać nie tylko wygląd, ale też smak i zapach tej rośliny. To zaś z pewnością znacznie ułatwi jej identyfikację!

Jak rozpoznać podagrycznik wg Łukasza Łuczaja

***

Przekonałam się wielokrotnie o wysokiej wartości trojga opisanych bohaterów, pokrzywy, mniszka i podagrycznika, w działaniach profilaktycznych. Określając je jako „trójcę”, chcę podkreślić, że i jak skutecznie, wzajemne się uzupełniają.

Jeszcze jedna, ważna uwaga. Pisząc o „codziennym” użytkowaniu nie mam na myśli zjadania omawianych roślin dzień w dzień. Jak przy wszystkim, tak i tu  wskazany jest umiar!

Zachęcam raczej, aby pamiętać o nich tak, jak pamiętamy o warzywach, owocach i przyprawach, wybieranych do przygotowania posiłków. Różnorodnie.

Jak wspomniałam na początku, cennych, smacznych i wartościowych roślin jadalnych i przyprawowych jest wokół nas dużo, dużo więcej! Ale… od czegoś trzeba zacząć. Warto sięgnąć po te, które są łatwo dostępne, proste albo niezbyt trudne do rozpoznania, a przy okazji bardzo wartościowe. I łatwe do zagospodarowania.

Zachęcam do poszukiwań i eksperymentów. Powodzenia!

Zdjęcie wiodące wpisu: liście podagrycznika, znalezione w internecie

Kropla drąży skałę, czyli ponownie o Życiu Roślin

Jak co roku od wielu już wieków, a raczej tysiącleci, wraz początkiem i rozwojem wiosny, czasu wzrostu i zakwitania Roślin, rozpoczyna się dla ludzi sezon na ich zbiory. W każdym razie w klimacie, w którym żyjemy. Ten sezon potrwa do późnej jesieni, pozwalając nam na zbiór, gromadzenie i przetwarzanie Roślin, całych albo ich części, ku naszemu pożytkowi i zdrowiu.

To wielki, obfity Dar od Natury i naprawdę warto, byśmy, marząc o jedności i szczęśliwym, harmonijnym życiu na Ziemi, przypomnieli sobie także i tę prawdę!

Życie, każde Życie, płynace poprzez Ludzi, Zwierzęta i Rośliny,

a także Ziemię jako Istnienie,

jest święte!

Piszę o „przypomnieniu”, bo nie jest to w gruncie rzeczy nic nowego. Starodawne i rdzenne kultury od wieków dbały i nadal zachowują w swojej tradycji ceremonie i obrzędy, mające wyrażać właśnie wdzięczność. Czy adresatem tej wdzięczności jest Natura jako Istota, czy jakaś spersonalizowania Bogini lub Bóg, to już w gruncie rzeczy sprawa drugorzędna. To, co najistotniejsze, to, obok wdzięczności, poszanowanie wszelkiego Życia i uznanie jego wartości. Tylko krok dzieli takie podejście od dostrzegania Jedności Wszystkich Istot i ich wzajemnych zależności.

Wiele razy już na tym blogu (i nie tylko) o owej zależności i powiązaniach pisałam. Jak również o potrzebie szacunku i doceniania życia, jakkolwiek się ono manifestuje. Jako Roślina także!

Bo Rośliny to również żywe Istoty. Podobnie jak Ludzie czy Zwierzęta.

Nie mamy na ogół oporów przed uznaniem siebie samych za Istoty żyjące. Powoli i na szczęście coraz częściej, coraz bardziej masowo, szanujemy też prawo do życia dla Zwierząt. Chociaż to nadal, w ogólnym rozrachunku, jest w zależne od tego, co to za Zwierzęta…

Gorzej, niestety, z uznaniem tego samego prawa dla Plemienia Roślin. Nadal postrzegamy je raczej jako rzeczy, przedmioty, bardziej lub mniej użytkowe. Ewentualnie elementy krajobrazu. Przynajmniej dla większości ludzi taka klasyfikacja jest oczywista.

Owszem, piękne, dekoracyjne, urokliwe, często smaczne, dające cień, dostarczające tlenu i wielu cennych surowców, tworzące zbiorowiska (łąki, lasy, pola, parki, skwery, zarośla), w których dobrze się czujemy, ale… to by było na tyle. Swoją drogą, już chociażby z tego wyliczenia widać, jak Rośliny są ważne!

Roślinne życie jest bardzo odmienne od naszego. Z biologicznej perspektywy bliżej nam do Zwierząt i z pewnością dlatego też łatwiej nam zwierzęcą „tożsamość” zauważyć, pojąć i zaakceptować. Aby dostrzegać i odbierać życiowe procesy, płynące w Plemieniu Roślin i poszczególnych jego członkach, trzeba znacznie większej niż w przypadku Zwierząt, osobistej wrażliwości, uważności.

A przede wszystkim, pomysłu, że ONE TAKŻE ŻYJĄ!

Żyją, mają swoje cykle, wrażliwość, odczucia, wzajemne zależności, związki, pamięć… Wymianę energii (i nie tylko), zdolność do relacji z innymi organizmami, są wrażliwe na emocje i wiele różnorodnych czynników. Tak w obrębie konkretnych gatunków, jak i indywidualnie. Są nieodłącznym i ŻYWYM ogniwem ziemskiego bytowania.

Cały ten tekst nie ma na celu nawoływania, byśmy przestali zbierać Rośliny i korzystać z ich darów! Nie jest też moim zamiarem budzić w kimkolwiek poczucia winy. To nie miałoby sensu ani nie służyło niczemu konstruktywnemu.

Chcę po prostu, w imieniu tych naszych Współbraci,

którzy pozbawieni są możliwości kontaktowania się z Nami w sposób dla większości z nas jasny i zrozumiały,

poprosić o szacunek. Uznanie. Docenianie tego

jak wiele im zawdzięczamy.

Jak bardzo dużo otrzymujemy od nich i dzięki nim.

W Kręgu Ziemskiego Życia ich rola jest ogromna.

I wciąż jeszcze przez nas niedoceniana, przynajmniej w powszechnej świadomości.

Nade wszystko zaś chcę poprosić o uznanie ich Życia!

Kiedy wybierzemy się na ziołowe albo roślinne zbiory, do lasu, na łąkę, do własnego sadu lub ogrodu, balkonu, doniczek na parapecie okna, spróbujmy o tym uznaniu i szacunku pamiętać.

Uczmy się go, jeżeli nie jest dla nas oczywisty.

Obok pozyskiwania cennych dla nas surowców, przeznaczmy trochę czasu na wspólne z Roślinami bycie. Obserwację. Uwagę.

Plemię Roślin z nawiązką odpłaci za naszą życzliwość i dobrą wolę! Jeżeli nie darem materialnym, to z pewnością lepszym samopoczuciem, spokojem, zdrowym oddechem, wyciszeniem i harmonią w nas samych.

Warto spróbować…

Pięknych doświadczeń

w budowaniu relacji z Plemieniem Roślin

życzę wszystkim i każdemu!

O oddechu słów kilka

Spiro, ergo sum

Oddech.

Można o nim napisać to samo, co kiedyś napisałam o roślinach:

jest taką oczywistością, że nie dostrzegamy go!

Oddychamy automatycznie i odruchowo. Zazwyczaj nie mamy nawet świadomości tego faktu!

Zarazem oddech jest potrzebą, której braku nie doświadczamy (poza ekstremalnymi sytuacjami). Zdarza się nam być głodnym, spragnionym, sennym, ale oddychamy zawsze. Ten cykl rozpoczyna się z pierwszym oddechem noworodka i trwa całe życie…

Wiem, piszę oczywistości. Ale warto je sobie przypomnieć! Gdyż oddychanie jest czynnością, której nasz organizm wprawdzie sam „pilnuje”, ale może być przez każdego z nas w pełni kontrolowany. Uważnie i świadomie…

Od wieków świadome kontrolowanie oddechu było i jest

jedną z kluczowych metod osobistego rozwoju.

Jego jakość jest równie ważna dla ciała jak i dla ducha.  Oddech jest naszym łącznikiem z ciałem, emocjami, duchowością, świadomością, Życiem. We wszystkich bez wyjątku kulturach łączony jest z ideą „Ducha”. Jest Jego wyrazem, nośnikiem, wyobrażeniem.

Jest też cudownym „barometrem” naszych emocji, a zarazem sposobem na ich rozpoznanie i regulację.

Bardzo łatwo zrobić prosty eksperyment:

Wygospodarujmy sobie kilka – kilkanaście minut. Usiądźmy spokojnie i obserwujmy swój oddech. Taki, jaki jest, bez żadnych ingerencji…

Kiedy już wsłuchamy się we własne oddychanie, spróbujmy oddychać szybciej. Bardzo prędko zaobserwujemy zmiany: serce bije prędzej, mięśnie się napinają, mamy poczucie niepokoju, pośpiechu. Własnie wywołaliśmy u siebie stan podniecenia/ niepokoju, może strachu?

Z kolei uspokójmy swój oddech. Zwalniając go, oddychajmy głębiej, pełniej. I znowu zmiany pojawią się bardzo szybko: uspokajamy się, ciało się rozluźnia, serce zwalnia, być może pojawi się radość, śmiech… a może żal? Z pewnością zaś wyciszenie.

Oczywiście te same mechanizmy działają „odwrotnie”. Kiedy czujemy silne emocje, zachowując świadomość i kontrolę oddechu, możemy nad nimi panować, zmieniać je.

Tak, to jest właśnie aż takie proste – wystarczy zwykła obserwacja.

Plus trochę ćwiczeń…

To tylko jedna, najbardziej elementarna korzyść ze świadomego oddychania. Jest ich nieporównanie więcej, napisano o tym zresztą całe tomy! Oddech, jak już wspomniałam, jest istotą Życia, łącznikiem świata fizycznego (ciała) z tym bardziej subtelnym (umysł, duch).  Łączy nas też z bogactwem Natury i jej przebogatym cyklem.

Dziś, z okazji Światowego Dnia Oddechu,

spróbujmy być świadomym Jego potęgi!

Kto wie, co nam to przyniesie??

Kilka lat doświadczeń ze świadomym oddechem daje mi poczucie, iż to oddech właśnie, a nie intelektualny rozwój, jest kluczem do BYCIA! Stąd początkowa trawestacja kartezjuszowej maksymy… Zaś dla wzbogacenia wrażeń – link do pięknego, chociaż króciutkiego filmu:

z7242415P

Oddech planety

Owoce jesieni

Aaaależ zaniedbałam bloga!!!! Przepraszam! Wszystkich!

Serdecznie!

5e8c379ffff87f0589d8842419105c00.media.300x238

***

Jesień z jej bogactwem owoców i nasion jest wciąż wyśmienitą porą

do „puszczenia wodzy” fantazji i kulinarnych (oraz kosmetycznych) doświadczeń.

Owoce jesieni uprawiane, „oswojone” przez ludzi, wszyscy doskonale znamy. Jabłka, gruszki, śliwki, orzechy, dynie i wszelkie ich pochodne, pomidory, ogórki, papryki  itd itp.

No i mamy owoce dzikie, które teraz, często po wiekach zapomnienia, wracają w obręb naszych zainteresowań.

Tu pozwolę sobie zacytować samą siebie:

Ważne!!!

Zanim zaczniemy stosować dzikie inspiracje kuchenne,

sprawdźmy jak reagujemy na każdą z roślin,

a także jak (i czy) nam smakują!!!

***

Wspólną cechą nieomal wszystkich dziko rosnących owoców jest to, że ich „masa użytkowa” jest wyraźnie mniejsza niż owoców hodowlanych. Czasami zatem niełatwo zgromadzić na tyle surowca, by sporządzać jedno smakowe przetwory (konfitury, dżemy, soki, powidła, przeciery itp). Jest to w pełni możliwe, jednak także bardziej pracochłonne… Ale i z taką trudnością można sobie poradzić!

Po pierwsze – wszystkie jadalne owoce dziko rosnące nadają się do suszenia. Można je później wykorzystywać do herbatek lub kompotów.

Można takie owoce także kandyzować – czyli obsmażać w cukrze. Zadanie pracochłonne, ale efekt – niesamowity! Surowca zaś nie trzeba wiele.

Można robić z nich jednosmakowe lub mieszane nalewki lub wina – ciekawe urozmaicenie zimowych zapasów.

Ważne! Nie robimy nalewek a owoców czarnego bzu ani bzu koralowego – chyba, że z ogrzanego wcześniej soku…

Można robić z owoców dzikich octy, jedno lub wieloskładnikowe.

Można w końcu uzupełniać czy też wzbogacać nimi wyroby z owoców bardziej mięsistych i objętościowych – jabłek, gruszek, śliwek, dyni,   a nawet kabaczków albo cukinii.

Każdy z gatunków dzikich doda do wyrobów swoje bogactwo, smak, zapach, nierzadko kolor. A to sprawia, że nasze wyroby będą bardziej urozmaicone, ciekawsze nawet „na oko” – no i znacznie cenniejsze odżywczo!

Jakiekolwiek wyroby lub przetwory decydujemy się zrobić,

szukamy zwykle przepisów.

Cóż, z tym bywa różnie… Kiedyś już wspominałam, że przepisy gotowe, takie „od A do Z”, na wyroby z owoców (i w ogóle surowców) dziko rosnących, dość trudno znaleźć. O ile zaś są, to często mocno zróżnicowane i nie zawsze spójne. Wynika to z prostego faktu, iż na wiele lat tego typu wyroby poszły „w odstawkę” (mówiąc trywialnie) i zapisów istnieje bardzo mało! Różnorodność istniejących pomysłów na tradycyjne potrawy zachowała się raczej jako elementy kuchni regionalnych lub historycznych – i tam najlepiej ich szukać. Z zastrzeżeniem, że niemało z nich nigdy nie miało na celu uzyskania wyrobów „zielarskich”, o działaniu leczniczym lub choćby profilaktycznym – stąd częste rozbieżności, nierzadko dziś postrzegane jako „błędy”.

Biorę to słowo w cudzysłów, bo często jest tak, że „sposoby na” z punktu widzenia tradycji znane i rozpowszechnione, negowane są dopiero od bardzo niedawna – na podstawie coraz bardziej zaawansowanych badań biochemicznych.

Tu powstaje istotne pytanie: co my sami uważamy za „błędne”?

Czego oczekujemy od naszych naturalnych (czyli własnego wyrobu) smakołyków lub kosmetyków? Czy bardziej zawierzymy tradycji i   przekazom sprzed wieków czy współczesnej nauce? Żadna z tych wersji nie jest „lepsza” ani „gorsza”. Po prostu różnią się zakresem wiedzy dostępnej w konkretnym czasie… oraz założeniami. I od tego, które z założeń uznamy za własne, zależy w gruncie rzeczy, jakie wersje wybierzemy. Oraz gdzie będziemy ich szukać…

Przy okazji warto zauważyć, że wyroby tradycyjne często zachowują w pełni „poprawność” biochemiczną, w drugą stronę zaś – nowo powstające przepisy lub koncepcje nie zawsze bazują na biochemii fitoterapeutycznej… To również zależy od celów, jakim maja służyć!

W kwestii samych przepisów zaś:

jestem przekonana, że każdy, kto kiedykolwiek robił domowe wyroby lub przetwory, wszystko jedno z jakich surowców, poradzi sobie i z tymi „zielarskimi”. Chociażby metodą prób i błędów!

Kto natomiast nie – cóż, będzie musiał faktycznie nauczyć się „od podstaw”. I znów – niezależnie od rodzaju owoców/ warzyw/ roślin…

Naprawdę istotne jest, jak wynika z moich wieloletnich doświadczeń,

nie tyle to jaki przepis wykorzystamy, co raczej:

na ile poznamy nowe surowce.

Ich charakterystyka w kolejnym wpisie.

***

jarząb

Jarząb szwedzki – owoce

Zaś żeby nie sprawdziło się powiedzonko, że „krowa, która dużo ryczy mało mleka daje”, wrzucam przepis „wieloczynnościowy”:

Masa jabłeczna lub dyniowa z owocami czarnego bzu (jarzębiny, kaliny),

do użycia do ciast, szarlotek, na galaretki, wypieki różne oraz jako samodzielny deser…

Proporcje: na 2 kg jabłek lub miąższu dyni

jabłka lub miąższ dyni 2 kg

owoce:

czarnego bzu 3 – 5 kiści

jarzębiny (jarzębu szwedzkiego, mączystego) 1/2 l

kaliny 1/4 lub 1/3 l

cukier lub (lepiej) miód ok. 30 dkg

odrobina wody, ewentualnie soku z cytryny

opcjonalnie dodatki smakowe: cynamon, goździki, inbir, gałka muszkatołowa itp (ja nie dodaję)

Wybrane dzikie owoce obać z szypułek, umyć.

Jarzębinę i/ lub kalinę lepiej przemrozić 12 – 24 godz (w zamrażalniku), po czym zblanszować i odcedzić.

Bzu nie ma potrzeby w żaden sposób przetwarzać.

Jabłka lub miąższ dyniowy pokroić w niewielką kostkę. Ogrzewać w sporym rondlu do uzyskania w miarę jednolitej konsystencji. W razie potrzeby odrobinę podlać wodą. Miazga powinna mieć strukturę gęstej masy, spadającej z łyżki płatami.

Do rozprażonej, gorącej masy dodać cukier/ miód, zamieszać starannie. Wsypać przygotowane owoce. Wymieszać, uważając (szczególnie z bzem!!!) by ich nie porozgniatać. Ogrzać jeszcze ok 10 – 15 min, przełożyć do sterylnych słoików.

Smacznego!!!

Medialnie

Nareszcie ujarzmiłam ten, zawiły dla mnie, temat: udostępnianie filmu… A zatem spóźnione, ale jest! Z ogromną wdzięcznością dla Aleksa Berdowicza i jego wielkiej pasji!

 

 

 

 

 

Moda na zioła?

Kolejny raz apeluję,

szczególnie do zbieraczy i pasjonatów młodych (niekoniecznie wiekiem!)

o coś, o czym pisałam już wielokrotnie:

CIERPLIWOŚCI!!!  

Jako ta „zaprawiona w bojach” pozwolę sobie na kilka uwag :)

Kiedy zaczynałam pracę z roślinami i zbieranie wiedzy o nich, własną, że tak to określę, zielarską przygodę,

 NIE BYŁO takich jak dziś kursów, szkoleń, możliwości…

Poza wprawkami z dzieciństwa i to z ludźmi nie mającymi naukowej wiedzy botanicznej, jak np moja Babcia – zielarka lub Dziadziuś – pasjonat, moje przygotowanie do poznawania roślin to był 1 semestr botaniki podczas studiów. Nie istniała farmakognozja, nie było opracowań biochemicznych ani rozlicznych „jedynie słusznych” diet.

Była za to tradycja i pamięć o wiedzy i doświadczeniu pokoleń. I od nich zaczynałam…

Tak sobie często myślę, że miałam sporo szczęścia! To, co wiem i umiem dziś, aż do wiedzy terapeutycznej, to własna praca i praktyka. Trwająca przez lata…. Tomy książek, godziny na łąkach, polach, w lasach i nad wodami, setki rozmów, poszukiwań, prób i błędów, poznawania Natury – i siebie!

Z konieczności spokojnie, powoli, bez presji i sztucznego wyścigu, chociażby z samą sobą!

***

Dziś „na oko” jest łatwiej, można te wiedzę gromadzić  szybciej. Mamy internet, kursy, spisy, materiały (w tym obcojęzyczne), badania itd itp. Z jednej strony to wszystko ułatwia start – z drugiej, cóż, wielość możliwości, czasem sprzecznych informacji i danych, powoduje zamęt.

W dodatku większość nowych pasjonatów ziół chce mieć informacje od A do Z „na już”, teraz, zaraz, natychmiast!  Wieloletnie nawyki myślowe pchają nas do pośpiechu, gromadzenia, korzystania ze wszystkiego naraz…

Tak się nie da! 

Gotowe pomysły, gotowe rozwiązania, przepisy są oczywiście przydatne, ale pokażcie mi proszę panią domu, która po przeczytaniu książki kucharskiej umie perfekcyjnie gotować! Albo dziecko zdolne napisać pełne, zgrabne zdania, jedynie po zapoznaniu się z alfabetem!!!

003

Proces nauki z samej swojej natury jest stopniowy, etapowy. Wymaga czasu i ćwiczeń. Skupienia uwagi na poszczególnych elementach wiedzy – z czasem coraz liczniejszych….

Natura nam nie ucieknie. Jak pisałam już kiedyś – czego nie zbiorę w bieżącym roku, znajdę za rok. Lub zastąpię czymś innym…

Tu może ktoś zaoponować: ale trzeba wiedzieć, czym!

Teoretycznie – tak! Jednak jeżeli traktujemy rośliny zbierane z dzikich stanowisk „po prostu”, używamy ich na co dzień, gromadzimy na zimę dla wzmocnienia i wspomożenia organizmu, to owa wybiórczość (co na co) staje się nieważna! A przynajmniej – mniej istotna…

Leczenie zaś przy pomocy ziół i preparatów zielarskich czegokolwiek – to naprawdę wiedza i umiejętność dla znawców!!!! 

Stopniowe przyzwyczajenie do odmienności jest zresztą korzystne dla nas.

Czy dziecku, które odstawiamy od piersi, podajemy od razu w zamian pełny obiad? NIE! Powoli i etapami wzbogacamy mu dietę o inne pokarmy, pozwalając na przyzwyczajenie się do „nowinek”. Odmienny sposób odżywiania z włączeniem dzikich roślin dla większości z nas jest nie mniejszą „nowinką”. Warto o tym pamiętać.

To jedna strona medalu. Druga jest taka, że nie mamy najczęściej żadnego pojęcia o tym, co tak naprawdę nam zasmakuje, przyda się, a nawet posłuży… Oduczyliśmy się słuchać swego ciała, badać delikatnie i z miłością jego potrzeby. Stopniowo – nie naraz! Przypomina mi się prastara anegdotka o ciężkim kacu i przekonaniu, że „to ten grzybek zaszkodził” ;) (W innych wersjach – śledzik…)

Jeżeli nasz organizm zareaguje nieoczekiwanie,

nie odgadniemy CO było przyczyną,

fundując mu cały zestaw nowinek.

Z tym wszystkim warto połączyć świadomość, że Natura, dając, potrzebuje szacunku i umiaru z naszej strony!

„Primum non nocere” – „Po pierwsze nie szkodzić”!

Ta zasada dotyczy nie tylko przysięgi Hipokratesa i leczenia ludzi, ale także wszelkiego życia i jego harmonii wokół nas!

A w każdym razie – powinna!

***

O rany… No i wyszedł mi elaborat „pouczający”. Proszę o wybaczenie każdego, kto poczuł się dotknięty lub urażony; nie miałam takiego zamiaru!

Ale tak właśnie, niestety, wygląda często w moich oczach współczesna „moda na zioła”…

Cieszy mnie ona ogromnie – tym niemniej wielokrotnie brakuje w niej umiaru i stonowania.

Łagodności. Radosnego odkrywania Natury – i siebie w Niej i z Nią. 

Cierpliwości właśnie!

Której wszystkim pasjonatom z całego serca życzę!!!! 

Podobne wpisy: „Z szacunku do Natury” ;„A to na co jest?”; „Czy na co dzień?”; oraz artykuł

A to – na co jest ???

Nie po raz pierwszy dostrzegam, ba, w zasadzie stale widzę tendencję, która jest dla mnie… nieco zabawna (nie obrażając nikogo!). Niby wiem skąd się to bierze i dlaczego tak jest, ale nie zmienia to faktu, że zjawisko jest nieco nielogiczne. Delikatnie mówiąc…

Tym zjawiskiem są pojawiające się nieodmiennie pytania „na co to jest?”, „do czego używać?”, „jak to działa?” i inne tego typu, pojawiające się nieodmiennie, kiedy mowa o roślinach dziko rosnących. Szczególnie w naszym, rodzimym klimacie.

Mam oczywiście na myśli te jadalne…

Budzi to we mnie refleksję:

jak bardzo daleko odeszliśmy w naszym myśleniu od bliskości z Naturą, wiedzy naszych, niezbyt przecież odległych, przodków i codziennej świadomości bogactwa, jakie nas otacza!

pokrzywa

A przecież rośliny, jak przed wiekami, stanowią nieodłączną część codzienności, o czym już pisałam wcześniej – chociażby tutaj!

Nie tylko ja zresztą… dla przykładu:  Inez, Gosia, Kasia Miłochna, druga Małgosia; a są i inni ….

Tyle, że sformalizowaliśmy owo użytkowanie, ograniczyliśmy do „wybrańców”, jakby zapominając o reszcie. Często znacznie łatwiej dostępnej, a nierzadko dla nas cenniejszej.

Obraz 044

Wyobrażam sobie czasem  taką scenę:

wchodzi klient do sklepu warzywnego (ewentualnie jest na targowisku) i kupując, dajmy na to, marchew, pietruszkę, kapustę, seler, do tego na przykład jabłka i śliwki dopytuje się u sprzedawcy: „a na co to?”; „a jak to działa?” – lub podobnie… Tak sobie myślę, że sprzedający miałby dziwną minę i jeszcze dziwniejsze mniemanie o umyśle owego klienta!

A zapewniam, ze byłoby o co pytać – i co odpowiadać!

Jasne, oczywiście, wiem skąd, dlaczego i z jakich przyczyn mamy taką, a nie inną sytuację. Cały ten wpis nie jest też oczywiście namawianiem do niefrasobliwości i braku rozeznania na polach, łąkach, w lesie czy ogrodzie! Rośliny użytkowe trzeba znać, umieć je odróżnić i nie lekceważyć ani mocy części z nich, ani potencjalnych zagrożeń!

SONY DSC

Ale jeżeli rozmawiamy o tych jadalnych, nadających się do codziennego spożywania lub na przetwory – cóż, nie dajmy się zwariować! Nie wszystko musi od razu być „na coś”, często coś jest zwyczajnie smaczne i wartościowe.

 Pamiętajmy o tym! 

Ot, taka.. mała dygresja przy okazji kolejnych pytań „na co???” 

 

Konserwacja ziół sposób 6: tłuszcze odc. I

Konserwacja w tłuszczach

Kolejną metodą zachowania wartości biologicznej ziół jest ich maceracja w tłuszczach. Niezaprzeczalnie najstarsza obok suszenia metoda zielarskiego „przetwórstwa”, dosyć długo zapomniana,  powoli wraca do łask.

Maceracja tłuszczowa jest przydatna:

* w leczeniu (maści, wyciągi olejowe),

* w kuchni (oleje smakowe)

* w kosmetyce (kremy, balsamy, szminki itp).

Tłuszcze stałe

Przez wiele wieków do pozyskania maści wykorzystywało się metodę ogrzewania surowca roślinnego w tłuszczach zwierzęcych – smalcu lub łoju. Często używanym i bardziej wartościowym od wieprzowego był smalec gęsi.  Stosowano także masło, jako składnik nadający maściom stosowną konsystencję.

Współcześnie często zamiast tłuszczy zwierzęcych używa się stałych olejów roślinnych (kokosowy, kakaowy itp), nieznanych lub niedostępnych przed wiekami.

Niezależnie od użytego tłuszczu maść stanowi produkt leczniczy i jako taki jest wykorzystywana. Przykładowo przypominam  opisywaną już kiedyś maść topolową (przepis w linkowanym wpisie), chociaż rodzajów i pomysłów na maści jest dużo więcej oczywiście. 

***

Obok zwierzęcych znane są w zielarstwie tłuszcze roślinne. W zasadzie same w sobie są one „wyrobami zielarskimi”, jako tłoczone lub w inny sposób pozyskiwane z roślin. Oleje i oliwa były też (i są)  bazą do sporządzania bardziej złożonych wyrobów.

Olejki zielarskie czyli wyciągi olejowe z ziół

Nie należy mylić ich z pozyskiwaniem olejków eterycznych!

Te ostatnie produkuje się metodą destylacji, trudną w warunkach domowych i bardzo kosztowną.

Olejki zielarskie natomiast bez wielkiego kłopotu możemy zrobić sami.

Są na to dwa podstawowe sposoby – na zimno i na gorąco.

Olejki tego typu można robić z bardzo wielu roślin, ziela lub kwiatów. Szczególnie cenna jest ta metoda dla zachowania tych składników biologicznych, które lepiej rozpuszczają się w tłuszczach niż wodzie lub alkoholu. Do takich należą np karoteny.

Aby zrobić taki olejek na zimno należy świeży surowiec roślinny zalać lekko ogrzanym olejem i odstawić  w ciemne, najlepiej ciepłe miejsce,

potrząsając co jakiś czas.

Maceracja trwa od jednego do trzech miesięcy.

Po tym czasie zlewamy gotowy olejek, odcedzając go starannie, najlepiej przez płótno.

Przechowujemy bez dostępu światła słonecznego.

olejki

Metodą na gorąco możemy uzyskać olejek już po trzech dniach. Wymaga to nieco pracy, uwagi i doświadczenia. Tym niemniej nie jest jakoś specjalnie trudne!

Istotne wskazówki:

* podczas ogrzewania nie doprowadzamy wody w łaźni wodnej do wrzenia; powinna być na granicy zagotowania

* poziom płynów (wody i oleju) powinien być wyrównany; wodę trzeba od czasu do czasu uzupełnić

* nie przykrywamy maceratów ani całego garnka!!! Woda nie może dostać się do oleju!

*dobrze zmacerowane rośliny nabierają wyglądu jakby „spalonych”, co widać na zdjęciu poniżej:

olej krzemowy

fot. Ewa Ślęczek

Olejek „krzemionkowy” przed odcedzeniem

* stygnąc po ostatnim ogrzewaniu oleje często mętnieją; to normalne, wyklarują się po dniu lub dwóch

***

Przepisy, przepisy, przepisy…

Przy czym podkreślam:

są to metody stosowane przeze mnie, sprawdzające się bardzo dobrze,

ale nie oznacza to, że jedynie słuszne!!!

Olejek nagietkowy

Pora wyrobu: okres kwitnienia

świeże kwiaty nagietka : całe koszyczki lub płatki; ok. 1/6 l

1/2 l oleju (najlepiej rzepakowego lub słonecznikowego)

Kwiaty lub płatki wsypać do niewielkiego garnuszka lub słoika; powinno ich być 1/3 pojemności po lekkim ugnieceniu. Zalać olejem tak, aby były przykryte. Odczekać, żeby nasiąkły tłuszczem (ok pół godziny).

Uzupełnić ilość oleju (tak, by rośliny stanowiły 1/3 pojemności)

Wstawić do łaźni wodnej – poziom wody w naczyniu powinien sięgać poziomu oleju; ogrzewać w temperaturze poniżej wrzenia przez 1 – 1,5 godziny.

Proces ogrzewania powtarzać 2 –3 dni z rzędu. Płatki staną się kruche, przejrzyste, olej żółtopomarańczowy.

Po skończeniu maceracji na gorąco odcisnąć kwiaty, najlepiej przez płótno; zlać do małych butelek, najlepiej ciemnych. Przechowywać w chłodzie.

Stosuje się raczej zewnętrznie. Może być bazą dla maści nagietkowej, olejkiem do opalania, leczniczym na wszelkie urazy, oparzenia, podrażnienia skóry itp itd

Olejek nagietkowy jest wyjątkowo uniwersalnym wyrobem!!!

3x ujęcie 3

fot. Ewa Ślęczek

Olejki: z nagietka, dziurawca i „krzemionkowy”

(widać zmętnienie nagietkowego)

Olejek z dziurawca

Pora wyrobu: pełnia kwitnienia (lipiec)

świeże kwiaty dziurawca, ok. 1/6 l

 olej roślinny, najlepiej rzepakowy, 1/2 l

1 łyżeczka spirytusu lub mocnej wódki (nalewki)

Kwiaty wsypane do niewielkiego garnuszka  lub słoika zwilżyć alkoholem. Po pół godzinie zalać olejem, pozostawić by nasiąkły

Dalej: przyrządzać jak olej nagietkowy.

Odciśnięty przez szmatkę, przechowywać w ciemnych naczyniach, w chłodzie. Olej ten ma bardzo wysoką koncentrację związków czynnych. Na ogół do użytku zewnętrznego.

Ostrożnie w przypadku silnego nasłonecznienia!!!!

Olejek dziurawcowy ma wysoką zawartość hyperycyny;

 jest intensywnie, czerwono zabarwiony.

Poza działaniem gojącym i łagodzącym przy problemach skórnych (podobnie jak nagietek), olej z dziurawca  jest doskonałym środkiem na:

* przebarwienia skóry (usuwa nawet plamy w bielactwie)

* bóle artretyczne i reumatyczne

* przyspieszenie gojenia po złamaniach i zwichnięciach

* regenerację i wzmocnienie tkanek miękkich stawów

Olejek „krzemionkowy”

wykonuję z roślin o wysokim wysyceniu krzemem – np. skrzyp, pokrzywa, łopian, liście babki itp

Sprawdza się doskonale jako maseczka na włosy, do regeneracji skóry suchej i pękającej, do wzmacniania paznokci, naczyń krwionośnych, leczenia obolałych i zniekształconych stawów – i wielu innych

 Olejki (wyciągi olejowe)

można robić z bardzo wielu różnych surowców, miedzy innymi rumianku, szałwii, mięty, lawendy..

Doskonale nadają się do masażu!

W zależności od użytego surowca otrzymujemy wyroby lecznicze, kosmetyczne lub nawet spożywcze!

CDN